Grudzień 13 2018 00:20:02
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział III
Nowy dom od razu przypał Doktorowi do gustu, a zwłaszcza znajdujący się na tyłach ogromny ogród - miejsce, w którym jego córeczka mogła wyszaleć się do woli i nigdy nie narzekać na nudę. Był trochę zapuszczony, ale zaniedbanie nie odbierało mu piękna. Nawet Doktor, który widział już tak wiele, wpadł w zachwyt, gdy ujrzał wszystkie odcienie zieleni w blasku słońca, bluszcz oplatający mury, stare krzewy oraz polne kwiaty. Rose, dość wyrośnięta jak na dwuletnią dziewczynkę, wybiegła na trawę i zaczęła zbierać stokrotki.
Doktor włożył ręce w kieszenie i zszedł po schodach prosto do ogrodu. Obserwował poczynania córki i napawał się pięknem okolicy. Pogoda była idealna, delikatny wiatr sprawiał, że gorąco nie doskwierało. Pan Czasu wciąż miał problemy z udomowieniem się, przebywanie tak długo w jednym miejscu nie leżało w jego naturze, ale zaczynał czerpać przyjemność z pewnych aspektów przyziemnego życia.
TARDIS stała przy murze, a gdy Rose znudziło się zrywanie kwiatków, zainteresowała się niebieską budką. Oglądnęła ją ze wszystkich stron, obeszła dookoła i zaczęła dotykać imitujących drewno ścian. Doktor uśmiechnął się podszedł do wehikułu i przykucnął naprzeciw Rose.
- Chciałabyś wejść do środka? - spytał, machając jej kluczem przed oczami.
- Tak. – Dziewczynka pokiwała głową.
W odpowiedzi Doktor wziął ją na ręce i otworzył drzwi. Podczas gdy Rose obserwowała wnętrze z zafascynowaniem, Pan Czasu poczuł się tak, jakby odwiedzał przyjaciela, z którym dawno się nie widział. Niby wciąż używał TARDIS w pracy, ale jednak to nie było to samo, co obcowanie z wehikułem tylko i wyłącznie dla czystej przyjemności. Aż przejechał dłonią po panelu sterowania, jakby starając się zacieśnić więź.
Kiedy wstępne zaciekawienie minęło, Rose poczuła się senna. Oparła głowę o ramię Doktora i ziewnęła, nie wypuściła jednak z dłoni stokrotek. Pan Czasu przytulił ją i popadł w zadumę. Myślał o podróżach, tych, które już odbył i tych, które go dopiero czekały.


- Postanowiłem, chcę znowu podróżować – oznajmił Doktor, gdy on i Jack mieli chwilę dla siebie
- Co takiego?! - Reakcja Harknessa była łatwa do przewidzenia. Wręcz się zbulwersował.
- Spokojnie, nie zamierzam uciec. Będziesz mnie widywał codziennie, praktycznie nic się nie zmieni. Pomyślałem, że skoro posiadam wehikuł czasu, czemu nie wykorzystać w pełni jego możliwości? Mogę pogodzić wszystko: pracę, dom i to, co lubię najbardziej.
- Chodzi mi o to, że to niebezpieczne. Nie wystarczy ci, że nadstawiasz karku w UNIT?
Doktor usiadł na wersalce obok Jacka, zamierzając mu wszystko na spokojnie wytłumaczyć.
- Sam wiesz, ile mam lat i sam wiesz, z jakich już sytuacji wychodziłem. Poradzę sobie. To taka część mojego życia, z której nie mogę zrezygnować. Obiecuję, że każdego dnia będę wracać na obiad – zaśmiał się.
Jack nawet nie próbował go powstrzymywać. Za dobrze znał Doktora, by starać się go na siłę zmienić.



Doktor nie raz myślał o tym, żeby cofnąć się w czasie do momentu, kiedy postanowił znowu podróżować i za wszelką cenę powstrzymać przed tym siebie samego, nawet z użyciem przemocy. Jednak nawet gdyby chciał, nie mógłby się targnąć na tak desperacki krok, bo TARDIS dawno mu odebrano. Podczas swego nienaturalnie długiego życia Doktor miał wiele imion, teraz był jedynie więźniem 3255, numerem, nikim, bez statku, bez rodziny, bez przyszłości. Pozostała mu jedynie nadzieja, choć i tej posiadał już niewiele.
