Grudzień 12 2018 23:57:24
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział II
Choć tym razem nikt nie próbował ich zabić, Gwen czuła się jak piętnaście lat temu, gdy rząd zamierzał wyeliminować wszystkich członków Torchwood. Żołnierze zaprowadzili ją i Rhysa do bazy UNIT, traktowali ich grzecznie, ale gdzie nie spojrzała, widziała uzbrojonych ludzi, gotowych pociągnąć za spust w odpowiedzi na każdą próbę ucieczki. Trudno było czuć się komfortowo w takiej sytuacji. Jednak wyraźnie próbowano zdobyć ich zaufanie, zostali przywitani przez samego pułkownika Arthura Lethbridge-Stewarta, który niegdyś współpracował z Doktorem. Gwen nie poczuła się ani trochę przekonana do dobrych intencji wojska.
- Masz tupet – wycedziła przez zaciśnięte zęby, gdy pozwolono jej usiąść przy stole.
- Tylko spokojnie, chcemy dobrze – zapewnił oficer.
- Sranie w banię! - wtrącił się Rhys. - Gdybyście chcieli dobrze, po prostu byście zadzwonili i wyjaśnili sprawę, ale skoro wysłaliście uzbrojone wojsko bez ostrzeżenia, żeby nas tu ściągnąć, musieliście wiedzieć, że cokolwiek knujecie, nam się to nie spodoba.
- Czego chcecie od naszych dzieci? - Gwen mówiła tym samym zdenerwowanym tonem co wcześniej.
- W zasadzie chodzi nam tylko o Rose i byłoby dobrze, gdybyście nam powiedzieli, gdzie przebywa. Podobno nie stawiła się dzisiaj do szkoły.
- Nie dostaniecie jej! Co w ogóle chcecie z nią zrobić? Poddać eksperymentom? - Tym razem w głosie Gwen słychać było także obrzydzenie.
- Nic z tych rzeczy.
Oficer westchnął i chwycił pilota. Spodziewał się takiej reakcji ze strony państwa Williamsów i jedyne, co mógł zrobić, to pokazać, o co dokładnie chodzi, licząc, że to wystarczy. Włączył znajdujący się za jego plecami duży monitor.
- Nad ranem nasze prywatne, ulepszone satelity wykryły pozaziemski obiekt znajdujący się na orbicie. Statek jest zamaskowany, ale jak już mówiłem, nasza technologia pozwoliła go dojrzeć. Otrzymaliśmy też przekaz.
Po chwili na ekranie pojawiła się postać kobiety o seledynowych oczach i bladej cerze, która kontrastowała z czernią jej włosów.
- Oddajcie mi Pana Czasu. Macie na to dwie ziemskie doby. Jeśli mi go nie oddacie, wasza planeta zostanie zniszczona - rzekła beznamiętnie postać, po czym pułkownik zatrzymał obraz.
- To w zasadzie wszystko. Nie wiemy, kim jest, poza tym, że nazywa siebie Królową, ani z jakiej rasy pochodzi. Próbowaliśmy nawiązać dialog, ale jedyne informacje, jakie udało się nam uzyskać, to że Pan Czasu jest jej „potrzebny”, nie mamy pojęcia do czego, ale wygląda na zdeterminowaną. Trochę się przypomina sytuacja sprzed piętnastu lat.
W oczach Gwen zaiskrzyła prawdziwa wściekłość.
- Rozumiem, że chcecie jej oddać Rose i szybko załatwić sprawę! - Kobieta wstała i uderzyła dłońmi w blat stołu.
- Traktujemy to jako ostateczność. Na razie staramy się grać na zwłokę i opracować jakiś plan. Musimy jednak liczyć się z możliwością, że...
- Nie sądzicie, że jej chodzi o Doktora? - Gwen weszła mężczyźnie w słowo.
- Ani razu nie sprecyzowała, o kogo jej dokładnie chodzi.
