Grudzień 12 2018 23:56:07
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział V
Pytań było wiele, ale Martha dotrzymała obietnicy i odpowiedziała na wszystkie. Dzięki niej Rose poznała całą prawdę o Jacku i jego nieśmiertelności. Dowiedziała się, w jaki sposób on i jej biologiczny ojciec zostali parą. Wzruszyła ją ta historia, oddanie i opiekuńczość tego, którego nazywała tatą, fakt, że był gotów zrobić dla Doktora wszystko, mimo że ten bardzo długo nie odpowiadał na jego zaloty. Nawet Gwynedd słuchał z zafascynowaniem.
Nagle rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Martha zerwała się na równe nogi. Wątpiła, żeby to byli żołnierze, oni po prostu by weszli bez pozwolenia, ale i tak przyczaiła się pod ścianą. Miała swoje sposoby, by sprawdzić, kto znajduje się po drugiej stronie, jak choćby rozmieszczone w różnych częściach domu lustra. Po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech. Otworzyła drzwi i od razu rzuciła się na szyję znajdującemu się za nimi mężczyźnie.
- Jack! - wykrzyknęła wzruszona. - Powiedziałam jej wszystko. Nie miałam wyjścia.
Jako druga zerwała się na nogi Rose. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Człowiek, o którym myślała, że już go nigdy nie ujrzy, wrócił.
- Tato – wymamrotała, a gdy ten do niej podszedł, od razu się do niego przytuliła.
Powiedziała sobie, że już więcej nie będzie płakać, ale łzy same poleciały. Nawet nie wiedziała, ile czasu spędziła przyciśnięta do piersi ojca, ale w ogóle nie chciała puszczać. Jack zaczął ją głaskać po głowie i sam z trudem powstrzymał łzy.
- Jak mogłeś mnie tak okłamać?! - powiedziała, kiedy się od niego oderwała. - Czy to dlatego, że nie planowałeś nigdy wracać?
Jackowi serce się krajało, gdy słuchał Rose, ale postanowił zachować spokój.
- Wyjaśnię ci wszystko w drodze do bazy – obiecał.
- Jak to? Myślałem, że chcą nam zrobić krzywdę – przeraził się Gwynedd.
- Nic wam się nie stanie. Nad wszystkim panuję – zapewnił Jack. - Musimy jednak się spieszyć.
W aucie zaczęła się trudna rozmowa, możliwe, że dla Rose jeszcze trudniejsza niż poprzednia z Marthą.
- Jestem w stanie zrozumieć, że ukrywałeś przede mną moje prawdziwe pochodzenie, ale nie jestem w stanie pojąć, jak mogłeś upozorować własną śmierć i mnie nie wtajemniczyć - powiedziała dziewczyna, pociągając nosem.
- Kiedy Doktor zaginął, niepewność była najgorsza. Każdego dnia zastanawiałem się, gdzie jest, czy grozi mu niebezpieczeństwo, czy żyje. Nie widziałem, czy mam na niego czekać, czy założyć, że już nigdy go nie zobaczę. Wolałem wiedzieć, że zginął, niż żyć w wiecznej niepewności. To mnie zżerało od środka. To była najgorsza tortura, a przeżyłem już wiele. Nie chciałem, byś doświadczała tego samego. Mogłem utknąć na krańcu wszechświata bez możliwości powrotu – wytłumaczył Jack. - Uznałem, że lepiej będzie cię zaskoczyć, niż wystawiać na takie cierpienie.
- Nie wiem, czy mogłabym cierpieć jeszcze bardziej – wyznała dziewczyna.
- Nienawidzisz mnie? - spytał Jack ze strachem w głosie.
Rose popatrzyła na niego zszokowana.
- Jak mogłabym cię nienawidzić? Kocham cię.
Dwa proste słowa wystarczyły, by załagodzić atmosferę.


W drodze do bazy Jack nakreślił, jak wygląda sytuacja z Królową oraz wyjaśnił przyczynę zaginięcia Doktora, nie to jednak zaprzątało głowę Rose. Zdawała sobie sprawę, że czeka ją kolejne wyzwanie: konfrontacja z biologicznym ojcem. Nie wiedziała nawet, co powie, był przecież dla niej jak obcy. Bała się, że będzie się czuła niezręcznie w jego obecności, a tego nie chciała.
Gdy znaleźli się w bazie, Jack zaprowadził Rose do dawnego gabinetu Doktora.
- Dlaczego nie poszliśmy z innymi? - spytała zaskoczona dziewczyna.
