Grudzień 13 2018 00:43:11
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 2

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział IV
Zbierało się na deszcz, ale pogoda była teraz najmniejszym zmartwieniem Rose i Gwynedda. To, że raz udało im się uciec wojsku, nie znaczyło, że mogą sobie pozwolić na utratę czujności. Już nigdzie nie czuli się bezpiecznie, ale nie zamierzali się poddać, skoro dobrnęli tak daleko.
Gdy wyszli z lasu i dotarli do drogi, dziewczyna uniosła rękę, by złapać stopa. Długie przebywanie w jednym miejscu było zbyt niebezpieczne.
- Rose, popatrz! - Gwynedd szarpnął koleżankę za rękaw i wskazał na nadjeżdżający z przeciwnej strony wóz wojskowy.
Sytuacja wyglądała na patową, mogli próbować ucieczki, ale obecnie byli niczym kaczki na strzelnicy. Zbiegli na pobocze, ale samochód zdążył już do nich dojechać. Tylko nagły łut szczęścia mógł ich uratować i tak właśnie się stało. Wóz został niespodziewanie potrącony przez nadjeżdżającego z ogromną prędkością tira. Przekoziołkował i wpadł do rowu, a uciekinierzy obserwowali zajście z rozdziawionymi ustami.
Nagle drzwi ciężarówki się otworzyły.
- Nie stójcie tak, tylko wsiadajcie! - Z miejsca kierowcy wychyliła się dr Jones-Smith we własnej osobie.
- Ciocia Martha! - Gwynedd wykrzyknął z takim zadowoleniem, jakby zobaczył świętego Mikołaja.
Dzieciaki szybko wskoczyły do ciężarówki.


Doktor zachowywał się tak, jakby widział TARDIS po raz pierwszy. Wszystkiego dotykał, wszystkiemu przyglądał się z zafascynowaniem. To zadziwiające, jak bardzo przywiązany był do swojego statku. Stanowił dla niego coś znacznie więcej niż tylko środek transportu. Jacka napełniała radość, gdy przypatrywał się poczynaniom partnera.
- Garderoba! - uświadomił sobie nagle Doktor. - Czas pozbyć się tego okropnego więziennego uniformu!
Pan Czasu dokładnie wiedział, czego szuka. Przejrzał wszystkie ubrania, aż znalazł granatowy garnitur i spodnie w tym samym odcieniu oraz pasujące do nich dodatki. Tak się stęsknił za dawnym strojem, że aż powąchał tkaninę. Zaczął przebierać się na miejscu, a Jack poczuł się odrobinę niezręcznie, bo podniecił się, jak tylko ujrzał skrawek nagiej skóry. Długa rozłąka zdecydowanie mu nie służyła.
- Pomogę ci. - Podszedł do Doktora i zaczął zapinać mu koszulę.
- Jack, potrafię się sam ubrać – zaśmiał się Pan Czasu.
- Wiem, po prostu... tak bardzo mi cię brakowało, że każda, najdurniejsza nawet czynność, jeśli ma jakikolwiek związek z tobą, jest dla mnie jak spełnienie marzeń.
Słowa Jacka poruszyły Doktora równie bardzo, co fakt, że Harkness był gotów postawić całą galaktykę na głowie, byle tylko go odzyskać. Dlatego nie zamierzał się z nim kłócić na temat, czy atak na więzienie był dobrym posunięciem. Stał w milczeniu, pozwalając, by partner zawiązał mu krawat. Jack wykonał tę czynność w skupieniu i z namaszczeniem, po czym położył dłoń na policzku Doktora, gładząc go delikatnie kciukiem. Mimo że Jack uchodził za twardziela, w głębi duszy był bardzo wrażliwy. Spoglądał na Pana Czasu ze wzruszeniem, jakby wciąż nie mógł nacieszyć się jego widokiem.
- Mój telefon! Kompletnie o nim zapomniałem! - Doktor dość gwałtownie przerwał ciszę. - Ciekawe, ile mi przyszło wiadomości.