- Nie mogę uwierzyć, że zdecydowałeś się zrobić coś takiego! - wtrącił się Rhys. - Ciesz się, że Doktor zaginął, bo nawet on by ci tego nie wybaczył. - Dla większego efektu pogroził palcem.
- To nie jest mój pomysł. Od samego początku byłem temu przeciwny. Wykonuję tylko rozkazy – wyjaśnił pułkownik, zaczynając mieć dość całej rozmowy.
- Więc niech porozmawia z nami osoba, która je wydała – powiedziała z przekąsem Gwen. - Chyba że się boi?


Gdy Gwen postanowiła nauczyć syna sztuczek, które wyniosła z pracy w policji i Torchwood, Rhys był przeciwny. Uważał, że chłopiec wykorzysta te umiejętności w złym celu, że zacznie okradać sklepy i ludzi na ulicy oraz oszukiwać w szkole. Jednak Gwen się uparła i nie ustąpiła, tłumacząc, że robi to dla dobra dziecka, że kiedyś mu się to przyda. Okazało się, że miała rację. Dzięki niej Gwynedd zdołał wytropić Rose. Zajęło mu to sporo czasu, szukał aż do nocy, ale w końcu odniósł sukces.
Ponieważ padał rzęsisty deszcz, Rose schroniła się w starej drenie. Już dawno opuścili teren Cardiff, więc dookoła nie było żywej duszy. Mimo panujących ciemności, Gwynedd od razu zauważył, że jego koleżanka płacze. Niezwłocznie zasypał ją pytaniami.
- Co się stało? Źle się czujesz? Coś cię boli? Słabo ci? Mam twój plecak, tak na marginesie.
- Nie... - Rose pociągnęła nosem i otarła oczy rękawem. - Ale coś jest nie tak.
- Co takiego? - zaniepokoił się Gwynedd. Ponieważ dziewczyna długo nie przyjmowała insuliny, bał się, że może dojść do nieszczęścia.
Zrobił się czerwony jak burak, kiedy Rose chwyciła jego dłoń i przyłożyła do swojej prawej piersi. Czegoś takiego się nie spodziewał.
- Urosły ci cycki? - wypalił, nie za bardzo rozumiejąc intencje przyjaciółki.
- Nie, ptasi móżdżku! Mam dwa serca!
Gdyby nie to, że Rose wykazywała wszelkie oznaki paranoi, Gwynedd wybuchnąłby śmiechem.
- Bzdura, nie możesz mieć dwóch serc.
- No to posłuchaj.
Żeby uspokoić koleżankę, chłopak, po krótkim namyśle, postanowił spełnić jej prośbę. Kiedy przystawił ucho do jej klatki piersiowej, nie wyglądał już na tak pewnego siebie. A może sam zaczynał popadać w paranoję?
- To nie wszystko. Mój wzrok się wyostrzył, w ogóle nie czuję zmęczenia i nie jestem głodna – mówiła Rose z desperacją w głosie. - A do tego... podaj mi jakiś długi ciąg liczb.
Gwynedd westchnął i szybko, bez namysłu, wymienił:
- 12, 34, 35, 64, 3234, 1233, 4336, 87967, 123, 57, 12, 3, 67, 124, 78, 2, 57, 766, 123, 8.
- 12, 34, 35, 64, 3234, 1233, 4336, 87967, 123, 57, 12, 3, 67, 124, 78, 2, 57, 766, 123, 8 – powtórzyła Rose, ale nie zrobiło to na chłopaku żadnego wrażenia.
- Daj spokój, nawet nie pamiętam, co powiedziałem.
- Ale ja pamiętam!
Gwynedd westchnął po raz kolejny. Jego młody umysł nie był w stanie przeanalizować wszystkiego naraz .
- Czyli chcesz powiedzieć, że jak przestałaś brać insulinę, stałaś się mądrzejsza i masz w sobie więcej energii? - spytał z rozbawieniem i niedowierzaniem.