- Pomyślałem, że wolałabyś najpierw spotkać się z nim na osobności – wyjaśnił mężczyzna. - Pójdę po niego.
Rose usiadła, czując, jak serca jej walą. Nie miała nawet czasu psychicznie się przygotować. Drżała z podekscytowania i niepewności.
Kiedy Doktor wszedł do środka, odruchowo wstała. Na chwilę znieruchomieli i zaczęli się na siebie gapić. Rose od razu rozpoznała znajdującego się przed nią mężczyznę, choć pamiętała go jak przez mgłę. Kojarzyła jego twarz, jego ubiór, jego fryzurę, ciepło, które w jakiś sposób z nim utożsamiała. Przed oczami stanęły jej przebłyski z wczesnego dzieciństwa. Zdała sobie sprawę, że osoba, która przed nią stoi, wcale nie jest jej obca.
- No proszę... ale wyrosłaś... - Doktor z trudem zdobył się na jakiekolwiek słowa. Wydawało się, że zaraz zacznie płakać.
Rose milczała, bo nie miała pojęcia co powiedzieć. Wpatrywała się w Pana Czasu jak zahipnotyzowana. Ten podszedł do niej i ujął w dłonie jej twarz. Uśmiechnął się, a potem pocałował ją w czubek głowy. Łza spłynęła mu po policzku i spadła jej na włosy. Dziewczyna dała się objąć, a gdy przycisnęła ucho do klatki piersiowej Doktora, usłyszała bicie dwóch serc.
- Pamiętam cię – powiedziała ze wzruszeniem. - Pamiętam dzień, w którym przeprowadziliśmy się do większego domu. Pamiętam, jak zabrałeś mnie do ogrodu. Stała tam niebieska budka. Wziąłeś mnie na ręce i weszliśmy do środka. Przez wiele lat myślałam, że to mi się przyśniło.
- To nie był sen – uśmiechnął się Doktor i poczuł, że znowu zaczyna się rozczulać.
- Właśnie... To chyba należało do ciebie. - Rose wyjęła zza bluzki śrubokręt dźwiękowy. - Znalazłam go na strychu. Był zepsuty, więc naprawiłam.
Pan Czasu z zafascynowaniem wziął do ręki przedmiot.
- Sama go naprawiłaś? Jesteś genialna! - ucieszył się. - Co za ironia, ty go zepsułaś i ty naprawiłaś.
- Ja go zepsułam? - zdziwiła się dziewczyna.
- Cóż, po tym incydencie nauczyłem się, żeby trzymać wszystko w miejscach niedostępnych dla dzieci, bo one mają tendencję brać wszystko do buzi. Nie naprawiałem go, bo dużo łatwiej załatwić nowy. Hehe, wygląda na to, że ten jest twój. - Z zadowoleniem oddał córce urządzenie.
Otoczył ją ramieniem i udali się do centrum dowodzenia. Niestety nie było czasu, by cieszyć się rodzinnym pojednaniem. Doktor od razu zaczął działać.
- Przesłałem z TARDIS wszystkie dane na temat aestańskiego statku. Nie posiadają technologii pozwalającej podróżować między galaktykami, więc Królowa musiała im pomóc się tu dostać. Zapewne zawarli sojusz. Nie posiadają też broni pozwalającej zniszczyć całą planetę, ale w tej sferze Królowa też mogła dokonać paru ulepszeń. Zresztą to nie ma znaczenia. Jeśli mogą wyrządzić jakiekolwiek szkody, trzeba ich powstrzymać. Znam ich słabe punkty i myślę, że przy odrobinie czasu bylibyście w stanie opracować broń, ale wolałbym to załatwić bez rozlewu krwi.
- Nie ma czasu na dyplomację – oznajmiła stanowczo generał.
Wtedy, jak na zawołanie, włączył się wielki monitor, ukazując postać Królowej. Wszyscy nagle umilkli, nawet Gwen i Rhys, którzy nie mogli się nacieszyć widokiem syna całego i zdrowego, nawet Jack, który właśnie tłumaczył Rose działanie manipulatora tunelowego.
- Wasz czas dobiega końca. Czy znaleźliście mi Pana Czasu? - Sam ton głosu Królowej potrafił przyprawić o gęsią skórkę, nie mówiąc już o jej chłodnym spojrzeniu.
- Ja jestem Panem Czasu. - Doktor wyszedł na środek, jak zwykle wyglądając na zdeterminowanego.
- Dobrze. – Kobieta uśmiechnęła się. - Oczekuję cię niezwłocznie na pokładzie, jeśli chcesz ocalić tę planetę.
- Przybędę – padła stanowcza odpowiedź.
