Marzec 19 2019 03:29:30
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział VI
Lądowanie jak zwykle zakończyło się mocnym szarpnięciem. Doktor niezwłocznie zaczął sprawdzać, czy miejsce, w którym się znaleźli, nadaje się do życia.
- Gdzie jesteśmy? - spytała z zaciekawieniem Rose.
- Nie mam pojęcia – odparł Pan Czasu. - TARDIS zabrała nas tam, gdzie uznała za stosowne.
- Cóż, jest jeden sposób, żeby się przekonać.
Dziewczyna podążyła do drzwi, a za nią pozostali. Gdy je otworzyła, od razu uderzył ją blask słońca i powiew rześkiego powietrza. Spodziewała się ujrzeć coś zdecydowanie bardziej „kosmicznego”. Kiedyś ojciec wziął ją na wakacje w Góry Skaliste i teraz sceneria przypominała jej tamten wyjazd. Szczyty ciągnęły się po horyzont. Widziała je dokładnie, bo znajdowali się na pokrytym łąką zboczu. Zewsząd otaczały ich kipiące zielenią lasy.
- Czy wróciliśmy na Ziemię? - spytał Gwynedd.
- Nie, to nie Ziemia. Spójrzcie, dwa księżyce. - Doktor wskazał na niebo.
- Co z Królową? - Jack myślał o priorytetach. Nie mógł spokojnie podziwiać piękna przyrody, gdy wróg wciąż siedział im na ogonie.
- W końcu nas znajdzie. Wszystkie pojazdy zostawiają ślady, nawet TARDIS. Oczywiście dla człowieka jest niezauważalny, ale Królowa nie używa tylko podstawowych zmysłów – wyjaśnił Pan Czasu. - Oczywiście nie dotrą tu od razu, ale prędzej czy później przybędą, a wtedy musimy być przygotowani?
- Jak? - Jack domyślił się, że tym razem tradycyjne metody walki mogą nie wystarczyć.
- TARDIS sprowadziła nas tu z jakiegoś powodu. Muszę to sprawdzić. Nie oddalajcie się.
Doktor udał się z powrotem do wnętrza statku. Aby nie marnować czasu, Harkness również postanowił zająć się czymś pożytecznym i przy okazji zaangażować też młodych.
- Poczekajcie chwilę.
Skoczył po coś do wehikułu, a gdy wrócił, okazało się, że chodziło mu o pistolet. Nigdy wcześniej nie miał okazji nauczyć córki strzelać, a teraz umiejętność obrony mogła się bardzo jej przydać. Na kartce narysował prowizoryczną tarczę, którą przykleił do drzewa. Już widział zainteresowanie w oczach nastolatków.
Gwyneddowi nie musiał nic tłumaczyć, bo chłopak miał już doświadczenie z bronią. Skupił się na Rose, choć jej też nie musiał poświęcić wiele czasu, bo pojęła wszystko w lot. Na początku jej pomagał i asekurował od tyłu. Po paru próbach już nie musiał. Strzelali po kilka rund każdy, mając przy tym przednią zabawę. Ktoś jednak nie podzielał ich radości.
- Co ty robisz, Jack? - spytał Doktor z wyrzutem, zaskakując całą trójkę, bo nawet nie zauważyli, że ich obserwuje.
- Uczę Rose, jak się bronić – padła stanowcza odpowiedź.
- Dwa razy pod rząd trafiłam w sam środek – rzekła uradowana dziewczyna.
Przestała się uśmiechać, gdy zobaczyła, że Doktora to nie bawi. Odebrał jej broń, wyjął naboje i oddał pistolet Jackowi.
- Można się bronić na wiele innych sposobów – wyjaśnił.
Jego partner stwierdził, że lepiej będzie zmienić temat.
- Odkryłeś coś? - spytał.
- Owszem. Niegdyś do pokonania Królowej przyczynił się minerał zwany palladium, służący do wyrobu broni. Kilka strzałów mogło ją bardzo osłabić, a nawet zabić.
- Coś jak srebrne naboje na wampiry? - spytał Gwynedd.
- Powiedzmy. Sęk w tym, że ten minerał występuje zaledwie na kilku planetach – kontynuował Doktor.
- Niech zgadnę, trafiliśmy na jedną z nich – przewidział Jack.
- Dokładnie. Teraz tylko musimy znaleźć ten minerał.
- No proszę, wielki przeciwnik broni sam będzie ją produkował – powiedział z przekąsem Harkness.
- Nie mam wyjścia. Chcę przetrwać równie bardzo co wy. Poszukiwania zaczniemy jutro. Dni są tu krótsze niż na Ziemi, Słońce niedługo zajdzie.
Gdy Doktor nie patrzył, Jack podszedł do Rose i szepnął jej na ucho:
- Nie martw się, jeszcze poćwiczymy.


