Grudzień 12 2018 23:55:50
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział I
Na niepościelonym łóżku leżał starannie przygotowany mundurek szkolny, na który składała się biała koszula, granatowa plisowana spódnica, pulower w tym samym kolorze oraz krawat. Obok stała stara, drewniana toaletka z dużym lustrem. Ubrawszy się, Rose chwyciła znajdującą się na niej szczotkę i zaczęła czesać swe długie, kasztanowe włosy. Jak zwykle spięła je klamrą, pozwalając części swobodnie opaść na ramiona. Dokładnie przyjrzała się swemu odbiciu, stwierdzając, że wygląda jak sto nieszczęść. Była blada i miała zaczerwienione oczy. Nigdy jednak nie przejmowała się swoim wyglądem. Podczas gdy inne nastolatki interesowały się ciuchami i kosmetykami, ona wolała fizykę kwantową i cybernetykę. Nic dziwnego, że ciężko było jej się odnaleźć wśród rówieśników. Nie to jednak stanowiło największy problem. Cierpiała przede wszystkim dlatego, że oficjalnie stała się sierotą. Dzień wcześniej pochowała ojca, a matki nawet nie pamiętała. Trafiłaby do domu dziecka, gdyby ciocia Gwen i wujek Rhys nie zostali jej prawnymi opiekunami.
- Jesteś gotowa? - spytał Gwynedd, wchodząc do sypialni.
Był wyjątkowo wyrośnięty jak na czternastolatka, przez co koledzy często wysyłali go po papierosy. Już dawno przerósł Rose, która również do niskich nie należała. Jednak w przeciwieństwie do jej chudej sylwetki, on był całkiem dobrze zbudowany. Jak zwykle nie zapiął koszuli na ostatni guzik, a krawat nosił luźno, przez co narażał się nauczycielom. Nie wspominając już, że rzadko się czesał, przez co czarne włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach.
- Ja chyba na nic nie jestem gotowa – westchnęła Rose, odkładając szczotkę.
- Posłuchaj... może zostań w domu. Mama powiedziała, że nie musisz dziś iść do szkoły. - Choć młodszy o rok, Gwynedd troszczył się o przyjaciółkę jak rodzony brat.
- Nie, wolę iść. To odwróci moją uwagę od pewnych... rzeczy.
Rose obiecała sobie, że już nie będzie płakać, więc powstrzymała napływające łzy. Chwyciła plecak i podeszła do drzwi.
- Hej, zapomniałabyś insuliny. - Chłopak wskazał na podręczną apteczkę, która leżała na stole.
Jeszcze nigdy nie widział koleżanki tak rozkojarzonej. Nie okazała absolutnie żadnych emocji, po prostu spakowała lek i wyszła. Gdy zeszła na dół, mruknęła tylko ciche „dobry” do opiekunów i skierowała się do wyjścia, ignorując specjalnie przygotowane dla niej ciasteczka. Gwynedd wyręczył ją, zabierając paczkę, po czym dogonił koleżankę i razem opuścili dom.
Jedno spojrzenie na Rose wystarczyło, by wiedzieć, że przeżywa głęboką depresję.
- Powinniśmy jej powiedzieć – rzekł ze zdenerwowaniem Rhys, który zawsze gardził kłamstwem.
Całkowicie stracił apetyt, a rzadko mu się to zdarzało.
- Musimy uszanować wolę Jacka – wyjaśniła spokojnie Gwen, czując, że tak łatwo męża nie przekona.
- Szanować to można wolę nieboszczyka, a jak wiemy, Jack nim nie jest i nigdy nie będzie. Cholera, zawsze uważałem, że nie nadaje się na ojca. Całe życie okłamywał Rose i przymykałem na to oko, ale teraz przesadził.
- Ma szansę odnaleźć Doktora. Czy to nie jest tego warte?
- Doktor nie żyje.
- Nie ma na to żadnego dowodu.
Rhys rzucił serwetką, częściowo rozładowując wściekłość.
- Minęło trzynaście lat od jego zaginięcia! Naprawdę sądzisz, że może żyć?! - padło retoryczne pytanie.
Gwen postanowiła podejść od nieco innej strony.
