Grudzień 13 2018 01:32:34
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział VII
- Jak mogłeś postąpić tak lekkomyślnie?
Po wytłumaczeniu zdarzenia Jack poznał, co to znaczy gniew Doktora w pełnej okazałości. Pan Czasu był na niego naprawdę wściekły i nikt mu się nie dziwił.
- Nadal uważasz, że nie powinna nosić przy sobie broni? - Harkness próbował jakoś wybrnąć z bagna, w które się dostał.
- Nie odwracaj kota ogonem! Twoim zadaniem było jej chronić. Znajdujemy się na planecie, o której praktycznie nic nie wiemy. Nie wolno ci jej spuszczać z oka choćby na sekundę.
Całej rozmowie przysłuchiwał się Gwynedd, czując się jak między młotem a kowadłem. Musiał wtrącić swoje trzy grosze, bo dyskusja starszych zaczynała go irytować
- Zamiast tracić czas na kłótnie może byśmy jej poszukali?
O dziwo jego słowa przyniosły skutek. Obaj mężczyźni zamilkli i spojrzeli na niego.
- Słuszna uwaga. - Doktor przyznał mu rację już znacznie spokojniejszym głosem. - Roztrząsanie tego, kto zawinił, nic nie da. Nikt nie mógł przewidzieć, że sprawy przyjmą taki obrót.
Doktor przykucnął przy padlinie wielkiego kota, dokładnie przyglądając się ranie, od której stworzenie zdechło. Domyślił się, że spowodował ją wystrzał z broni energetycznej.
- Na tej planecie nie ma żadnej cywilizacji. To mogli być kłusownicy albo zwykli badacze, jeśli mamy szczęście. Tak czy siak, musieli zabrać Rose. - Doktor dokładnie przyjrzał się najbliższemu otoczeniu, zwłaszcza podłożu. - Krew. - Znalazł czerwone plamy na kamieniach. - Nie należy do zwierzęcia, broń energetyczna nie powoduje krwawienia.
Choć Pan Czasu zdawał się już na niego nie gniewać, Jack poczuł się jeszcze gorzej. Przez niego Rose została ranna, możliwe nawet, że groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
- Znajdziemy ją – zapewnił. - Już się nie rozdzielamy. Musimy jak najszybciej przeszukać okolicę. Wątpię, żeby odeszli daleko.


Rose ocknęła się niemalże z krzykiem, gdyż przed oczami stanęło jej atakujące ją zwierzę. Do tego ostatnim, co pamiętała, była utrata gruntu pod stopami i upadek – przerażające doświadczenie. Dziwiła się, że żyje. Właściwie po chwili namysłu zdziwiła się jeszcze bardziej, bo zdała sobie sprawę, że nie czuje bólu, jedynie lekkie otępienie.
Intrygowało ją otoczenie, znajdowała się w szałasie zrobionym z gałęzi. Był tak starannie wykonany, że ktokolwiek go zbudował, musiał poświęcić mu wiele czasu i mieć odpowiednie narzędzia. Nieopodal stał plecak – to już odrobinę tłumaczyło. Nie kusiło jej, by do niego zajrzeć. Skupiła uwagę na swej zabandażowanej łydce, która, jak już wcześniej zauważyła, wcale jej nie bolała. Dziewczyna założyła, że jeśli ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby ją przenieść w bezpieczne miejsce i opatrzyć, nie mógł mieć złych zamiarów, ale i tak uczucie strachu nie przestawało jej towarzyszyć.
Jej wybawca wkrótce powrócił, a ona wlepiła w niego swe orzechowe oczy, nie spodziewając się kogoś tak... ludzkiego. Wyglądał na trzydziestoparoletniego mężczyznę. Miał wyraźny zarost, co tłumaczyły polowe warunki, jego włosy zaś zdawały się tlenione. Nosił strój przypominający popielaty mundur, a trochę za długie rękawy sugerowały, że pierwotnie do niego nie należał. Górną część jedynie narzucił na czarny podkoszulek, nie zapinając ani jednego guzika, co wyglądało dość niechlujnie. Nie dziwiło jednak, że w takich okolicznościach nie przejmował się dbaniem o staranny wizerunek. Rose zauważyła futurystycznie wyglądającą broń przypiętą do pasa. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że skądś zna twarz tej osoby.