W bazie UNIT panowało zamieszanie. Statek obcych zniknął z orbity i choć upatrywano w tym działań Doktora, nikt nie potrafił dokładnie ustalić, co naprawdę zaszło. Gwen płakała, przerażona myślą, że jej dziecku grozi niebezpieczeństwo. Nawet pocieszana przez Rhysa i Marthę, nie mogła zaznać spokoju.
- Chciałaś, żeby był waleczny, no i jest – stwierdził jej mąż.
- Doktor i Jack nie pozwolą, by stała mu się jakaś krzywda – zapewniła lekarka. - Poza tym to nie o niego chodzi Królowej.
- Wiem. - Gwen pociągnęła nosem. - Ale mimo wszystko tak się boję...
Byli całkowicie bezradni. Mogli jedynie czekać na bezpieczny powrót bliskich.


Podczas gdy reszta załogi spała, Doktor siedział na pniu nieopodal TARDIS. Wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo, ale myślał o czymś zupełnie innym. Zastanawiał się, czy podoła roli ojca. Pamiętał Rose jako małe dziecko, teraz była nastolatką, miała zupełnie inne potrzeby i problemy. Do tego musiała czuć się bardzo zagubiona, wiedząc kim naprawdę jest. Nie wiedział, jak ją traktować. Bał się popełnienia błędu. Zastanawiał się nawet, czy nie postąpił zbyt ostro, zabraniając jej treningów z Jackiem. Nie chciał jej zbyt ograniczać, ale też musiał nauczyć ją swoich priorytetów.
Nie spodziewał się, że Rose postanowi mu potowarzyszyć.
- Nie chce mi się spać – wyjaśniła i usiadła obok niego. - Nigdy nie sądziłam, że dane mi będzie podziwiać niebo z innej planety – powiedziała z zafascynowaniem i wzruszeniem.
Zaczynała cieszyć się ze swojej odmienności, z możliwości, jakie jej dawała. Czuła przewagę nad innymi ludźmi, czuła się wyjątkowa.
- Widzisz tę białą plamkę? - Doktor wskazał na coś, co mogło uchodzić za gwiazdę, ale było zbyt rozmyte i zamazane. - To Droga Mleczna.
- Skąd wiesz?
- Ja dużo wiem.
Słowa te wydały mu się paradoksalne. Rzeczywiście dużo wiedział, ale nie to, co obecnie uważał za najważniejsze.
- Tak sobie myślałam... - podjęła Rose, wyraźnie zakłopotana. - Przywykłam mówić na Jacka „tato”, więc gdybym mówiła tak też na ciebie, to by mi się mieszało. Ale mówić na ciebie „mamo” też nie będę, bo to brzmiałoby głupio. Jak jest „ojciec” po gallifrejańsku?
- Atar.
- W takim razie będę tak na ciebie mówić... jeśli nie masz nic przeciwko.
Oczywiście, że nie miał. Propozycja Rose wydawała mu się wręcz urocza. Dziewczyna wyraźnie interesowała się swymi korzeniami. Nawet jeśli tego nie mówiła, Doktor to po prostu czuł. Miało to jednak swoje wady, Ziemia coraz bardziej malała w jej oczach.
- Jak już z tego wyjdziemy... jeśli z tego wyjdziemy, to co dalej? - spytała po dłuższej chwili wspólnego milczenia.
- Wrócimy.
- No tak, ale co później? Będziemy razem podróżować? Ja, ty i tata?
Oczy jej zabłysły, choć Doktor nie mógł widzieć tego w ciemności. Myśl o wspólnych przygodach dawała jej niesamowitą energię i wolę życia. Nie mogła się doczekać podziwiania cudów Wszechświata.
- Najpierw powinnaś skończyć szkołę – zaskoczył ją Pan Czasu.
- Ale przecież ona mi do niczego nie będzie potrzebna. Już teraz znacznie wykraczam wiedzą ponad program.
- Każdy musi mieć jakiś punkt zaczepienia. Nawet ja skończyłem Akademię.
- To było co innego.
- Gallifrey już nie istnieje, więc ziemska szkoła musi ci wystarczyć – oznajmił Doktor zirytowanym głosem. - Kilka lat dla naszej rasy nic nie znaczy. Jakoś wytrzymasz. Jesteś za młoda, żeby się włóczyć po wszechświecie.
Jeszcze kilkaset lat temu Doktor by tak nie powiedział, lecz zdążył się nauczyć, że nie warto ryzykować życiem bliskich.
- Ale ja mam dosyć Ziemi, zawsze czułam się tam obco – zaprotestowała Rose. - Mam dosyć ludzi, są tak głupi i prymitywni.
- Przestań!
Ponieważ wzeszły oba księżyce, dziewczyna zobaczyła twarz ojca w ich blasku. Wyglądał na zdenerwowanego i surowego, tak że prawie się go przestraszyła. Jack również potrafił być stanowczy, ale nie aż tak. Nie miała odwagi odezwać się choćby słowem.
- Ludzie to wspaniała rasa, nauczyć się trochę pokory – zbeształ ją.
Momentalnie Rose zrobiło się głupio. Wciąż milczała. Po wszystkim, czego dowiedziała się na temat Doktora, nabrała do niego takiego szacunku, że w żaden sposób nie chciała go zawieść.
- Przepraszam, czasem mnie ponosi – rzekła zawstydzona.
- Niepotrzebnie roztrząsamy, co będzie dalej. - Pan Czasu objął córkę na znak, że nie ma do niej żalu. - Najpierw rozwiążmy problem z Królową, potem będziemy się zastanawiać.
Noc nie należała do ciepłych, ale im to nie przeszkadzało, wszakże nie byli ludźmi. Rose czuła się coraz bardziej pewnie i komfortowo w towarzystwie ojca. Gdy zrobiła się senna, oparła głowę o jego ramię.
- Czy jak byłam mała, śpiewałeś mi kołysanki? - spytała.
- Tak.
- Jakie na przykład?
- Była taka stara gallifrejańska kołysanka... - zaczął Doktor, ale urwał, kiedy wspomnienia stały się zbyt żywe.
- Zaśpiewaj.
- Daj spokój, nie jesteś już małym dzieckiem.
- Proszę.
Czy mógł odmówić tak drobnego, a ważnego dla niej gestu? Przyszło mu to z trudem, ale w końcu zaczął.