Gdy wreszcie wpadła mu w ręce komórka, od raz zaczął kasować stare smsy. Nie chciał nawet ich czytać, większość z nich była od Jacka. Domyślał się, co w nich pisał. Wolał nie przypominać sobie bólu spowodowanego ich rozłąką.
- O, ten jest od Gwen – rzekł Doktor zaintrygowany. - Wezwanie pomocy? Rose w niebezpieczeństwie?! - przeczytał, zdezorientowany.
- Kiedy został wysłany? - Jack od razu się zaniepokoił.
- Niedługo po tym, jak wyruszyłeś mnie szukać – stwierdził Doktor z przerażeniem.


Dom Marthy nie zapewniał teraz bezpieczeństwa, ale kobieta była na tyle przebiegła, że miała własną kryjówkę. Wyglądała jak zwykły domek działkowy, tyle że znajdowała się w miejscu odciętym od cywilizacji i trudnym do znalezienia. W obecnej chwili była na wagę złota. Przyszedł najwyższy czas, by odpocząć i porozmawiać.
- Co tu się dzieje? Dlaczego nas ścigają? - Rose chciała jak najszybciej poznać prawdę.
- Niestety sama tego nie wiem – wyjaśniła Martha. - Nawet antyterroryści, których na mnie nasłali, nie byli wtajemniczeni.
- Sama załatwiłaś antyterrorystów? Ale czad – skomentował Gwynedd.
- To ma jakiś związek z moim pochodzeniem, prawda?
Pytanie Rose wprowadziło lekarkę w zakłopotanie. Bardzo obawiała się momentu, kiedy dziewczyna zacznie coś podejrzewać, a było to nieuniknione.
- Wiem, że to, co mi dawaliście, nie było insuliną. – Nastolatka nie ustępowała. - Chcę wiedzieć wszystko. Chcę wiedzieć, kim jestem. Błagam... - powiedziała z desperacją, sprawiając, że Marcie zrobiło się przykro.
Sprawy zaszły tak daleko, że dalsze ukrywanie prawdy mogło jedynie bardziej zranić dziewczynę. Lekarka zamierzała być szczera, nawet jeśli Jack tego by nie chciał. Rose już wystarczająco wycierpiała i miała prawo wszystkiego się dowiedzieć.
- Lepiej zaparzę herbaty, to będzie naprawdę długa historia – rzekła Martha z powagą i wstała.
Potrzebowała tych kilku minut, by przygotować się psychicznie na najtrudniejszą rozmowę w jej życiu, Rose zresztą też. Wyglądała na bardzo spiętą, a Gwynedd starał się dodać jej otuchy, zapewniając, że wszystko będzie dobrze.
Te minuty okazały się nie wystarczyć, ale nie wystarczyłyby też godziny, tygodnie, a pewnie nawet lata, więc równie dobrze można było zacząć teraz.
- Musisz wiedzieć, że to, co mam ci do powiedzenia, może wydać ci się bardzo szokujące i nieprawdopodobne, ale zapewniam cię, że każde moje słowo będzie prawdą. Teraz nie mam powodu kłamać. Musisz mi uwierzyć, nieważne jak szalone wydadzą ci się moje słowa – zaczęła Martha, poważnym tonem głosu dając do zrozumienia, że nie żartuje.
Rose przełknęła ślinę. Bała się i nie ukrywała tego. Nie zamierzała jednak uciekać.
- Czy ja jestem jakimś eksperymentem? - spytała, drżąc na samą myśl o odpowiedzi, którą może usłyszeć.
- Nie, nie jesteś – uspokoiła ją Martha.
- Więc czemu tak różnię się od innych?
- Bo nie jesteś człowiekiem.
Druga odpowiedź nie przyniosła tak pozytywnego efektu jak pierwsza, ale po tym wszystkim, co ostatnio przeszła, Rose była ją w stanie zaakceptować. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, czym zajmował się jej ojciec.
- Czyli... moja matka była kosmitką? - wybełkotała. Choć z pozoru brzmiało to niedorzecznie, było w tym trochę sensu.
Martha westchnęła. Czuła, że każda kolejna odpowiedź będzie coraz trudniejsza.