Obraz z monitora znikł, a Jack wyglądał na wzburzonego.
- Jak to „przybędę”? Ona chce cię zabić! - zaprotestował.
- Spróbuję zyskać na czasie. Może uda mi się coś wymyślić, a jak nie, to chociaż wy będziecie w stanie opracować broń przy pomocy planów, które wam dałem – wyjaśnił Doktor.
- Idę z tobą. - Jack długo się nie zastanawiał.
- W porządku.
Przysłuchując się całej rozmowie, Rose znowu miała wrażenie, że jej życie wymyka się spod kontroli. Jej prawdziwy ojciec ledwo wrócił, zdążyła zamienić z nim tylko kilka słów, a już pakował się w kolejne, śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie zamierzała go stracić po raz kolejny.
- Proszę, nie... - Zaczęła nerwowo zaprzeczać ruchem głowy.
- Zamierzam wrócić. Mam po co. - Doktor posłał jej uśmiech.
Nikt nie był w stanie powstrzymać jego i Jacka, nawet ona. W milczeniu udali się do TARDIS, a Rose na chwilę zamarła. Wokół niej krzątali się ludzie, opracowywali strategie, analizowali dane, a ona stała niczym w transie. Spojrzała na manipulator tunelowy, który wciąż miała na nadgarstku. Jack założył go jej, gdy pokazywał, jak działa. Nie miała żadnego planu, ale nie umiała bezczynnie czekać z nadzieją, że tym razem wszystko się ułoży. Gwynedd obserwował jej poczynania i od razu zareagował, gdy ujrzał, co się święci.
- Rose! - krzyknął, starając się powstrzymać koleżankę, ale gdy ją złapał, ta zdążyła uruchomić urządzenie i nagle rozpłynęli się w powietrzu.


Miejsce, w które zostali zaprowadzeni, przypominało salę tronową. Za wielkimi oknami rozciągał się bezmiar kosmosu. W rzeczywistości był to specjalny mostek, przeznaczony dla najwyższych rangą. W fotelu siedziała Królowa, a przy niej stał generał Kxgrk. Aestańczycy byli dość podobni do ludzi, ale mieli niebieskawą skórę i z reguły srebrne włosy. Doktor od razu rozpoznał jego rangę po białym kolorze munduru, który zarezerwowany był dla oficerów tego stopnia.
- Kim jest ten mężczyzna? - spytał kosmita z oburzeniem na widok Jacka.
- To mój partner. Nie stanowi zagrożenia – wyjaśnił Doktor z godnym podziwu spokojem.
- Razem do samego końca – skomentowała kobieta. - Zezwolę wam na pożegnanie, a potem cię odeślę, bo nie jesteś mi do niczego potrzebny. A teraz uklęknijcie przed swoją Królową.
Podwładni pchnęli mężczyzn na kolana, zaś Pani Czasu wstała, przyglądając się swej zdobyczy.
- Więc ty jesteś Doktor, ostatni ze swojej rasy? Wiele pracy kosztowało mnie zdobycie informacji na twój temat. Dzięki tobie odzyskam dawne siły – oznajmiła.
- A potem co? Nie zostanie już nikt, kto mógłby zaspokoić twój głód. Czy nie lepiej spróbować nad nim zapanować? - W pierwszej kolejności Doktor próbował rozwiązać problem w ten sam sposób, co zawsze.
- Moja inteligencja znacznie przekracza twoją. Myślisz, że twoje rady na cokolwiek się zdadzą? A może próbujesz zyskać na czasie?
Jednak Doktor się nie zniechęcił i kontynuował.
- Jesteś najbardziej fascynującą osobą w całej historii Gallifrey. Byłbym zaszczycony, mogąc zostać twoim towarzyszem. Z doświadczenia wiem, że samotność jest najgorsza.
Jego słowa nie przypadły do gustu Jackowi, ale spodziewał się, że Doktor potraktuje Królową podobnie jak Mistrza. Zresztą, używając słowa „towarzysz”, na pewno nie miał na myśli opuszczenia rodziny. Na tyle zdążył go poznać.
- To dobrze, że darzysz mnie takim szacunkiem, bo już niedługo staniesz się częścią mnie. Wszystkie twoje wspomnienia, przeżycia i doświadczenia staną się również moje.
W momencie gdy Królowa zbliżyła się do Doktora, Jack popatrzył na nią takim wzrokiem, jakby miał zaraz rzucić się jej do gardła.
- Nie dotykaj go! - warknął, ale został zignorowany.
Kobieta podeszła do Pana Czasu i pogłaskała go po głowie niczym wiernego psa. Uśmiechnęła się i uniosła brodę Doktora.