- Skąd wiesz, że to była insulina? To mogło być cokolwiek. Nigdy osobiście nie poszłam do apteki, zawsze mi to dawali.
Akurat tutaj Rose miała rację. Jakoś wcześniej Gwynedd nie wziął tego pod uwagę. Nerwowo przeczesał dłonią włosy.
- Nie mogło ci nagle wyrosnąć drugie serce. - Starał się we wszystkim znaleźć logikę, ale mu to nie wychodziło.
- Może zawsze tam było, tylko nie działało?
Odkrycie Rose zdawało się coraz bardziej niedorzeczne, przynajmniej dla Gwynedda, bo dziewczyna zdążyła sobie poukładać fakty.
- Długo się nad tym zastanawiałam i chyba mam teorię – wyznała, a po jej głosie słychać było, że wnioski, do których doszła, ją przerażają. - Jestem eksperymentem, który wymknął się spod kontroli.
- Eksperymentem?! - Gwynedd prawie zaśmiał jej się w twarz.
- To by wszystko wyjaśniało, nawet śmierć mojego taty. Pewnie mnie ukrywał i dlatego zginął. A teraz chcą mnie.
- Nie wierzę w to.
- Nigdy nie zastanawiałeś się, czemu nic nie wiadomo o mojej matce? Czemu nie mam nawet ani jednego jej zdjęcia?
- Jeju, przecież już to przerabialiśmy. Twoja matka była tajniakiem, pamiętasz? Twój tata ledwo ją znał, jedna przygoda, wpadli, ty się urodziłaś, matka zginęła, tata się tobą zaopiekował. Sam ci to opowiadał.
- No właśnie, a to brzmi jak idealna bajeczka, żeby zatuszować prawdę.
Teoria Rose zdecydowanie miała ręce i nogi, ale to nie wystarczało, żeby przekonać Gwynedda. On za to wiedział, że nie przekona koleżanki, by przestała spekulować.
- Słuchaj, nawet jeśli to miałaby być prawda, to co z tego? Nie dbam o to. - Chwycił ją za ręce, by dodać jej otuchy. - Wciąż jesteś tą samą Rose, dla mnie nic się nie zmieniło i tego się trzymajmy. Musisz być silna, twój tata by tego chciał.
Dziewczyna wzięła parę głębokich wdechów, by się uspokoić. Zaś Gwynedd kontynuował przemowę:
- Jestem Rose Harkness, córka Jacka Harknessa, i się nie poddam – powtórz!
- Jestem Rose Harkness, córka Jacka Harknessa, i się nie poddam – wyrecytowała dziewczyna z pewnym wahaniem i brakiem przekonania.
- Piąteczka! - Chłopak uśmiechnął się i uniósł dłoń, a jego przyjaciółka przybiła, czując się już trochę lepiej. - A teraz poszukajmy czegoś do jedzenia. Ty może jesteś super człowiekiem, ale ja umieram z głodu.
Rose nie była w stanie powstrzymać uśmiechu.


Stwierdzenie „zaprowadźcie mnie do swego przywódcy” poskutkowało, choć to przywódca przyszedł do nich.
- Generał Kowalski, kto by pomyślał? - rzekła z sarkazmem Gwen, gdy zobaczyła oficer. - I pomyśleć, że Doktor tak bardzo pani ufał.
- Robię to, co muszę. - Kobieta nie zamierzała dać się sprowokować. Usiadła przy stole i splotła dłonie. - Pani postawa w niczym nie pomoże. Wprost przeciwnie. Będzie bezpieczniej dla pani syna, jeśli wyjawi pani, gdzie on przebywa.
- Ona ma trochę racji. - Rhys niepewnie zwrócił się do żony.