- To znacznie bardziej skomplikowane, niż myślisz – powiedziała. - Obaj twoi rodzice nie byli ludźmi. Jack się tobą opiekował, ale... on nie jest twoim biologicznym ojcem – z trudem wydusiła z siebie lekarka. - Przykro mi.
Przez chwilę Rose wpatrywała się w nią w milczeniu. Potrzebowała czasu, żeby zaakceptować to, co przed chwilą usłyszała.
- Mój tata nie żyje... Jakie to ma teraz znaczenie? - powiedziała bliska płaczu.
- I tu się mylisz. On żyje. - Nagle Martha się uśmiechnęła, zdają sobie sprawę, że jednak ma coś dobrego do przekazania. Ponieważ Rose gapiła się na nią z rozdziawionymi ustami, postanowiła wyjaśnić. - Jack nie może umrzeć, jest nieśmiertelny... W zasadzie to kolejna długa historia. Chyba lepiej będzie zostawić ją na później i skoncentrować się na najważniejszym. Ukartował swoją śmierć, bo chciał odszukać twojego prawdziwego ojca, który zaginął lata temu.
- Ale dlaczego? Czy to znaczy, że nie zamierzał wracać? Po co te kłamstwa, czemu mi nie powiedział?! - Dziewczyna była tak zbulwersowana, że nie myślała nawet o radości.
- Nikt nie zna jego prawdziwych pobudek, ale nigdy, przenigdy celowo by cię nie skrzywdził.
Przez parę minut nikt się nie odzywał. Rose musiała mieć chwilę na oswojenie się z każdą nową informacją. Ponieważ zawsze starała się postępować logicznie, postanowiła nie histeryzować i powrócić do głównego tematu rozmowy.
- Więc skoro nie jestem człowiekiem, to kim? Czy może raczej czym?
Na początek Martha postanowiła ogólnie opowiedzieć o Panach Czasu. Rose musiała najpierw poznać tło, by zrozumieć konkrety. Dowiedzieć się czegoś na temat własnej rasy, nim pozna prawdę o swoich rodzicach.
- Doktor uważał się za ostatniego z Panów Czasu. Całkowicie odmienił moje życie. Na lepsze. Podróżowanie z nim było niesamowite. - Martha się rozmarzyła.
- Czyli był ktoś jeszcze? - domyśliła się Rose.
Lekarka przytaknęła.
- Lubił nazywać siebie Mistrzem, choć wy możecie go kojarzyć pod nazwiskiem Harold Saxon.
- Ten Harold Saxon? Polityk? - tym razem to Gwynedd się zbulwersował.
Wtedy lekarka opowiedziała o roku, którego nie było, o maszynie paradoksu i swych poczynaniach. Zbliżała się do najtrudniejszej części opowieści i nie wiedziała, jak dziewczyna zareaguje. Jak na razie radziła sobie całkiem nieźle, pewnie dlatego, że ostatnie przeżycia nieźle ją zahartowały. Prawdopodobnie odziedziczyła też po Doktorze silną psychikę, ale nawet to mogło nie wystarczyć przy kolejnej dawce informacji.
- Mistrz więził Doktora przez rok i pod koniec postanowił wprowadzić w życie najbardziej chory ze swoich planów – wydusiła z siebie Martha, czując obrzydzenie na samo wspomnienie. - Chciał potomka, chciał stworzyć nową Gallifrey, ale ludzka kobieta nie mogła mu tego dać. Jednak Panowie Czasu różnią się od nas pod względem anatomicznym, mogą rozmnażać się bez udziału samicy. - Martha musiała zrobić sobie chwilę przerwy, nie sądziła, że mówienie o tym będzie tak trudne.
- Chcesz powiedzieć, że Mistrz i Doktor są moimi prawdziwymi rodzicami? - Rose była domyślna.
Martha tylko pokiwała głową.
- I to był gwałt, prawda? Nazwijmy to, do cholery, po imieniu, to był gwałt?! - wzburzyła się dziewczyna.