Podczas swych podróży i rozlicznych prób rycerskości oraz obrony uciśnionych Doktor nie raz podpadł Proklamacji Cieni. Jedni go kochali, drudzy nienawidzili, jego czyny z jednej strony postrzegano jako akt dobra, z drugiej jako łamanie wszelkich panujących w kosmosie zasad. Prawdopodobnie uniknąłby konsekwencji, gdyby nie zdobył się na o jeden szalony czyn za dużo.
Zaczęło się dość klasycznie. Trafił na inną planetę, w przyszłości, zamieszkiwaną przez przyjazny, lecz dość prymitywny naród. Ów lud dręczyły częste ataki krwiożerczych bestii, niczym napadające wioskę wilkołaki w bajkach i baśniach, więc postanowił pomóc przyjaciołom. Ponieważ jedynym sposobem okazało się wyeliminowanie potworów, tak też uczynił, mimo swej niechęci wobec zabijania. Niestety nawet będąc Panem Czasu nie posiadł wiedzy absolutnej i nie miał pojęcia, że wytępił zagrożony gatunek, objęty ścisłą ochroną. Karą było dożywotnie więzienie, co w przypadku Doktora oznaczało bardzo, bardzo długo. Trafił do międzyplanetarnego zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, wybudowanego w miejscu starej stacji kosmicznej. Była to forteca, z której nie dało się uciec, co nie znaczy, że nie próbował.
Wydawałoby się, że osoba o sylwetce tak szczupłej, a rysach delikatnych zostanie zredukowana do niezbyt godnej roli w więziennej społeczności. Stało się jednak zupełnie inaczej. Jego inteligencja oraz spryt zwyciężyły z siłą więźniów i bardzo szybko zaskarbił sobie ich szacunek. Przez to życie w zakładzie karnym było dlań odrobinę lżejsze. Nie zmieniało to jednak faktu, że cierpienie, które wypełniało każdy dzień jego pustej egzystencji, nawet dla niego okazało się trudne do zniesienia. Potrafił wytrzymać wiele, potrafił radzić sobie z okrucieństwem strażników, ale myśl, że może już nigdy nie ujrzeć najdroższych mu osób, sprawiała, że potrafił całymi godzinami gapić się w jeden punkt niczym katatonik.
- Inspekcja! - usłyszał i ujrzał przed celą strażnika, z którym nie wiązały się żadne miłe wspomnienia.
Domyślił się, że nie jest to czas sprawdzania kwater, a jedynie szukanie pretekstu, by mu porządnie wtłuc. Przygotował się na najgorsze.
Energetyczne kraty na chwilę się rozsunęły, pozwalając mężczyźnie wejść do środka. Doktor siedział na pryczy i nic nie mówił, nawet jego twarz była pozbawiona emocji.
- Co to jest? - Strażnik pomachał mu przed nosem znalezionym urządzeniem.
- Radio. Lubię być na bieżąco – odparł spokojnie Pan Czasu.
- Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? Może to twoja kolejna próba ucieczki?
- Nawet debil umiałby rozpoznać zwykłe, niegroźne radio.
Za ostatni komentarz Doktor dostał pałką w twarz, po czym został rzucony na podłogę.
- Skąd wziąłeś części, żeby je zbudować? - spytał groźnie strażnik.
Pan Czasu nawet nie odpowiedział, wiedział, że nic nie zmieni jego losu. Dostał parę kopniaków w brzuch i okolice krocza. Nawet nie pisnął, zdążył przyzwyczaić się do bólu.
- Myślisz, że jesteś taki cwany? - Strażnik uniósł mu głowę wpychając pałkę pod jego podbródek. - Może udało ci się podlizać więźniom, ale ze mną tak łatwo nie pójdzie. Wiem, że coś knujesz, zawsze coś knujesz, wiem, do czego jesteś zdolny. Aż dziwię się, że do tej pory ci się nie znudziło. Ile to już lat? Dziesięć, dwanaście?! Sam straciłem rachubę. Wybiję ci raz na zawsze z głowy myśli o ucieczce, dosłownie wybiję!
Po chwili strażnik wyjął paralizator i potraktował nim bezbronnego Doktora, który tym razem stęknął i zacisnął zęby.
