Grudzień 13 2018 01:31:16
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Magiel - Rozdział VII
Na horyzoncie majaczyły strzeliste wieże dawnego miasta. Była spora szansa na dotarcie tam przed zachodem słońca, ale zdecydowali się na chwilę przystanąć.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? - spytała przezornie Mikele. - Jeszcze możemy zawrócić.
- Idziemy dalej – zadecydował Nikita. - Teraz nie możemy się poddać. To miasto jest naszą ostatnią szansą.
Zgodnie z przypuszczeniem było jeszcze widno, gdy wkroczyli do ruin. Choć wiele budowli zostało zniszczonych wieki temu, widok miasta zapierał dech w piersiach i Nikita poczuł się wręcz zahipnotyzowany. Metropolia musiała liczyć kilka milionów ludzi. Niektóre budynki wznosiły się bardzo wysoko, niczym biurowce na Manhatanie. Teraz zostały z nich jedynie metalowe szkielety, ale i tak robiły wrażenie.
Część zabudowy została kompletnie zniszczona, ale ostało się kilka nietkniętych obiektów, jak choćby sklep, w którym można było znaleźć nawet konserwy sprzed stuleci. Nie żeby chcieli je próbować. Nie znaleźli żadnych trupów, ale możliwe, że pod wpływem wysokiego promieniowania nawet kości się rozłożyły. Gdzieniegdzie na ulicach znajdowały się jeszcze wraki pojazdów, niektóre w całkiem dobrym stanie, ale bez żadnych walorów użytkowych. Musieli znaleźć broń, a w tym celu należało szukać obiektów militarnych.
Gdy słońce zachodziło, natknęli się na wielki bunkier. Nikita z wielkim podekscytowaniem wszedł do środka, a kiedy zobaczył, co się tam znajduje, aż westchnął z zachwytu. Stało przed nim coś będące albo samolotem, albo małym statkiem kosmicznym. Ewentualnie jednym i drugim.
- Czaaaadzior! - wykrzyknął chłopak i wszedł do środka.
Usiadł w przestronnym kokpicie i zaprosił Mikele na miejsce obok. Pojazd zdawał się być w perfekcyjnym stanie.
- Co to takiego? - spytała zdumiona dziewczyna.
- To jest, moja droga, maszyna latająca – odparł Nikita z zadowoleniem i włączył kontrolki.
Ponieważ miał już wcześniej do czynienia z samolotami, wiedział co mniej więcej do czego służy. Nacisnął jeden z guzików i dwa pociski wystrzeliły z pojazdu, rozwalając znajdującą się przed nimi ścianę.
- To jest uzbrojone! Super! - Ucieszył się. - Teraz tylko rozpracować jak to działa i żadne plemię nam nie podskoczy.


Mikelis był sam w namiocie, gdy usłyszał zbliżające się kroki. Wiedział, że nie ma już odwrotu, więc szybko założył całun. Dwie służące nakazały mu wstać i udać się ich śladem. Nie odezwał się ani słowem, podążył za kobietami, ignorując spojrzenia ludzi.
Został zaprowadzony do namiotu księżniczki i pozostawiony z nią sam na sam. Dziewczyna wyglądała jeszcze piękniej niż w dniu, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Miała na sobie prostą, złotą suknię i równie złote spinki zdobiące czarne włosy. Mikelis myślał, że skoro księżniczka mu się podoba, będzie miał ułatwioną sprawę, ale okazało się, że obleciał go jeszcze większy strach. Gdy dziewczyna zdjęła mu całun, zamarł. Czuł, że zdziwienie malujące się na jej twarzy nie wróży nic dobrego.
- Ile ty masz lat? - spytała podejrzliwie.
- Wystarczająco, by cię zadowolić, pani – palnął Mikelis, próbując ratować sytuację.
Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu badawczym wzrokiem.
- Jeśli moja matka cię wybrała, musisz mieć potencjał – przyznała, a chłopak odetchnął z ulgą. - Jak ci na imię?
- Mikelis, pani.
- Zatem, Mikelisie, pokłoń się przed swą panią, księżniczką Shadiyą.
Chłopak uczynił tak, jak mu nakazano, po czym zaczął wpatrywać się w partnerkę w milczeniu, czekając na jej kolejny ruch. Czuł, że nogi się pod nim uginają i zaraz popełni jakąś gafę.
- Czy ty w ogóle wiesz co robić? - spytała księżniczka z jeszcze większą podejrzliwością niż na początku.
Wtedy zadziałał impuls. Mikelis doszedł do wniosku, ze słowami nic nie wskóra, więc musiał przejść do czynów. Nie zastanawiał się dłużej tylko chwycił dziewczynę w ramiona i należycie pocałował.