- Jeśli jej powiemy, tylko pogorszymy sytuację. Jack wróci i sam jej wszystko wytłumaczy – powiedziała stanowczo, ale zachowując spokój. Po oczach męża widziała, że go przekonała. Przynajmniej tymczasowo.


Przerwy na lunch były najgorsze i Rose ich szczerze nienawidziła. Wszyscy uczniowie rozmawiali o głupotach, o piłce nożnej, o serialach, o randkach, prezerwatywach i o tym, jak nienawidzą swoich starych. Przynajmniej ich mają – myślała sobie wtedy Rose. Czuła się jak jedyna rozumna istota w stadzie pawianów, a przez to skazana była na samotność. Teraz jednak jej to nie przeszkadzało, nie miała wręcz ochoty na towarzystwo, nie miała ochoty na nic, nawet na jedzeniem, dłubała tylko w swoim lunchu, podpierając się niekulturalnie ręką.
- To minie, zobaczysz, znowu będziesz się uśmiechać. – Gwynedd jak zwykle starał się ją pocieszyć. - Pomyśl o plusach, jesteśmy teraz rodzeństwem. Fajnie, co?
Nie oczekiwał odpowiedzi i też jej nie otrzymał. Rose dalej wlepiała mętny wzrok w talerz, dopóki nie podeszły do niej trzy rówieśniczki.
- Chciałyśmy złożyć ci kondolencje – powiedziała niepewnie jedna z dziewcząt. - Bardzo nam przykro z powodu twojego taty.
- Tak, wyglądał na bardzo miłego – powiedziała druga.
- I był przys... - trzecia nie dokończyła, bo koleżanką szturchnęła ją łokciem.
- Głowa do góry – padło jeszcze i nastolatki się oddaliły.
Rose odprowadziła je wzrokiem, patrząc na nie z politowaniem.
- Dlaczego ludzie, którzy olewają cię całe życie, nagle robią się mili, gdy spotka cię coś strasznego? To takie żałosne – skomentowała.
- Nie przejmuj się, to idiotki. Zakładam, że nie będziesz tego jeść? - Gwynedd, dokończywszy swoją porcję, zabrał się za nienapoczęty posiłek Rose. Mógł zjeść wszystko. Fakt, że nie miał nadwagi, zawdzięczał tylko swemu wiekowi i aktywnemu trybowi życia.
- Czasem mam wrażenie, że cała nasza rasa to jedna wielka pomyłka – mruknęła pod nosem dziewczyna, ale Gwynedd jej nie usłyszał.
- Zaraz będzie dzwonek, trzeba lecieć do sali – powiedział, patrząc na zegarek. - Mam referat o Haroldzie Saxonie.
- Naprawdę nie mogłeś wybrać czegoś ciekawszego?
- Premier, który używał hipnozy i zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach – może być coś ciekawszego?
Rose stwierdziła, że niepotrzebnie spytała.


Na wszystko przychodzi swój czas i nadszedł też czas, by odwiedzić dawny dom Rose. Nie chodziło tu o kwestie sentymentalne, lecz praktyczne. Coś trzeba było zrobić z majątkiem po Jacku, część rzeczy zabrać, część sprzedać, część wyrzucić. Zgodnie z życzeniem „zmarłego”, pieniądze otrzymane za posiadłość miały trafić na prywatne konto Rose. Zdawała sobie sprawę, że będzie to ogromna suma, wystarczająca, by zapewnić jej życie w dobrobycie, ale chętnie oddałaby wszystko, co do grosza, byle tylko odzyskać tatę.
Dom znajdował się poza miastem, tuż na skraju lasu. Był piękny, acz trochę staromodny i zdecydowanie za duży na dwie osoby. Owszem, odwiedzało go sporo innych osób, ale nikt więcej w nim nie mieszkał. Nawet gospodyni i ogrodnik pracowali na przychodne. Jack miał też liczne partnerki i partnerów, ale nikt z nich nie zdołał zagrzać w domu miejsca, zmieniali się zbyt szybko i zdawało się wręcz, że Harkness żadnego związku nie traktował poważnie, jakby bał się angażować.
Rose wiedziała, że kiedyś żyli w mieszkaniu w centrum, ale była wtedy bardzo malutka i nie pamiętała tych czasów. Większość swojego dzieciństwa spędziła w przerażająco pustym domu oraz bawiąc się w wielkim, równie pustym ogrodzie.