- Daj mu spokój, nie zasłużył sobie na to! - krzyknął więzień z celi naprzeciwko, stając w obronie kolegi.
- Chcesz być następny? - pogroził mężczyzna, co bardzo szybko zakończyło dyskusję.
Użył paralizatora jeszcze kilka razy, z zadowoleniem obserwując reakcję Doktora, którego ciało napinało się, gdy przeszywał je prąd, a twarz wykrzywiała w coraz większym bólu.
- Wiesz czemu tak cię lubię? Bo żaden człowiek by tego nie przeżył, a ty zawsze dostarczasz mi rozrywki – zaśmiał się strażnik.
Ponieważ Doktor nie zamierzał dać mu satysfakcji i starał się wszystko znosić w ciszy, mężczyzna w końcu się znudził i postanowił zastosować inną taktykę. Złapał jego rękę, boleśnie wykręcając, po czym chwycił jeden z palców i zgiął, aż dało się słyszeć chrupnięcie łamanej kości.
Tym razem Pan Czasu nie wytrzymał i krzyknął, po czym oparł głowę o posadzkę, modląc się, by tyle strażnikowi wystarczyło i zostawił go w spokoju.
Trzasnął kolejny palec, a Doktor krzyknął jeszcze głośniej niż poprzednio, z trudem powstrzymując się przed chęcią błagania o litość. Za trzecim razem poczuł, że łzy napływają mu do oczu.
Miał wrażenie, że przy czwartym da za wygraną, ale w ostatniej chwili uratował go dźwięk syreny.
- Czerwony alarm, czerwony alarm! - dało się słyszeć komunikat i w całym więzieniu zapanował chaos.


Trzech antyterrorystów schowało się w krzakach i obserwowało znajdujący się na odludziu dom Marthy.
- To żenujące, żeby w biały dzień, z pełnym uzbrojeniem napadać bezbronną kobietę – skomentował jeden, kończąc jeść batona.
- Podobno nie jest taka bezbronna. Słyszałem, że po śmierci męża trochę zdziwaczała. Wyjechała do Japonii i w ogóle, zgłębiała tajniki czegoś tam. No wiecie, jak na filmach.
Pozostali żołnierze popatrzyli na kolegę z politowaniem, a jeden ledwo powstrzymał śmiech.
- Sam jesteś jak na filmach, głupszy niż ustawa przewiduje. Wkraczamy!
Dowódca grupy naciągnął na twarz maskę i szybko wybiegł z krzaków, po czym przycisnął się do ściany domu, zaraz przy jej krawędzi. Dokładnie zbadał teren i gdy upewnił się, że droga jest wolna, dał kolegom znak, żeby do niego dołączyli. Cała trójka zaczęła skradać się pod oknami, zmierzając do wejścia.
Gdy przywódca odwrócił się na chwilę, by przekazać towarzyszom instrukcje, czekało go bardzo wielkie zaskoczenie: została ich tylko dwójka.
- Willis, gdzie ty do cholery jesteś? - próbował wywołać podwładnego przez komunikator, ale bezskutecznie.
Zaklął pod nosem i postanowił kontynuować akcję, zwiększając jednak czujność. W końcu weszli do środka, mając broń w gotowości. Zdążyli zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy Martha zeskoczyła z sufitu, ogłuszyła znajdującego się na tyłach żołnierza jednym ciosem, chwyciła jego broń i nim przywódca zdołał zareagować, trafiła go dwa razy: w bark i w łydkę. Mężczyzna upadł na podłogę, zwijając się z bólu.
- A teraz dokładnie opowiesz mi, co jest grane! - rozkazała.


Gwen nigdy nie traciła nadziei. Chociaż Doktor nie dawał znaku życia od wielu lat, wierzyła, że kiedyś wróci. Chwyciła komórkę i zaczęła pisać wiadomość. Wiedziała, że Rhys by ją za to wyśmiał, ale wyszła z założenia, że i tak nie ma nic do stracenia. Nawet jeśli szansa powodzenia wynosiła jeden na milion, warto było spróbować.