Większość nocy Doktor spędził na wyplataniu koszy, nie sądząc, że tak monotonna czynność może przysporzyć mu tyle radość. Radość oczywiście wynikała z poczucia ulgi. Jednak jego plan powiódł się tylko połowicznie. Wszędzie kręciły się straże i nie było wręcz mowy o ucieczce.
Rano, po niezbyt długim śnie, Doktor został odprowadzony do swojego namiotu i pech chciał, że natknął się na Rashidę.
- Co tu się u licha dzieje? Nie powinieneś teraz być z moją córką? - spytała zdenerwowana wódz.
Pan Czasu zdał sobie sprawę, że znalazł się w sytuacji, z której nie będzie łatwo wybrnąć. Nawet się nie odezwał, gdy skonsternowane strażniczki składały wyjaśnienia. Co prawda usilnie myślał, ale teraz nawet jego niesamowita inteligencja na wiele się nie przydała. Kiedy wódz zdała sobie sprawę z oszustwa, krew się w niej zagotowała.
- Na ziemię z nim! - huknęła dobywając bicza.
Doktor został pchnięty twarzą w trawę, a kiedy poczuł, że jego ubranie jest rozdzierane na plecach nożem, powiedział to, co większość ludzi mówi w takich sytuacjach.
- Mogę wyjaśnić! - W jego głosie słychać było desperację.
Rashida nie chciała wysłuchiwać jego argumentów.
- Zaraz będziesz mnie błagał o szybką śmierć, psie! - krzyknęła i wymierzyła pierwszy cios.
Nawet doświadczony życiowo Doktor miał ochotę skulić się i jęczeć, ale wziął się w garść i nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Przy drugim uderzeniu przygryzł wargę. Wódz naprawdę używała całej swojej siły. Na szczęście trzeci cios nigdy nie nadszedł.
- Mamo, dlaczego bijesz tego nieszczęśnika? - zainteresowała się księżniczka, która akurat przechodziła obok, trzymając się za ręce z Mikelisem. - A tak w ogóle to dziękuję ci za niego, jest cudowny – dodała zadowolona i pocałowała partnera w policzek. Chłopak uśmiechnął się i mimowolnie zarumienił.
Wódz dosłownie zatkało. Otworzyła usta i spojrzała na parę, cały czas trzymając wysoko uniesiony bicz. Wyglądała tak komicznie, że gdyby Doktor nie zwijał się z bólu, pewnie by się zaśmiał. Zapanowało ogólne milczenie i wyglądało na to, że Rashida usilnie próbuje znaleźć wyjście z kompromitującej sytuacji.
- Moje gratulacje z okazji wejścia w dorosłość – wymamrotała w końcu i przypięła bicz do pasa.
Wtem uwagę wszystkich przykuł obiekt szybujący po niebie.


- Hahaha, rządzę! - cieszył się Nikita, zataczając koła nad obozowiskiem koczowników.
Całą noc zajęło mu rozszyfrowanie jak działa maszyna, ale czekanie się opłaciło. Gdy wznieśli się po raz pierwszy, Mikele wyglądała na przerażoną, ale szybko przywykła do nowej sytuacji i teraz zachwycała się widokiem, którego nigdy wcześniej nie mogła podziwiać.
- Podlecę bliżej i oddam strzał ostrzegawczy. To powinno ich nieźle nastraszyć – stwierdził Nikita z triumfalnym uśmiechem.
Ruszył sterami, nakierowując pojazd niżej i wkrótce wyraz zadowolenia znikł z jego twarzy.
- Co? - odezwała się Mikele, zaniepokojona jego miną.
- Zapomniałem sprawdzić jednej, jedynej rzeczy: czy nam wystarczy paliwa!
Koczownicy mieli okazję być świadkami ciekawego zjawiska. Oto latająca maszyna zatoczyła parę kółek nad obozem, co raz niżej, co raz niżej, aż runęła nieopodal. Wojowniczki przez chwilę gapiły się na miejsce wypadku, a potem pobiegły sprawdzić, czym jest tajemniczy obiekt. Nie trudno się domyślić, że Nikita i Mikele nie zostali gorąco przywitani.
Doktor doznał prawdziwego szoku, gdy zobaczył kto jest prowadzony przed oblicze Rashidy. Zapomniał nawet o bólu i krwi ściekającej z dwóch rozcięć na jego plecach.
- Przybyłem z pomocą! - krzyknął Nikita na widok kompana.
- Taa... Świetnie ci idzie – wymamrotał Pan Czasu obserwując poczynania kobiet.