- Nie spiesz się, nie musimy wszystkiego załatwić dzisiaj. Po prostu to, co będziesz chciała zatrzymać, przynieś tutaj – wyjaśniła Gwen, gdy całą rodziną weszli do salonu. - Gwynedd ci pomoże. Ja z wujkiem też się trochę rozejrzymy – to mówiąc, skinęła na Rhysa, którego mina świadczyła, że wolał nieco inaczej spędzić weekend.
Większość swoich rzeczy Rose zdążyła już zabrać. Dokładnie przejrzała swoją sypialnię, a jeśli chodzi o przedmioty należące do jej ojca, nie czuła się na siłach, by o nich decydować.
- Chodźmy na strych, może coś mi wpadnie w oko – zaproponowała, a Gwynedd przytaknął.
Rzadko zapuszczała się na samą górę, więc miała nadzieję na jakieś ciekawe odkrycia. Zgodnie z przypuszczeniem natknęli się przede wszystkim na grubą warstwę kurzu. Poza tym w oczy rzucała się spora kolekcja książek. Przejrzenie ich wszystkich zajęłoby cały dzień, więc zerkali tylko na niektóre.
- „Sztuki walki od A do Z”? Czadersko! Mogę pożyczyć? - Gwynedd od razu znalazł coś dla siebie.
- Możesz ją sobie wziąć. - Rose po raz pierwszy od tygodnia zdobyła się na uśmiech.
- Dzięki.
Z zadowolenia chłopak zaczął szukać jeszcze intensywniej i wkrótce natknął się na kolejną interesującą pozycję.
- „456 – zeznania świadków” - przeczytał napis na okładce. - Ciekawe co tutaj naopowiadali. Może jest coś o naszych rodzicach?
Można powiedzieć, że Gwynedd i Rose byli wtajemniczeni w wiele spraw, o których zwykły, szary człowiek nie miał zielonego pojęcia, ale ich wiedza i tak była zaledwie czubkiem góry lodowej. Rodzice nie mogli im zdradzić wszystkiego, choćby dla ich własnego bezpieczeństwa.
- Urodziłaś się wtedy, prawda? W dzień inwazji obcych – napomknął Gwynedd. - Czad.
- Przecież i tak nie mogę tego pamiętać. Zresztą, to nie do końca była inwazja.
- Tylko dzięki naszym starym. - Chłopaka rozpierała duma na samą myśl, że jest synem bohaterów.
Ponieważ przeglądanie książek szybko się im znudziło, zabrali się za inne rupiecie. Ku wielkim protestom Rose, Gwynedd zaczął grzebać w starych zdjęciach, śmiejąc się za każdym razem, gdy znalazł fotografie z czasów, kiedy wraz z koleżanką byli mali.
- Co to za facet? Przewija się na dość wielu zdjęciach, ale tylko na tych starszych – powiedział, wskazując na mężczyznę w brązowym, prążkowanym garniturze.
- Wiesz jaki był mój tata. To na pewno jeden z jego partnerów, pamiętam go jak przez mgłę, ale w bardzo pozytywny sposób.
- A nie krewny? Wiesz, jesteś do niego trochę podobna.
- Na pewno nie krewny. Mój tata nikogo nie miał, oprócz siostry Alice, która zmarła. W sumie szkoda, że nie związał się z nikim na stałe. Nigdy nie krytykowałam jego sposobu życia, ale mam wrażenie, że czegoś mu brakowało.
Ponieważ Rose ogarnęło uczucie melancholii, Gwynedd stwierdził, że może lepiej nie przywoływać wspomnień i odłożył zdjęcia z powrotem na swoje miejsce, skupiając uwagę na innych przedmiotach. Dziewczyna zrobiła podobnie i zaczęła grzebać w rupieciach. Znalazła sporo swoich zabawek, które już do niczego się nie nadawały, oraz równie bezużytecznych sprzętów. W pewnym momencie wpadło jej w ręce niewielkie pudełko. Otworzyła je, po czym rozdziawiła usta w zachwycie i zdumieniu, przyglądając się zawartości jak zahipnotyzowana. Po chwili zamknęła pudełko i schowała do torby. Jednak wizyta na strychu okazała się owocna.