- Vi dýr ennui nu Anor. Ned echuir lyth eriar. I yrn ethuiwar, nin nurar. Ar aew verin linnar.* - Doktor śpiewał córeczce, kołysząc ją do snu. Jack nie sądził, że kiedykolwiek ujrzy go w takiej sytuacji. To było tak urocze, że wręcz nieprawdopodobne.
- Czy to twój ojczysty język? - spytał domyślnie.
- To stara, gallifreyańska kołysanka. Nie sądziłem, że będę ją jeszcze pamiętał.
- Piękny język, taki śpiewny. Kojarzy mi się z elfami – skomentował Jack, będąc pod niemałym wrażeniem.
- Właściwie to jest język elfów. Nieskromnie się przyznam, że trochę pomogłem Tolkienowi przy „Władcy pierścieni” - rzekł z lekkim rozbawieniem Doktor.
- Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.

Rose poczuła się jeszcze bardziej senna, więc oparła głowę o kolana Doktora. Tak było jej wygodnie.

- Ciekawe, jak to będzie, gdy Rose dorośnie. Myślisz, że będziemy razem podróżować, jak wesoła rodzinka? - spytał Jack półżartem.
Doktor odebrał jego słowa całkowicie poważnie.
- Nie wiem, czy potrafiłbym narażać własne dziecko na takie niebezpieczeństwo. Chociaż przyznaję, że kiedyś podróżowałem z wnuczką.
- Z wnuczką?! - Jack wykrzyknął z niedowierzaniem.
- Co w tym dziwnego? Przeżyłem dziesięć wcieleń – odparł spokojnie Doktor.
- Z jej rodzicami też podróżowałeś? - Harkness bardzo się zainteresował.
Jednak odpowiedź na to pytanie nie przyszła już łatwo.
- Prawdę powiedziawszy... nawet ich nie znałem. To bardzo skomplikowane... i dziwne... - Doktor się zawahał. Zastanawiał się, czy w ogóle jest sens wszystko opowiadać, ale przypuszczał, że Jack i tak będzie chciał dowiedzieć się jak najwięcej, więc nie było sensu unikać tematu. - Jakby ci to powiedzieć... po prostu pewnej deszczowej nocy spotkałem tę kobietę. Twierdziła, że jest moją córką.
- Uwierzyłeś jej?
- Czemu miałaby kłamać? Poza tym znała moje imię i... Była poważnie ranna, umierała, nie mogłem jej pomóc. Trzymała na rękach małą dziewczynkę i śpiewała jej starą gallifreyańską kołysankę.

Gdy skończył śpiewać, Rose już spała. Poczuł się bardzo dziwnie, bo przypomniał sobie swe rozważania sprzed lat. Rozważania na temat pochodzenia Susan – jego rzekomej wnuczki. Nie cierpiał, gdy te myśli powracały, szybko je odegnał. Rose nie mogła... To było zbyt zagmatwane nawet dla osoby podróżującej w czasie.
Wziął ją na ręce bez problemu, była lekka mimo wysokiego wzrostu. Zaniósł ją do TARDIS i położył do łóżka. Nie obudziła się. Przykrył ją i sam również udał się na spoczynek, u boku Jacka.