Nieśmiertelność nauczyła Jacka przede wszystkim cierpliwości. Potrzebował wielu lat podróży w czasie i przestrzeni, żeby odkryć co się stało z Doktorem i kolejnych lat, by zaplanować misję ratunkową. Międzyplanetarny zakład karny stanowił fortecę niemalże nie do zdobycia, ale nic nie było niemożliwe. Jack potrzebował przede wszystkim ludzi, a tych dało się łatwo pozyskać, jeśli wiedziało się, gdzie szukać. Nie był jedyną osobą, która marzyła, by uwolnić kogoś bliskiego z więzienia. Oprócz niego w kosmosie znajdowało się wielu podobnych desperatów. Niektórzy z nich byli spokojnymi ludźmi, niektórzy kryminalistami, ale nie miało to znaczenia, bo liczył się tylko wspólny cel. W ten sposób Jack Hakrness stworzył własną armię i zdołał dokonać zmasowanego ataku na więzienie.
Najtrudniej było przedrzeć się przez pierwszą linię obrony, ale gdy znaleźli się już wewnątrz zakładu, zdobyli przewagę, bo każdy uwolniony więzień stawał po ich stronie. Wkrótce dla strażników sytuacja stała się nie do opanowania, a nie mogli liczyć na szybkie wsparcie, bo więzienie znajdowało się w czeluściach kosmosu, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.
Jack ustawił broń na ogłuszanie i polecił tak zrobić wszystkim pozostałym, choć wiedział, że nie zdoła każdego przypilnować. Uczynił tak, bo wiedział, że Doktor nigdy nie zaakceptowałby faktu, że zginęło wielu ludzi, tylko po to, by on mógł wyjść na wolność. W ten sposób Jack miał czyste sumienie.
Wszystkim napotkanym więźniom zadawał jedno pytanie: gdzie jest Doktor. Gdyby nie to, że Pan Czasu był w zakładzie dość popularny, nie uzyskałby szybko odpowiedzi. Kiedy Jack trafił do właściwego sektora, z przejęciem zaczął sprawdzać każdą celę.
- Doktorze, to ty? - Podbiegł do leżącej na podłodze postaci i z przerażeniem stwierdził, że to jego partner.
Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie. Pan Czasu był blady, półprzytomny i krwawił z nosa. Ktoś dotkliwie go pobił. Jacka ogarnęła wściekłość, gdy zobaczył, że jego partner został skrzywdzony. Delikatnie uniósł mu głowę i plecy.
- Słyszysz mnie, Doktorze? To ja, Jack.
Pan Czasu spojrzał na niego mętnym wzrokiem i delikatnie się uśmiechnął.
- To najprzyjemniejsza halucynacja w moim życiu – szepnął, co przyszło mu z niemałym trudem.
- Nie jestem halucynacją, to naprawdę ja – zapewnił Jack, ale uświadomił sobie, że nie ma teraz czasu na rozmowy i musi skoncentrować się na tym, jak bezpiecznie przetransportować partnera na statek.
Biorąc pod uwagę stan Doktora, nie było możliwości, by szedł o własnych siłach. Jack chwycił go więc jedną ręką pod nogę, drugą za ramię i wziął na barki. Ostatnio dużo trenował, a Pan Czasu zdawał się stracić na wadze, więc mógł go bez trudu udźwignąć. Osłaniany przez towarzyszy, udał się w drogę powrotną na statek.
Doktor był cały czas przytomny. Gdy Jack dotarł na miejsce, posadził go przy ścianie, tak żeby ten mógł się oprzeć.
- Już jesteś bezpieczny, zaraz zajmie się tobą sanitariuszka. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia – powiedział Harkness, patrząc partnerowi prosto w oczy.
Reakcja Pana Czasu kompletnie go zaskoczyła. Doktor po prostu się rozpłakał, tak jakby cierpienie, które kumulowało się w nim przez lata, dopiero teraz dało o sobie znać. Tak jakby nagle zrzucił maskę twardziela, bo nie miał już po co znosić cięgów z dumnie uniesioną głową. A może płakał ze szczęścia? Najprawdopodobniej nie było jednej przyczyny.
- Nie zostawiaj mnie, Jack – oznajmił z desperacją w głosie i zdrową ręką chwycił partnera za koszulę, przyciskając głowę do jego piersi.
- Zostawić cię? To ostatnia rzecz, jaką bym zrobił. Nie będzie mnie tylko przez chwilę – zapewnił Harkness i poklepał Doktora po plecach. To go jednak nie uspokoiło.