Tym razem Martha tylko zamknęła oczy, choć nie powstrzymało to napływających łez. Nie musiała już nic więcej mówić, Rose dowiedziała się o sobie całej prawdy.
- Muszę chwilę pobyć sama.
Dziewczyna wyszła na zewnątrz, zaś Gwynedd siedział w całkowitej ciszy, również dochodząc do siebie. Gdy z grubsza wziął się w garść, udał się za koleżanką. Zastał ją siedzącą przed domem. Szlochała jeszcze bardziej niż w dniu pogrzebu swojego ojca. Fikcyjnego pogrzebu przybranego ojca.
- Wszystko w porządku? - odezwał się chłopak, czując, że głupio pyta.
- Chce mi się wymiotować – wykrztusiła z siebie Rose przez łzy.
- To nic złego mieć dwóch ojców – palnął Gwynedd, siadając obok koleżaki.
Gdyby nie to, że dziewczyna przeżywała największy kryzys w swoim życiu, parsknęłaby śmiechem.
- Nie dbam o to, nigdy mi nie przeszkadzało, że tata umawiał się facetami. Chodzi o to, że... ja nawet nigdzie nie pasuję... to nawet nie jest moja planeta. A do tego jestem córką psychopaty, przy którym nawet Hitler wypada blado.
- Popatrz na to od innej strony. Jesteś też córką bohatera, kogoś, kto może podróżować przez czas i przestrzeń i nie raz ocalił świat. To prawie tak, jakbyś była córką Supermena. Nawet ci trochę zazdroszczę, też chciałbym być wyjątkowy.
Po usłyszeniu słów otuchy Rose otarła łzy i nawet zdobyła się na uśmiech.
- Przecież jesteś wyjątkowy. - Poklepała kolegę po ramieniu.
- Wracajmy – zasugerował Gwynedd.
Udało mu się przekonać koleżankę. Z powrotem usiedli naprzeciwko Marthy, która również miała mokre policzki.
- Chcesz coś na uspokojenie? - zaproponowała.
- Nie trzeba, poradzę sobie – odparła Rose, powtarzając sobie, że musi być silna. - Ten lek, który dostawałam zamiast insuliny...
- Miał imitować ludzką fizjologię – dokończyła za nią Martha. - Panowie Czasu przez pierwsze lata życia rosną tak samo jak ludzie, ale później proces znacznie spowalnia. Musiałam opracować ten lek nie dlatego, że ty mogłabyś coś podejrzewać, tylko dlatego, że inni mogli coś podejrzewać. Chciałam cię chronić.
- Poprzez trucie mnie? - spytała Rose z oburzeniem.
- Gdyby dowiedzieli się o tobie rządowcy, wzięliby cię na eksperymenty, robiliby ci straszne rzeczy – broniła się kobieta. - Nie mogłam na to pozwolić. Przyjęłam cię na świat, czuję się za ciebie odpowiedzialna.
- Więc czemu od razu nie powiedziałaś mi prawdy?!
- Spokojnie. - Gwynedd położył koleżance rękę na ramieniu. - Nie miej pretensji do cioci Marthy, robiła to, co uważała za słuszne.
Jego słowa znowu podziałały, bo Rose zwiesiła głowę i więcej się nie odzywała.
- Jest jeszcze coś, co chciałabyś wiedzieć? - rzekła lekarka. - Odpowiem na wszystkie twoje pytania. Przynajmniej tyle mogę zrobić.


Bazę UNIT spotkało wiekopomne wydarzenie. Oto głównym korytarzem, ramię w ramię, kroczyli Doktor i Jack Harkness. Niektórzy pracownicy byli zbyt młodzi, by pamiętać tego pierwszego, ale pojawienie się tej dwójki i tak wywołało niemałe poruszenie. Ludzie zamierali i wpatrywali się w nich z otwartymi ustami. Parę osób upuściło papiery z wrażenia. Nie wszyscy byli na tyle wtajemniczeni, by wiedzieć, że śmierć Jacka była oszustwem, więc dosłownie wyglądali tak, jakby zobaczyli ducha.
- Dzień dobry – powiedział wesoło Doktor, gdy weszli do centrum dowodzenia.
