Grudzień 10 2018 20:55:03
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Magiel - Rozdział VI
Słowa Nikity nie okazały się puste. Zrobił dokładnie tak, jak powiedział – wyruszył jeszcze tego samego dnia, nie zamierzał czekać do rana. Nie wziął nic prócz prowiantu i kija, nie miał pojęcia na co się porywa, ale czuł, że postępuje słusznie. Gdy dotarł do bram miasta, usłyszał za plecami głos Mikele.
- Zaczekaj na mnie! Zaczekaj!
Dziewczyna niosła na plecach worek i była w pełni uzbrojona. Widząc ją, Nikita domyślił się, że nie przyszła go powstrzymać, uśmiechnął się więc szeroko.
- Wciąż uważam, że to szaleństwo, ale jeśli jest jakakolwiek szansa, żeby ocalić Mikelisa… - jej głos zadrżał i urwała. – Lepiej, żeby twój plan się powiódł.
Gdy opuścili bramy miasta, Nikita podjął rozmowę.
- Królowa pozwoliła ci wyruszyć?
- Zostawiłam jej tylko list.
Wyczyn Mikele praktycznie równał się dezercji, więc za pewne była naprawdę zdesperowana. Prawdopodobnie pogodziła się z myślą, że nigdy nie wróci. Musiała naprawdę kochać brata. Możliwe też, że po części czuła się odpowiedzialna za Nikitę i nie chciała zostawić go samego. Jej odwaga zaimponowała młodemu mężczyźnie.
- Możesz mi zaufać – zapewnił. – Uda się nam.


W obozie koczowników świętowano zwycięstwo. Praktycznie wszyscy niewolnicy zostali przydzieleni do pomocy w uczcie. Podczas, gdy Mikelis „podawał do stołu” i miał okazję zobaczyć, jak lud się bawi, Doktor został zaprzęgnięty do wyjątkowo nudnej i męczącej pracy, jaką było rąbanie drzewa. Nie pozwolono mu nawet zbliżać się do królewskiego namiotu, gdyż tradycja nakazywała, że księżniczka może go ujrzeć dopiero w pierwszą noc. Noc, która miała nastąpić już jutro i Doktor za wszelką cenę chciał przed nią uciec.
- Widziałem księżniczkę, jest bardzo ładna – oznajmił Mikelis, gdy wrócił z pustymi tacami. – Przyznam szczerze, zaczynam ci trochę zazdrościć – zarumienił się.
- Nie chodzi o to, jak wygląda, tylko ile ma lat. Tam, skąd pochodzę, za coś takiego można iść do więzienia – wyjaśnił Doktor i usiadł, by trochę odpocząć.
Przez cały dzień próbował opracować plan ucieczki, ale obozowisko było ściśle strzeżone i praktycznie nie spuszczano jeńców z oczu. Mógł jedynie czekać na dogodny moment, jeśli taki miał w ogóle nastąpić.
- Nie obijać się! Pójdziemy po wodę! – Przybyła jedna z oficerów i rzuciła Doktorowi dwa spore wiadra.
Pan Czasu zdał sobie sprawę, że to szansa, która może się nie powtórzyć.
- Z całym szacunkiem, te wiadra są ogromne – powiedział spokojnie. – Może Mikelis by mi pomógł? Jutro mam ważną noc i wolałbym nie dostać przepukliny.
Oficer się skrzywiła w gniewie, ale poświęciła chwilę na zastanowienie.
- W porządku – parsknęła i skinęła na obu jeńców.
Pozwoliła im iść przodem, w niewielkiej odległości od niej. W jednej ręce trzymała pochodnię, drugą dłoń na rękojeści miecza, tak na wszelki wypadek. Dotarli nad brzeg rzeki, która znajdowała się niedaleko od obozowiska. Doktor nachylił się by zaczerpnąć wody i uznał, że musi działać, bo drugiej szansy nie będzie. Szybko chlusnął kobiecie w twarz, przy okazji gasząc pochodnię i chwycił Mikelisa za ramię.
- Uciekaj! - krzyknął i pobiegł przed siebie, ciągnąc zdezorientowanego chłopaka za sobą.
Wojowniczka chwyciła róg, który nosiła przypięty do pasa, i zadęła w niego, sygnalizując wszystkim, że jeńcy zbiegli. Bez pochodni nie mogła wiele zdziałać, ale widziała, że w ciągu kilku minut nadejdą posiłki i mężczyźni nie zdołają daleko uciec.
Na szczęście Doktor widział w ciemności odrobinę lepiej niż ludzie, więc mógł mniej więcej rozeznać się w terenie, ale to nie wystarczało by bezpiecznie wydostać się z zasięgu wroga. Musieli znaleźć kryjówkę.