- Nie wiem czym jest do diabelskie ustrojstwo, w którym przybyłyście, ale uznaję to za akt agresji! - oznajmiła wódz.- Nie potrzebujemy więcej jeńców, zostaniecie ścięte!
Koczowniczki musiały być przygotowane na taką ewentualność, bo topór i pieniek znalazły się bardzo szybko. Nikita nie mógł zbyt wiele zdziałać mając ręce związane na plecach. Jakaś kobieta chwyciła go i zaprowadziła na sam środek obozowiska, który stanowił miejsce egzekucji. Całe plemię przyszło ją obserwować. Widział przerażone spojrzenia Doktora i Mikelisa, którzy nie mogli w żaden sposób im pomóc. Nikita znowu przekonał się czym jest prawdziwy strach.
Gdy jego głowa została przyparta do pnia, a topór uniesiony, zrozumiał, że może już zrobić tylko jedno.
- Czekajcie! Nie możecie mnie zabić! - krzyknął z desperacją.
- Podaj mi logiczny powód – rzekła drwiąco Rashida.
- Jestem mężczyzną!
Słowa Nikity wywołały ogólną konsternację, na chwilę zapadła wręcz grobowa cisza. Wódz skinęła na kobietę, która przytrzymywała głowę chłopaka, by sprawdziła, czy ten mówi prawdę. Nikita nie za bardzo miał ochotę być publicznie macanym po genitaliach, ale jeśli w grę chodziło jego życie, był gotów zrobić wszystko. Gdy kobieta wsunęła mu rękę pod szatę, na chwilę zastygła w szoku.
- Mówi prawdę – wymamrotała, zwracając się do wódz.
Nastała kolejna chwila ciszy. Nawet Mikele na moment zapomniała o strachu i wpatrywała się w Nikitę ze zdziwieniem.
- Skoro tak sprawy się mają, zostaniesz wzięty do niewoli – zadecydowała Rashida, a chłopak odetchnął z ulgą. - Kobieta jednak ma zostać stracona – wskazała na jego towarzyszkę.
- Nie! Ona może wam się przydać!
Nikita próbował ocalić dziewczynę, ale nikt go już nie słuchał i został odciągnięty z miejsca egzekucji. Wydawało się, że wszelka nadzieja przepadła, ale jednej możliwości nie wzięli pod uwagę. Nagle rozległ się dźwięk rogu, sygnalizujący, że coś się stało. Zamieszanie wywołane pojawieniem się latającej maszyny uśpiło czujność koczowniczek i nim się obejrzały, zostały otoczone przez wrogą armię. Armię, którą Mikele dobrze znała.
- Królowa Sidika... - wyszeptała wzruszona.
Nie sądziła, że jej lud będzie miał w sobie tyle odwagi. Nie opuścili jej, nikogo nie opuścili. Całkiem możliwe, że to ona zmotywowała królową do działania.
- Oddajcie naszych ludzi, a odejdziemy w pokoju! - oznajmiła przywódczyni.
Zarówno Doktor, jak i Mikelis uśmiechnęli się, czując jak radość ich rozpiera.
- Będziemy walczyć! - Rashida uniosła miecz, a pozostałe wojowniczki poszły za jej przykładem.
Pan Czasu czuł, że musi interweniować. Nadarzyła się niepowtarzalna szansa, by załatwić wszystko bez rozlewu krwi. Nie mógł jej zaprzepaścić.
- Powinnaś to przemyśleć, wasza wysokość – zwrócił się do wódz. - W walce możesz stracić wiele osób. Zdecydowanie więcej niż masz jeńców. Czy to jest tego warte?
Odpowiedział mu gromki śmiech, nie tylko Rashidy, ale też wielu innych wojowniczek.
- A czemuż miałabym słuchać rad niewolnika? - parsknęła. - Do broni!
- Nie, czekajcie!
Tym razem to księżniczka zabrała głos. Ku zdumieniu wszystkich wyszła między dwie wrogie armie, trzymając Mikelisa za rękę. Chłopak zdawał się wiedzieć co robi jego partnerka, bo wyglądał na pewnego siebie.
- Zgodnie z naszym prawem, po pierwszej nocy mogę sama za siebie decydować. Postanowiłam pojąć mego partnera za męża, a to oznacza pokój między naszymi ludami – wyjaśniła spokojnie Shadiya.
- Bzdura! - oburzyła się Rashida. - Musiałby być z królewskiego rodu.
- W takim razie adoptuję tego chłopca – wtrąciła niespodziewanie Sidika.
Nawet wrogie, koczownicze ludy respektowały święte prawa ustanowione przez ich prababki, więc wódz nie śmiała się odezwać. Wszyscy zostali na swoich miejscach, ale zapanowała cisza, nikt nie ruszył do ataku.