- O Gwynedda jestem spokojna, poradzi sobie – rzekła Gwen, nie przerywając kontaktu wzrokowego z generał, choć nie była do końca pewna swoich słów. - Jeśli jest choćby w połowie tak waleczny jak mój mąż, a wiem, że jest, ochroni Rose i nie dopuści, żebyście dostali ją w swoje łapy.
- Co to za matka, która nie martwi się o dziecko pozostawione same sobie?
Generał próbowała trochę podkopać morale rodziców, ale jej się nie udało. Oczywiście, że Gwen martwiła się o syna, nie zamierzała jednak tego okazać. Chciała dać wojsku do zrozumienia, że przenigdy nie wyda im dzieci.
- Proszę mi powiedzieć, czy los jednej nastolatki jest aż tyle wart w porównaniu z życiem siedmiu miliardów ludzi? - Teresa Kowalski wcale nie zamierzała udawać świętej, a już tym bardziej się tłumaczyć. - Przypuszczam, że pani nigdy nie musiała podejmować tego typu decyzji i łatwo pani mnie osądzać, ale jednego jestem pewna: gdyby Jack Harkness znalazł się na moim miejscu, zrobiłby dokładnie to samo.
Gwen skrzywiła się na samo wspomnienie wydarzeń sprzed piętnastu lat, które generał tak mocno zasugerowała. Cieszyła się, że tym razem los świata nie spoczywa na barkach Jacka, bo prawdopodobnie nawet on by nie podołał takiej presji.
- Postaramy się rozwiązać problem bez narażania cywili. Muszę jednak wiedzieć, gdzie jest dziewczyna – kontynuowała oficer. Ponieważ odpowiedziało jej tylko milczenie, postanowiła użyć dedukcji. - Nie mogła pani pozostawić dzieci samych sobie. Musi być ktoś jeszcze. Przypuszczam, że jedyną odpowiednią do tego osobą jest dr Martha Jones-Smith, mam rację?
Ponieważ znowu zapadła cisza, Teresa Kowalski po prostu włączyła swój komunikator.
- Proszę niezwłocznie wysłać oddział do domu dr Marthy Jones-Smith. Nie używać przemocy, jeśli nie zajdzie taka konieczność – rozkazała. - Bez odbioru.
- Niech pani tego nie robi – powiedziała stanowczo Gwen.
- Pani koleżance nie stanie się żadna krzywda, jeśli będzie kooperować – zapewniła generał.
- Nie o nią się martwię, tylko o pani ludzi. Niech Bóg ma ich w swojej opiece. - Spojrzenie kobiety mówiło samo za siebie. Nie żartowała.
Na tym rozmowa się urwała.


Przenocowali w domku na drzewie, który znaleźli zupełnie przypadkowo. Nie mogli sobie pozwolić na zbyt wiele snu, ale okazało się, że było całkiem przyjemnie. Choć Rose wciąż miała mętlik w głowie, nie bała się już tak bardzo jak poprzedniego dnia, wręcz przyzwyczaiła się do nowej sytuacji. Z jednej strony chciała, by wszystko okazało się tylko złym snem, a z drugiej zaczynała rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie tak łakną adrenaliny. Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy naprawdę czuje, że żyje i gdzieś w głębi duszy marzy jej się więcej przygód.
Gwynedd postanowił użyć podobnego środka transportu, co jego matka piętnaście lat temu, z tym że zamiast na ciężarówkę pełną kartofli, trafili na ciężarówkę pełną jabłek.
- Tak to można podróżować – skomentował, wziął jeden z owoców, wytarł o koszulę i ugryzł.
- I to nas zawiezie prosto do Anglii? - spytała Rose.
- Powinno.