- Idealnie – szepnął Pan Czasu.
Znaleźli się naprzeciwko wodospadu, który, po dokładnych oględzinach, okazał się skrywać za sobą jaskinię. Była niewielka szansa by w nocy ktoś ich tam odnalazł, więc obaj uciekinierzy wspięli się po mokrych skałach, Mikelis z niewielką pomocą Doktora, po czym po omacku wpełzli do niewielkiej pieczary. W środku panowały kompletne ciemności, słyszeli jedynie grzmot spadającej wody. Było to chłodne i niezbyt przyjemne miejsce, ale musieli w nim jakoś wytrzymać do świtu.
- Jest mi tak bardzo wstyd – wyznał chłopak głosem przepełnionym bólem.
- Dlaczego?
- Chciałem być waleczny, jak moja siostra, ale zamiast znosić wszystko z godnością, ciągle tylko się mażę.
- Jesteś bardzo waleczny, wziąłeś udział w bitwie, choć nie musiałeś.
- Gdybym wiedział, że tak to się skończy... Tak bardzo się boję... - Mikelis pociągnął nosem.
- To naturalne. Ja również się boję, choć przyznaję, bywałem już w gorszych sytuacjach.
- Nawet jeśli się boisz, to tego nie okazujesz. Chciałbym być taki, jak ty.
- Uwierz mi, nie chciałbyś – westchnął Doktor i zamilkł.
Jednak chłopak nie chciał siedzieć w ciszy, bo to go przytłaczało i sprawiało, że bał się jeszcze bardziej.
- Opowiedz mi coś o sobie – poprosił nieśmiało.
- Co chcesz wiedzieć?
- Kim tak właściwie jesteś? Wiem, że nie pochodzisz z tego kraju, ale coś podpowiada mi, że nie jesteś też z tego świata. Mam rację?
Choć ludzie zamieszkujący Cydonię zdawali się prymitywni, wcale nie byli głupi, co Mikelis właśnie udowodnił. Przypomniała mu się pierwsza rozmowa z Doktorem i już wtedy domyślił się, że nie ma do czynienia ze zwykłymi podróżnikami.
- Masz rację – odparł beznamiętnie Pan Czasu, jakby rozmowa go ani trochę nie interesowała, ale też nie denerwowała.
- Jak daleko znajduje się twoja planeta?
- Moja planeta nie istnieje. Już nie.
Odpowiedź Doktora nie zniechęciła Mikelisa do zadawania dalszych pytań, wprost przeciwnie, poczuł się jeszcze bardziej zaciekawiony. I tak nie mieli nic lepszego do roboty, więc Pan Czasu opowiedział o swoim świecie i swoim życiu. Posypało się coraz więcej pytań i każde z nich doczekało się odpowiedzi, przez co czas zdawał się płynąć szybciej. W ten sposób minęło kilka godzin i minęłoby nawet więcej, ale okazało się, że uciekinierzy wcale nie znaleźli dobrego miejsca na kryjówkę.
Usłyszeli jakiś szelest, potem pomruk. Wstrzymali na chwilę oddech, chcąc sprawdzić, czy aby uszy ich nie mylą. Gdy usłyszeli warknięcie, Doktor się dłużej nie zastanawiał.
- W nogi! - krzyknął i zerwali się jak oparzeni.
W ciemności i pośpiechu zejście ze śliskich skał nie należało do łatwych zadań, więc obaj spektakularnie spadli na ziemię, na szczęście unikając poważniejszych stłuczeń. Najważniejsze, że ominęła ich konfrontacja z dzikim zwierzęciem, które wkrótce okazało się nie być ich największym zmartwieniem. Gdy unieśli głowy, ujrzeli otaczające ich wojowniczki z pochodniami.


Nie było możliwości by przejść całą drogę bez zatrzymania się na noc, więc Nikita i Mikele przystanęli nad brzegiem niewielkiego jeziora. Rozpalili ognisko i przyszykowali prowizoryczne posłania. Na szczęście było ciepło, mimo że słońce już dawno zaszło, a Cydonia zdawał się planetą wolną od komarów. Najwyraźniej ludzie przy terraformacji dokonali paru udoskonaleń.
- Czy grasują tu jakieś niebezpieczne zwierzęta, gotowe rzucić się nam do gardeł i rozszarpać na strzępy? - spytał chłopak, jedząc prowiant.
- Raczej nie. Są wilki, ale o tej porze roku nie powinny stanowić zagrożenia, bo nie są wygłodniałe.
- Szkoda.