- Musisz wiedzieć jedno, gdy zajrzę do twojego umysłu, całe twoje życie będzie dla mnie niczym otwarta księga. Będę mogła wybrać dowolny rozdział, dowolną stronę od momentu twoich narodzin do twojej śmierci. Będę mogła zobaczyć nie tylko przeszłość i teraźniejszość, ale także przyszłość. Mój mózg jest na tyle rozwinięty, że czas nie stanowi dla niego żadnej bariery.
Wystarczył najmniejszy kontakt fizyczny, by doszło do połączenia jaźni. Poczuwszy dłoń na swojej twarzy, Doktor przygotował się na walkę. Pod żadnym pozorem nie mógł ujawnić myśli dotyczących Rose, ale Królowa była silniejsza, więc liczyło się przede wszystkim szczęście. Nawet jego umysł nie był w stanie oprzeć się takiej potędze.


W jednej chwili Rose i Gwynedd pojawili się na statku, w dodatku w czyjejś prywatnej kwaterze, i do tego nie pustej. Zajmujący ją załogant wystraszył się bardziej niż nastolatek, który zaczynał się przyzwyczajać do dziwnych zjawisk.
- Jeszcze w pełni tego nie opanowałam – usprawiedliwiła się dziewczyna i znowu uruchomiła manipulator.
Tym razem pojawili się w pustym korytarzu i szczęśliwym trafem na jednej ze ścian znajdował się w plan statku. Rose próbowała znaleźć na nim miejsce, gdzie najprawdopodobniej trafili jej rodzice.
- Co ty w ogóle chcesz osiągnąć? - spytał z wyrzutem Gwynedd.
- Cokolwiek. Nie chcę ich stracić.
Za trzecim podejściem pojawili się na mostku, tuż obok załogantów pilnujących Jacka i Doktora. Chwila zamieszania wystarczyła, by Królowa przerwała połączenie jaźni, a Harkness wykorzystał ten moment, by uderzyć jednego ze strażników i odebrać mu broń. Wziął chwilowo drugiego za zakładnika i jego również rozbroił. Generał nie zaryzykował utraty człowieka, choć mógł strzelić.
Doktor nie miał czasu rozmawiać z córką na temat jej lekkomyślności, musiał jak najlepiej wykorzystać sytuację. Miał już pewien pomysł. Nakazał wszystkim się złapać i uruchomił manipulator. Wylądowali w maszynowni.
- Spróbuję dezaktywować ich uzbrojenie. Przynajmniej Ziemia będzie bezpieczna – z tymi słowy chwycił śrubokręt dźwiękowy i wziął się do pracy. - Jak wyjdziemy z tego cało, to dostaniesz szlaban – rzucił jeszcze do Rose, choć w głębi duszy jej odważny akt mu zaimponował. Wiedział już, że jest do niego podobna.
- Masz, możliwe, że będzie potrzebna. - Jack wręczył jedną broń Gwyneddowi, a sam upewniał się, czy są bezpieczni, sprawdzając każdy zakamarek maszynowni.
Nie obyło się bez problemów. Niedługo potem zostali odnalezieni przez członków załogi statku, ale Harkness zaczął dzielnie odpierać atak. Gwynedd również chciał się na coś przydać, więc wkrótce mu pomógł. Co prawda nie miał doświadczenie z tego typu bronią, ale matka udzielała mu kiedyś lekcji strzelania, więc szybko się nauczył nią posługiwać.
- Długo jeszcze? Jest ich coraz więcej! - krzyknął Jack.
- Już kończę!
Doktor przynajmniej nie był gołosłowny. Zdwoił wysiłki i wkróce wszystko było gotowe. Najlepszym rozwiązaniem zdawała się ucieczka przy pomocy manipulatora, ale okazało się to nie możliwe.
- Świetnie! Rozładowałaś go! - rzekł Harkness z wyrzutem, zdając sobie sprawę, że urządzenie przestało działać.
Nie było czasu na kłótnie. Pozostał odwrót w tradycyjny sposób, czyli spore wyzwanie, ale nic niemożliwego. Przynajmniej nie dla Jacka Harknessa. Pobiegli prosto do TARDIS, po drodze odpierając atak wroga, aż Gwynedd poczuł się jak na filmie science fiction.
- To się dopiero nazywa akcja „na pałę” - podekscytował się, gdy wpadli do wnętrza wehikułu Adrenalina wręcz go roznosiła.
Doktor pchnął pierwszą lepszą dźwignię i udali się w nieznane.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,454 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.