Piętnaście lat temu, po wydarzeniach, które wstrząsnęły światem, po śmierci Ianto, po narodzinach Rose, zarówno Jack, jak i Gwen stwierdzili, że raz na zawsze kończą z Torchwood, choć wiedzieli, że ich życie już nigdy nie będzie w pełni normalne. Gdy Gwynedd nieco podrósł, Gwen wróciła do pracy w policji i do tej pory była jej wierna. Ona i Rhys nie zarabiali ogromnych pieniędzy, ale wystarczało na godziwe życie. Najważniejsze, że mieli poczucie bezpieczeństwa, choć nigdy nie opuszczała ich myśl, że los może jeszcze spłatać im figle.
Przed chwilą Rhys wyszedł do pracy, a dzieci do szkoły, ona zaś czyniła ostatnie przygotowania i ubierała się. Uczesała się, włożyła obrączkę i podeszła do okna by je zamknąć. Wtedy zamarła.
Możliwe, że zadziałały powracające wspomnienia sprzed piętnastu lat i instynkt, który zdążyła do tej pory w sobie wyrobić, ale gdy ujrzała przed domem wojskowy wóz i wysiadających z niego uzbrojonych mundurowych, pierwsza myśl jaka przyszła jej do głowy, to że jej rodzina jest zagrożona. Istniało wiele możliwości, ale życie nauczyło ją nie ufać nikomu, do tego miała naprawdę złe przeczucia, więc szybko chwyciła telefon i zadzwoniła do syna.


Gwynedd zaklął, gdy odezwała się jego komórka. Nie znosił grzebać w plecaku tylko po to, by wyjąć telefon, zwłaszcza że był w drodze do szkoły i musiał specjalnie przystanąć.
- Czego mama może chcieć? - mruknął, gdy zobaczył, kto dzwoni.
Odebrał i wraz z Rose ruszyli dalej przed siebie.
- Jesteś już w szkole? - spytała Gwen, wyraźnie zdenerwowanym głosem.
- Nie, ale już dochodzimy – odparł chłopak, zaniepokojony tonem, który usłyszał.
- Nie zauważyłeś kręcących się w okolicy mundurowych?
- Czekaj...
Przystanęli. W miejscu, w którym się znajdowali, wyraźnie widzieli budynek szkoły. Gdy się przyjrzeli, zauważyli, że rzeczywiście w pobliżu kręci się wojsko. Zaskoczyło to ich oboje.
- Pod szkołę przyjechali żołnierze... co się dzieje, mamo? - Gwynedd również zaczął się denerwować.
- Pamiętasz jak ci opowiadałam od dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży? Wiesz, co się wtedy wydarzyło. Pamiętasz, jak ci mówiłam, że to się może powtórzyć i musisz być przygotowany radzić sobie samemu? Mam nadzieję, że się mylę, Boże, żebym się myliła, ale jeśli nie.... jeśli to się właśnie teraz powtarza, musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać... - Teraz nie było to już tylko zdenerwowanie. Głos Gwen naprawdę drżał, jakby straszliwie się bała. Musiała mówić prawdę. - Uciekajcie! Dostańcie się do cioci Marthy, ona coś wymyśli. Wyrzuć telefon, żeby was nie namierzyli. Kocham cię, wiem, że dasz radę... - ostatnie słowa wypowiedziała tak, jakby płakała.
Gwynedd nie musiał wyrzucać komórki, bo sama wypadła mu z ręki. Nawet będąc dzieckiem bohaterów, nie mógł przygotować się na coś takiego. Matka wiele razy mówiła mu, że pewnego dnia może znaleźć się w niebezpieczeństwie. Nie raz wpajała mu, jak wtedy postępować, a jednak potrzebował chwili, żeby się otrząsnąć.
- Co się stało? - Jego reakcja przeraziła Rose.
Wtedy chłopak się zreflektował.
- Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Musimy uciekać.