Mikele nie sądziła, że Nikita aż tak łaknie mocnych wrażeń, ale zignorowała jego komentarz. Ku jego zaskoczeniu zaczęła się rozbierać.
- Hej, co ty robisz? - zaniepokoił się chłopak.
Choć większość osób wzięłoby go za geja, bynajmniej nie były mu obojętne kobiece wdzięki. Uważał się za biseksualistę, ale w tej chwili wolałby być homo.
- Chcę się wykąpać – odparła Mikele, potwierdzając, że pochodziła ze społeczeństwa dbającego o higienę.
Nie chodziło o zażenowanie, Nikita generalnie nie miał nic przeciwko nagości i nie uważał, żeby gapienie się na ciało kobiety było rzeczą niewłaściwą. Przejmował się czymś zupełnie innym. Ponieważ Mikele zdążyła rozebrać się przed nim do rosołu, chcąc nie chcąc się podniecił. Nie mógł pozwolić by to zauważyła.
- A ty nie chcesz się odświeżyć? - zasugerowała.
- Nie – stęknął Nikita, zasłaniając dłońmi okolice krocza.
- Dlaczego nie? Musiałaś się nieźle spocić w tym upale.
- Nie lubię zimnej wody.
Chłopak nie zabrzmiał zbyt przekonująco, do tego odruchowo się cofnął, gdy Mikele do niego podeszła.
- Ty coś ukrywasz – dziewczyna zmarszczyła brwi i dokładnie zmierzyła „towarzyszkę” wzrokiem.
Nikita czuł, że to koniec maskarady. I tak był zdziwiony, że wcześniej nikt go nie przejrzał.
- Zaraz, ty... - Mikele powiedziała tak, jakby nagle uświadomiła sobie coś szokującego. - Bardzo mi przykro.
Nie takiej reakcji spodziewał się Nikita. Oczekiwał raczej gniewu, zdecydowanie nie współczucia.
- Ej, to nie jest aż taki powód do zmartwień – powiedział z lekkim oburzeniem.
- Wiem, ale mimo wszystko rozumiem, jak się musisz czuć.
- Serio?
Tym razem Nikita zgłupiał. Coś zdecydowanie nie pasowało mu w tej rozmowie i odnosił wrażenie, że doszło do jednego, wielkiego nieporozumienia.
- Moja matka też miała rozległe blizny po bitwie i nie chciała się pokazywać w publicznych łaźniach – wyjaśniła wreszcie Mikele. - No nic, ja teraz pójdę się popluskać, a ty możesz iść później.
Niewiele brakowało, a Nikita parsknąłby śmiechem. Silniejsze jednak było uczucie ulgi.


Zarówno Mikelis, jak i Doktor klęczeli przed wódz, niczym modlący się muzułmanie, z twarzami pochylonymi tak nisko, że prawie dotykały podłoża. Nie był to ich pomysł, generał kazał im korzyć się przed władczynią, a że zdążyli już nawarzyć sobie piwa, woleli nie pogarszać swojej sytuacji niepotrzebnym buntem. Doktor jak zwykle skutecznie ukrywał swój strach, Mikelis też starał się za wszelką cenę nie płakać, gdyż miał dosyć bycia tchórzem.
- Wymierzyć mu dziesięć batów. - Rashida wskazała na chłopaka, a ten zadrżał, z trudem zachowując spokój.
- Z całym szacunkiem, wasza wysokość, on niczym nie zawinił. Jestem w pełni odpowiedzialny za to, co zaszło. Pociągnąłem go za sobą, nawet nie pytając o zdanie – wyjaśnił Doktor, wciąż z twarzą blisko podłoża.
- Jak to dokładnie było? - Wódz zmierzyła surowym wzrokiem wojowniczkę, która odprowadzała jeńców nad rzekę.
Ta odruchowo odwróciła spojrzenie, wstydząc się, że dała się zaskoczyć dwójce niewolników.
- Mniej więcej tak – mruknęła z wahaniem.
Rashida przeniosła wzrok z powrotem na Mikelisa, zastanawiając się, co z nim zrobić. Była władczynią surową, ale sprawiedliwą i zawsze starała się by wymierzać kary odpowiednie do przewinienia.
- Ograniczcie mu na tydzień racje – zarządziła. - A teraz zejdź mi z oczu, chłopczyku – warknęła, na co Mikelis szybko uciekł do namiotu niewolników, by się już nie narażać. - Co zaś do ciebie... - zmierzyła Doktora przenikliwym spojrzeniem.
Decyzja nie należała do łatwych. Pan Czasu wiedział, że wódz nie może pozwolić, by na następny dzień na jego ciele było znać jakieś ślady, więc wszelkie formy bicia, czy przypalania nie wchodziły w grę.