Mikelis uśmiechnął się i spojrzał na swą przyszłą żonę, czując, że w końcu dokonał czegoś ważnego. Wszakże od samego początku był to jego pomysł.


Nastał czas pożegnań, najtrudniejsza część każdej podróży. Gdyby nie to, że otaczały go prawie same kobiety, Nikita poczułby się jak w jednej z historii o Asterixie. Wyszli zwycięsko z opresji, wszystko dobrze się skończyło i załapali się nawet na ucztę u samej królowej. Mikelis wyglądał na przeszczęśliwego, w przeciwieństwie do swej przyszłej teściowej, która potrzebowała czasu, by zaakceptować przymierze pomiędzy dwoma ludami.
Odwaga Nikity sprawiła, że kwestia jego płci nie stanowiła dla tubylców takiego problemu, jak przypuszczał, choć Mikele wciąż czuła się w jego towarzystwie trochę zawstydzona. Ilekroć przypominała sobie, że rozebrała się na jego oczach, dostawała wypieków.
W drodze powrotnej do TARDIS chłopak wiele myślał. Zastanawiał się czy stare miasto zostanie na nowo zasiedlone, skoro było już wiadomo, że promieniowanie zniknęło. Zastanawiał się też, czy obu ludom uda się utrzymać pokój. Miał nadzieję, że Mikelis o to zadba, nawet jeśli nie bezpośrednio.
- Powiedz, gdzie mieszkasz. Podrzucę cię – rzekł Doktor, odpalając silniki TARDIS.
Wtedy Nikita uświadomił sobie, że nie tak, jego zdaniem, powinno wyglądać dobre zakończenie.
- Ale ja nie chcę wracać... - powiedział błagalnym tonem. - Proszę, pozwól mi zostać. Właśnie takiego życia pragnę.
Doktor popatrzył na niego ze współczuciem.
- Obiecałem sobie, że już więcej nikogo nie narażę. Przykro mi.
- Czy to dlatego, że jestem facetem? O to chodzi?
- Nie, oczywiście, że nie. Gdybym poznał cię jeszcze kilka lat temu, inaczej by się to potoczyło, ale po tym, czego doświadczyłem... nie mogę.
Fala żalu i wściekłości zalała duszę chłopaka. Miał wrażenie, że po prostu nikt go nigdzie nie chciał.
- Dla ciebie to jest proste, masz swój wehikuł, możesz udać się wszędzie. Ale ja będę zakazany na życie w tym zapyziałym świecie, w którym czuję się bardziej jak kosmita, niż człowiek. To nie jest świat dla mnie!
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz. Świat potrzebuje ludzi, takich jak ty, żeby mógł stać się lepszy. Jeśli uważasz, że jest zły, to go zmień. Możesz wszystko, przecież właśnie to udowodniłeś. – W przemowie Doktora nie było słychać sarkazmu, czy ironii, mówił szczerze, do tego się uśmiechał.
Nikita nie czuł się w pełni przekonany, ale po dłuższym namyśle w końcu się poddał i wymamrotał swój adres. Nie dało się wygrać z Doktorem.
Kiedy opuścił statek, przystanął i spojrzał na Pana Czasu, jakby mając nadzieję, że ten jeszcze zmieni zdanie.
- Nieźle gotuję i umiem robić świetny masaż stóp – powiedział, chociaż nie sądził, że to przekona Doktora.
- Uwierz mi, tu możesz dokonać znacznie więcej. Mógłbyś zostać działaczem społecznym, szerzyć tolerancję i swobodę obyczajów, zainspirować wiele osób i zmienić świat.
Nikita uśmiechnął się, choć myśl o rozstaniu wciąż bolała.
- Na mnie już czas – oznajmił Doktor.
Zamiast powiedzieć standardowe „do widzenia” i pomachać ręką, chłopak wybrał inną formę pożegnania. Podszedł do Pana Czasu i bez ostrzeżenia pocałował go w usta. Widok miny wielce zmieszanego Doktora bardzo go rozbawił. Uśmiechnął się i dopiero wtedy rzucił krótkim „cześć”.
- Żegnaj, Nikito Ochocki. To była prawdziwa przyjemność cię poznać – powiedział Pan Czasu, gdy się zreflektował.
- Zaraz... skąd znasz moje nazwisko?
Chłopak pobiegł z powrotem do TARDIS, ale nie zdążył. Doktor uruchomił już pojazd, a ten po chwili zniknął. Nikita został sam na pustej ulicy.
- Może któregoś dnia się dowiem... - rzekł do siebie i udał się w stronę domu.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,699 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.