Chwycił koleżankę za rękę i pociągnął za sobą. Nie zamierzał nawet biec ulicą, bo mogli by zwrócić na siebie zbyt wiele uwagi. Przeszedł przez ogrodzenie na czyjąś posesję, pomagając przy tym zdezorientowanej Rose. W taki sposób pokonali kilka przecznic. Na szczęście o tej godzinie większość osób była w pracy. Potem wsiedli do pierwszego lepszego autobusu, przejechali przystanek, przesiedli się do kolejnego, znowu przejechali przystanek i biegli dalej, aż znaleźli bezpieczne miejsce w opuszczonym magazynie. Matka nauczyła go wszystkiego.
- Dobra, powiedz mi... co się do cholery dzieje... - wysapała Rose. Biegała całkiem nieźle, ale nie była aż tak wysportowana jak Gwynedd.
- Nie wiem dokładnie... mama mówiła, że przyjechało wojsko, że mamy uciekać... dostać się do cioci Marthy...
- Przecież to w Anglii! Kawał drogi! - przeraziła się Rose, nie wierząc, że to wszystko spotyka ją naprawdę.
- Damy radę, mama nauczyła mnie różnych sztuczek. Kiedyś dostała się z tatą do Anglii ukrywając się w ciężarówce pełnej ziemniaków.
Mimo pewności siebie, którą prezentował Gwynedd, Rose dalej miała problemy z pogodzeniem się z rzeczywistością.
- Czego wojsko miałoby od nas chcieć? Jesteśmy tylko dwójką nastolatków. Nigdy nawet nie zwinęłam perfum z supermarketu, w przeciwieństwie do koleżanek.
- Pomyśl tylko, nasi rodzice byli w Torchwood, do tego twój tata współpracował z UNIT. Można powiedzieć, że jesteśmy napiętnowani. Możemy być zamieszani w jakieś dziwne przekręty, nawet o tym nie wiedząc.
- Ale skąd wiesz, że od razu chodzi o coś złego? Może chcą tylko, żebyśmy im w czymś pomogli? - Rose broniła swego.
- Sama powiedziałaś, że jesteśmy tylko dwójką nastolatków. Niby w czym mielibyśmy im pomagać? Nie przyszło ci do głowy, że to może mieć coś wspólnego ze śmiercią twojego ojca?
Ostatnie słowa sprawiły, że powiało grozą, a dziewczyna momentalnie zamilkła. Przez chwilę Gwynedd żałował, że w ogóle się odezwał, bo mógł w ten sposób jeszcze bardziej przestraszyć Rose. Wyglądało jednak na to, że przekonał ją do ucieczki.
- Dobra, sprawdźmy, co mamy w plecakach i co się nam może przydać – zasugerował, zachowując zimną krew. - Drugie śniadanie, woda, podręczniki pewnie do niczego się nie przydadzą, ale nie wyrzucę ich, bo mogłyby służyć za trop...
Rose już miała sięgnąć po stare pudełko, które niedawno znalazła na strychu i tego dnia nie bez przyczyny zamierzała wziąć do szkoły, ale w pierwszej kolejności wyjęła insulinę.
- Nie ma tego zbyt wiele – skomentowała, a w zasadzie wymamrotała.
- Nie martw się, zdobędę więcej. Mówiłem ci, że mama nauczyła mnie wszystkich sztuczek.
Rose go jednak nie słuchała. Nagle ogarnęło ją przeraźliwe uczucie żalu i bólu, zdała sobie sprawę, że życie ciągle rzuca jej kłody pod nogi. Najpierw zginął jej ojciec, teraz z jakiegoś powodu ścigało ją wojsko. Czy takie życie w ogóle miało jakikolwiek sens?
Gwynedd odruchowo odskoczył, gdy Rose rzuciła lekarstwo na ziemię i zgniotła butem. Zszokowało go to jeszcze bardziej niż telefon od matki.
- Pieprzę to wszystko! Nie idź za mną! - wysyczała przez łzy dziewczyna i pobiegła przed siebie.
Tym razem Gwynedd również prędko się zreflektował. Chociaż był od niej szybszy, koleżanka tak usilnie próbowała go zgubić, że w końcu wbiegła w krzaki i tyle ją widział. Bardzo dobrze znał Rose, wiedział, że nigdy nie należała do wybitnie szczęśliwych, ale wiedział też, że nigdy nie miała myśli samobójczych. Była w stresie, była przerażona, zdruzgotana i nie myślała racjonalnie. Musiał ją odnaleźć bez względu na wszystko.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,439 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.