- Poprzytapiajcie go trochę – rozkazała. - To go nauczy szacunku, ale w żaden sposób nie uszkodzi.
- Jesteś nader łaskawa, pani – rzucił Doktor, udając pokornego.
Czuł, że tym razem mu się upiekło. Wiedział, że jako Pan Czasu z łatwością poradzi sobie z taką karą. Bardziej przejmował się faktem, że został mu tylko dzień na opracowanie skutecznego planu ucieczki.


Wojowniczki o tym nie wiedziały, ale Doktor umiał wstrzymać oddech naprawdę długo, więc tortury nie zrobiły na nim większego wrażenia. Jedyny problem stanowił fakt, że jego oczy był równie wrażliwe, co ludzkie, więc stały się całe czerwone od ciągłego zanurzania mu głowy w kuble z wodą. Dobrze, że chociaż nie przydzielili go do żadnych prac przed sądną nocą i mógł odpocząć.
- Dziś wieczorem masz to założyć. - Do namiotu niewolników weszła generał i rzuciła Doktorowi czerwone sukno, wyszywane złotymi nićmi.
Pan Czasu już miał ochotę powiedzieć coś dosadnego, ale się powstrzymał.
- Co to takiego? - spytał z lekkim niesmakiem.
- Całun miłosny. Każdy partner członkini królewskiego rodu, tuż przed pierwszą nocą zakłada go tak, by nie było widać jego twarzy. Dopiero oblubienica może go zdjąć – wyjaśniła ze spokojem kobieta. - Wieczorem przyjdą po ciebie służące jej wysokości, więc masz go już wtedy na sobie mieć – z tymi słowy odmaszerowała.
Żadne słowa nie były w stanie wyrazić tego, co Doktor czuł. Rozdziawił jedynie usta i spojrzał na sukno, które trzymał. Czuł się jak dziewica w arabskim haremie, z taniego filmu pornograficznego. Czuł niesmak i obrzydzenie. Czuł się odarty z wszelkiej godności.
- Ale jestem zmęczony. - Nagle do namiotu wszedł Mikelis i od razu się położył. - A wieczorem ma przyjść po mnie jakiś babsztyl i zabrać mnie do pomocy przy wyplataniu koszy. Nie masz wcale tak źle.
Na chwilę Doktor zapomniał o uczuciu poniżenia i wlepił wzrok w materiał, który cały czas dzierżył w dłoniach. Jego mina wskazywała, że nad czymś intensywnie rozmyśla. Nie wyglądał już na tak zdegustowanego, jak przed paroma sekundami. Widać było, że w jego głowie zaświtał jakiś pomysł.
- Ta baba od koszy nigdy cię nie widziała, prawda? - spytał niespodziewanie, wciąż zamyślony.
- Nie sądzę. - Mikelis popatrzył na Doktora podejrzliwie.
Pan Czasu wziął głęboki wdech, jakby miał coś bardzo trudnego do zakomunikowania.
- Wiem, że nie powinienem cię o to prosić, wiem, że to niegodne i niemoralne, ale lepszego rozwiązania nie znalazłem, więc muszę wybrać mniejsze zło. Dziś wieczorem zamieńmy się miejscami – oznajmił jednym tchem.
- Co?!
Trudno było oczekiwać innej reakcji.
- Założysz ten całun i pozwolisz by służące przyprowadziły cię księżniczce zamiast mnie. Ja natomiast poczekam na babę od koszy i zajmę twoje miejsce. Nikt się nie połapie. Tak sądzę. - Doktor nie był w pełni przekonany do swojego planu, ale tym razem musiał postawić wszystko na jedną kartę.
- Chcesz powiedzieć, że ja i księżniczka mamy... - Mikelis rozdziawił usta z niedowierzania.
- Powiedziałeś, że ci się podoba, więc uznałem, że nie będzie to takie straszne.
- Nie o to chodzi. Nawet jeśli uda mi się ją zadowolić, w końcu i tak wyjdzie na jaw, że zamieniliśmy się miejscami. Wiesz co nam wtedy zrobią?
- Wiem i przepraszam. Naprawdę mi przykro, ale nie widzę innego wyjścia. Tak przynajmniej zyskam na czasie i będę mógł opracować plan ucieczki.
Patrząc w oczy Doktora Mikelis widział jak bardzo jest zdesperowany. Osoba, którą podziwiał i która wybroniła go poprzedniej nocy teraz naprawdę go potrzebowała. Jeśli chłopak by odmówił, poczułby się jak najgorszy rodzaj tchórza, stałby się wszystkim tym, czym gardzi.
- W porządku – odparł i wziął całun.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,258,437 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.