- Nie, błagam, zostań ze mną... - Pan Czasu dalej łkał i kurczowo trzymał się koszuli Jacka. W jego głosie było słychać przerażenie, prawdopodobnie spowodowane traumą pourazową.
Jack nigdy nie sądził, że ujrzy Doktora w takim stanie. Kiedy słyszał jego szloch, łamało mu się serce. Oparł brodę o jego głowę, przytulił i poczuł, że również zacznie płakać, jeśli szybko nie weźmie się w garść. Na szczęście sanitariuszka przyszła w samą porę.
- Podam mu tylko środek uspokajający wymieszany z przeciwbólowym – wyjaśniła i wstrzyknęła Doktorowi lek.
Z powodu ogólnego wyczerpania organizmu specyfik sprawił, że Pan Czasu niedługo później zasnął.

Kiedy Doktor się obudził, umiał już zapanować nad swymi emocjami. Przypomniał sobie, co stało się wcześniej, przeanalizował sytuację i odetchnął z ulgą, zdając sobie sprawę, że Jack jednak nie był halucynacją. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że musi znajdować się w ambulatorium na statku kosmicznym.
- Jak się czujesz? - spytała sanitariuszka, zauważywszy, że pacjent się obudził.
- Świetnie – na twarz Doktora powrócił uśmiech.
- Jesteś wciąż pod działaniem środków przeciwbólowych.
- Gdzie jest Jack? - spytał zdesperowany.
- Zaraz tu przyjdzie. Spokojnie.
Sanitariuszka wykonała rutynowe badanie, by stwierdzić, czy pacjent nie doznał żadnych urazów mózgu. Niedługo po tym jak skończyła, do ambulatorium wszedł Harkness, który od razu rozpromienił się na widok Doktora. Usiadł przy nim i ujął jego zdrową rękę w obie dłonie, patrząc na niego w taki sposób, jakby miał się zaraz rozpłakać ze szczęścia.
- Co z nim? - spytał sanitariuszkę.
- Ma obrażenia wewnętrzne, ale przy tak szybkiej regeneracji tkanek będzie zdrów lada dzień. Miał też połamane palce prawej ręki, ale je nastawiłam.
- A czy... no wiesz...
- Nie znalazłam śladów przemocy seksualnej, jeśli o to ci chodzi.
- Nie martw się, nie zbierałem mydeł – powiedział Doktor, pokazując, że wrócił mu humor, co Jacka bardzo cieszyło.
- Zakładam, że chcielibyście chwilę pobyć sami – domyśliła się kobieta i opuściła ambulatorium.
Przez chwilę Harkness wpatrywał się w Doktora wzrokiem pełnym czułości, jakby nie mogąc się nacieszyć faktem, że znowu są razem. Pocałował partnera najpierw w czoło, potem w usta, a na końcu znowu ujął jego dłoń.
- Wiedziałem, że po mnie przyjdziesz. Nigdy nie straciłem nadziei – rzekł Pan Czasu łamiącym się głosem, czując, że znowu traci nad sobą kontrolę, ale szybko wziął się w garść.
- Chciałem to zrobić od razu, ale Rose mnie potrzebowała, nie mogłem jej zostawić, nie wiedząc nawet, w co się pakuję.
- Jaka ona jest?
- Wspaniała. Taka inteligentna i tak bardzo do ciebie podobna.
Jack uśmiechnął się i rozmarzył, podobnie jak Doktor. Nie było takiego dnia, by Pan Czasu nie myślał o swojej córce. Znowu poczuł, że się rozkleja i znowu próbował za wszelką cenę wziąć się w garść.
- Już niedługo się z nią spotkasz – zapewnił Jack, choć myśl o tym, co powie Rose, zaczynała go coraz bardziej przerażać.
Zastanawiał się, co dziewczyna przyjmie z większym trudem: fakt, że okłamał ją na temat własnej śmierci czy wyznanie, że nie jest jej biologicznym ojcem. Nie wspominając o znacznie bardziej szokujących nowinach dotyczących jej pochodzenia, które prędzej czy później będzie musiał jej przekazać.
- TARDIS... zabrali mi TARDIS – przypomniał sobie nagle Pan Czasu.
- Odzyskałem go dla ciebie – uspokoił go Jack. - To będzie twój wielki powrót.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,531 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.