Poranek nastał bardzo szybko, dużo szybciej niż na Ziemi. Zapowiadał się pracowity dzień, więc porządne wysypianie się nie wchodziło w rachubę. Zresztą Doktorowi trafił się tak zgrany zespół, że po szybkim śniadaniu każdy był gotowy do wymarszu. Rose zmieniła mundurek szkolny na coś praktyczniejszego. Ubrała dżinsy oraz koszulkę z napisem „I like people, they taste like chicken”, którą znalazła na dnie doktorowej szafy. Gwynedd poszedł za jej przykładem i również przebrał się w bardziej sportowe rzeczy.
- Rozdzielimy się na dwie drużyny. Palladium ma intensywnie niebieski kolor, więc rozpoznacie go bez problemu – wytłumaczył Doktor przed wymarszem.
Ponieważ Jack po swym powrocie nie miał zbyt wielu okazji, by pobyć z Rose sam na sam, udał się na poszukiwania razem z nią. Gdy przedzierali się przez las, poczuł się prawie jak na pamiętnych wakacjach w Górach Skalistych.
- I co o nim myślisz? - spytał po dłuższym czasie milczenia.
- Rozumiem już, dlaczego się w nim zakochałeś – uśmiechnęła się Rose. - Pasujecie do siebie.
- Dogadujesz się z nim?
- Z żadnym innym twoim partnerem tak się nie dogadywałam – zaśmiała się dziewczyna.
Jack uścisnął córkę i pocałował w policzek.
Doszli na skraj lasu. Ich oczom ukazały się liczne skały i wąwozy. Teren był tak rozległy, że jego dokładne przeszukanie zajęłoby kilka godzin.
- Może się rozdzielimy? - zaproponowała Rose. - Będzie szybciej.
- W porządku, ale nie oddalaj się zanadto.
Tym sposobem Jack poszedł sprawdzić część zachodnią, a jego córka część wschodnią. Miała przy sobie młotek i worek, na wypadek gdyby coś znalazła. Większość skał przypominało wapienie i nie było na nich niczego błękitnego. Rose zaczynała zastanawiać się, czy wylądowali w odpowiednim miejscu. Możliwe, że palladium znajdowało się w zupełnie innej części planety. Z drugiej strony skoro TARDIS zabrała ich tutaj, musiało mieć to jakiś sens.
Nagle Rose zobaczyła skrawek czegoś błękitnego. Sęk w tym, że znajdowało się na samym szczycie liczącej przynajmniej dziesięć metrów skały. Była jednak poszarpana, zatem dało się na nią wspiąć bez liny. Dziewczynie bardzo zależało, by zrobić dobre wrażenie na Doktorze, więc złapała się wystających części masywu i zrobiła pierwsze kroki w górę. Dokładnie wtedy usłyszała, że tuż pod nią coś się rusza.
Ostatni raz była tak przerażona... właściwie tak przerażona nie była jeszcze nigdy. U podnóża skały czaiło się na nią coś przypominającego pumę, tyle że bardziej masywnego i z wystającymi kłami jak u tygrysa szablozębnego. Zadziałał instynkt, Rose zaczęła się wspinać tak szybko jak profesjonalny alpinista. Kot zdawał się również posiąść tę umiejętność. Rzucił się na dziewczynę, wgryzając jej się w łydkę. Jego długie zębiska przebiły się prawie do kości.
- Tato!!! - krzyknęła Pani Czasu, zarówno z bólu, jak i przerażenia.
Cisnęła młotkiem w głowię zwierzęcia, co pozwoliło jej się wyrwać i wspinać dalej. Adrenalina pomagała w szybkości, ale sprawiała też, że Rose nie patrzyła pod nogi. W końcu straciła stabilność i runęła w dół.


Jack przybiegł najprędzej, jak potrafił, gdy usłyszał krzyk córki. Nie powinien był jej zostawiać samej ani na sekundę – cały czas robił sobie wyrzuty. W końcu znajdowali się na obcej planecie, jak mógł zbagatelizować potencjalne zagrożenia? Powinien był chociaż zostawić jej broń.
Jedyne, co znalazł, to martwe zwierzę o kształtach wielkiego kota. Ani śladu Rose. Jeszcze raz przyjrzał się padlinie i ujrzał w jej korpusie wypaloną dziurę o średnicy pięści. Wyglądało na to, że nie znajdowali się na planecie sami.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,290,888 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.