Momentalnie w ich kierunku zwróciło się kilka par oczu, a po chwili ciszy wywołanej niesłychanym zdumieniem, Gwen rzuciła się Jackowi na szyję.
- Wiedziałam! Wiedziałam, że go odnajdziesz! - wykrzyknęła, niemalże płacząc ze szczęścia, po czym z równie wielkim entuzjazmem uściskała Doktora. - Wyglądasz dokładnie jak w dniu, kiedy widziałam cię po raz ostatni.
- Ty też. No... prawie. - Doktor nigdy nie był dobry w prawieniu komplementów. Choć poza paroma zmarszczkami Gwen bardzo się nie zmieniła.
- Mówiłam ci, że żyje! Wisisz mi piątkę! - Kobieta zwróciła się do swojego męża.
- Chyba po raz pierwszy cieszę się ze swojej pomyłki. - Rhys również przywitał się z kolegami.
- Ja również cieszę się z waszego powrotu, ale obawiam się, że nie ma teraz czasu na entuzjastyczne powitania. Sytuacja jest bardzo poważna – powiedziała generał, gdy pułkownik Arthur Lethbridge-Stewart wymieniał uściski.
- Zgadza się, co się stało? - Doktor momentalnie spoważniał.
Gdy wtajemniczono go w detale i pokazano nagranie, odruchowo ubrał okulary. Wpatrywał się w ekran z typowym dla niego zafascynowaniem. Wyraz jego twarzy wskazywał, że doskonale wie, z jakim rodzajem zagrożenia mają do czynienia.
- Piękne – wymamrotał, nie odrywając wzroku od monitora.
- Czy ja się przesłyszałam? - Nie takiej reakcji oczekiwała generał.
- Królowa jest praktycznie legendą. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę mam ją przed oczami.
- Kim ona jest? - spytał pułkownik.
- Panią Czasu – odparł Doktor tym samym tonem co poprzednio, dalej gapiąc się w monitor.
- Chcesz powiedzieć, że to żeński odpowiednik Mistrza? - zaniepokoiła się Gwen.
- O nie, ktoś znacznie od niego potężniejszy.
W takich chwilach podekscytowanie Doktora potrafiło być bardzo denerwujące.
- Ziemi grozi zagłada. Nie widzę w tym nic podniecającego – skomentowała generał.
- Nie rozumiecie, będąc w Akademii pisałem pracę o Królowej. Żadna inna osoba w historii Gallifrey tak mnie nie ciekawiła.
- Więc co o niej wiesz? - spytała Gwen.
- Jest stara, niewyobrażalnie stara, choć nie przeszła ani jednej regeneracji.
- Jak to możliwe? - zainteresował się pułkownik.
- Ona dosłownie wysysa życie z innych istot. Jest jak wampir energetyczny. Nic dziwnego, że za wszelką cenę próbuje odnaleźć Panów Czasu. Inne istoty nie zaspokoją w pełni jej głodu. Dla niej to tak, jakby jeść zgniłe jabłka zamiast łososia, bez urazy. Królowa była wynikiem eksperymentu, który miał zbliżyć moją rasę do ascendencji. Miała stać się istotą doskonałą. Ale tego typu eksperymenty mają tendencje do wymykania się spod kontroli. A co robi się z czymś, co wymknęło się spod kontroli? Próbuje wyeliminować. Problem w tym, że było już za późno, i to Królowa wyeliminowała swoich stwórców. Przejęła władzę nad planetą, ale w końcu udało się ją obalić. Legenda mówi, że zamknięto ją w sarkofagu na krańcu galaktyki. Ktoś musiał go odkryć.
- Cóż, to by wiele wyjaśniało – powiedziała generał, czy raczej wymamrotała.
- Zaraz... moja córka... wciąż na nią polujecie! - uświadomił sobie nagle Doktor z przerażeniem i oburzeniem jednocześnie.
- Ja się tym zajmę. Ty postaraj się opracować jakiś plan – ostatecznie zadecydował Jack i nikt nawet nie próbował zgłosić sprzeciwu.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,600 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.