O dziwo, podróż wcale im się nie dłużyła. Uznali wręcz, że to fascynująca wyprawa. Gwynedd cieszył się, że Rose wróciła chęć do życia i nawet zaczęli opowiadać sobie kawały. Nie zapomnieli o niebezpieczeństwie, ale przynajmniej umieli do niego podejść z dumnie uniesioną głową. Czas tak szybko im płynął, że gdy się zatrzymali, zaczęli się zastanawiać, czy są już na miejscu, czy to tylko postój. Gwynedd dyskretnie wychylił się, by sprawdzić, co się dzieje. Natychmiast tego pożałował.
- Zrobili blokadę na drodze, żołnierze przeszukają wszystkie samochody – powiedział z przerażeniem.
- Widzieli cię?
- Nie wiem.
- Co zrobimy?
W odpowiedzi Gwynedd przyłożył palec do ust, dając do zrozumienia, że muszą być cicho jak mysz pod miotłą. Wdrapali się na najwyżej położone skrzynie i położyli na nich. Teraz mogli tylko czekać i mieć nadzieję, że żołnierzom nie będzie się chciało dokładnie przetrząsać wnętrza ciężarówki.
Tym razem szczęście ich opuściło.
- No dobra, koniec zabawy, dzieciaki – powiedział uzbrojony dowódca oddziału, stając nad poszukiwanymi. - Nie bójcie się, zabierzemy was do rodziców.
Gwynedd i Rose spojrzeli na siebie porozumiewawczo, dochodząc do wniosku, że opór nie ma sensu. Dali się zaprowadzić do samochodu, który przypominał nieco wóz więzienny, bo z tyłu posiadał pomieszczenie do transportu pojmanych ludzi. Zostali tam zamknięci na klucz, po czym auto ruszyło.
- Musimy się stąd jakoś wydostać. - Gwynedd od razu zaczął oglądać ściany, szukając sposobu na ucieczkę.
Gdyby nie był tą czynnością tak pochłonięty, zauważyłby, że Rose zachowuje zadziwiający spokój.
- Odsuń się, Gwyn – powiedziała dziewczyna z takim przekonaniem, jakby od samego początku miała plan.
Zmieszany nastolatek niepewnie wykonał polecenie, bacznie obserwując poczynania przyjaciółki. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Rose sięgnęła pod bluzkę i wyjęła dziwny, podłużny przyrząd. Wycelowała nim w drzwi, urządzenie zabrzęczało, a one się otworzyły. Gwynedd był tak oniemiały, że nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna chwyciła go pod ramię i pociągnęła za sobą. W tej chwili cieszył się, że trenował sztuki walki i znał pady, bo uniknął stłuczeń.
Zbiegli ze znajdującego się przy drodze stromego zbocza, a właściwie sturlali, i pobiegli przed siebie, prosto do lasu. Mimo niższej, dotychczas, sprawności fizycznej, Rose zdawała się nie doznać żadnego urazu, a właściwie była nawet odrobinę szybsza od kolegi.
- Myślisz, że się zorientowali? - spytał Gwynedd, gdy zatrzymali się na chwilę.
- Pewnie tak, nie możemy tu zostać.
- Co to jest? - chłopak wskazał na urządzenie.
- Nie wiem. - Rose wzruszyła ramionami. - Znalazłam na strychu. Było zepsute, więc naprawiłam.
- Dlatego tyle przesiadywałaś w garażu taty.
- Chciałam znieść do szkoły, jako projekt z fizyki – rzekła Rose z pewną dozą naiwności.
- Żartujesz? Za taki projekt od razu by cię wysłali do NASA. Gdzieś ty to ukryła?
- Za stanikiem.
- To ty nosisz stanik?
Za ostatnie pytanie Gwynedd został spoliczkowany, choć niezbyt mocno. Rose była przeczulona na punkcie swojego małego biustu, o czym on doskonale wiedział, więc często celowo się z nią przekomarzał.
- Ty lepiej zacznij szukać nowego środka transportu – powiedziała, odruchowo unoszą palec, jakby chciała nim pogrozić. - Mam przeczucie, że ciocia Martha zna wszystkie odpowiedzi.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,485 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.