- Podałem ci środek przeciwbólowy z lekarstwem przyspieszającym gojenie, więc możesz czuć się trochę otumaniona - przemówił mężczyzna. - Ale nic ci nie będzie. Ciesz się, że jesteś Panią Czasu. Człowiek mógłby czegoś takiego nie przeżyć. Przyniosłem wodę, jakby chciało ci się pić. – Uniósł skórzany worek.
- Kim jesteś?
Rose była zdenerwowana i przerażona, a jej drżący głos to potwierdzał. Najbardziej zastanawiało ją, skąd ów mężczyzna wiedział, z jakiej pochodzi rasy. Nie mogła mu tak po prostu zaufać, nawet jeśli jej pomógł.
Nie podobało jej się, gdy ktoś zawężał jej przestrzeń osobistą, a on właśnie to robił. Usiadł przy niej i poczuła się bardzo niekomfortowo. Jego tajemniczy uśmiech tylko pogarszał sprawę.
- Jestem twoim tatą – powiedział z taką beztroską, jakby nie widział w tym stwierdzeniu niczego szokującego.
- Masz mnie za idiotkę? - warknęła dziewczyna, święcie przekonana, że nieznajomy stroi sobie z niej żarty.
- Obserwowałem was od jakiegoś czasu. Masz na imię Rose, prawda? Czyżby Doktor nic ci o mnie nie powiedział? Mówi ci coś nazwisko Saxon? A może imię Mistrz?
Dopiero teraz dziewczyna zdała sobie sprawę, dlaczego twarz mężczyzny wyglądała znajomo. Momentalnie sparaliżował ją strach, możliwe że nawet większy niż przy spotkaniu z wielkim kotem. Wpadła w panikę. Myślała, że nigdy nie spotka swego drugiego ojca. W głębi duszy nawet miała nadzieję, że go nie spotka. A teraz siedział przed nią, a ona musiała stawić mu czoła, ze świadomością wszystkich okrucieństw, których dokonał. Jakże mogła zachować spokój?
- Chcę do taty... - pisnęła. - Proszę... chcę do atara i Gwyna.
- To ja jestem twoim tatą, nie ten dziwoląg.
Mistrz uśmiechnął się i ujął w dłonie jej twarz. Rose była tak przerażona, że nie umiała nawet zaprotestować. Cała drżała, gdy przycisnął swoje czoło do jej czoła. Uznał, że zlanie jaźni to lepsze rozwiązanie niż długa i trudna rozmowa. Dzięki temu mógł się dowiedzieć o swojej córce wszystkiego, co chciał, bez tracenia czasu na zadawanie pytań. Nie sądził tylko, że Rose również zajrzy do jego umysłu i odkryje tam wspomnienia, których wolałaby nigdy nie poznać.
Z krzykiem zerwała połączenie, bo więcej nie była w stanie przyjąć. Nie miała już pojęcia, co myśleć o Mistrzu. Z jednej strony widziała jego okrucieństwo, z drugiej smutek, żal i niespełnioną miłość. Wiedziała, że kochał Doktora, ale szaleństwo nie pozwalało mu tego właściwie okazać. Z nadmiaru emocji łzy stanęły jej w oczach.
- Biedactwo, co oni ci zrobili. - Mężczyzna pogłaskał ją po twarzy. - Truli i okłamywali przez całe życie. Zaś twój atar zostawił cię tak samo jak mnie.
Rose nerwowo zaprzeczyła głową, starając się powstrzymać łzy.
- To nie jego wina, trafił do więzienia – powiedziała.
- Bo wolał przygodę od odpowiedzialności.
- Nie mógł tego przewidzieć, nie mam do niego żalu.
Nie podobał jej się sposób, w jaki Mistrz na nią patrzył – tak, jakby jej odpowiedź go śmieszyła.
- Jesteś w niego wpatrzona jak w obrazek – stwierdził. - Dziwne, skoro prawie go nie znasz.
- Znam go lepiej, niż ci się wydaje.
Rose postanowiła bronić swojego honoru i Doktora. Czuła, że Mistrz będzie próbował nastawić ją negatywnie do atara. Może i wciąż go kochał, ale też nienawidził.


Od kilku godzin kręcili się po okolicy, co jakiś czas nawołując, z nadzieją, że Rose ich usłyszy. Nie znaleźli ani śladu obcych, a już tym bardziej śladów młodej Pani Czasu. Odpowiadała im tylko leśna cisza.
- Wracajmy do TARDIS, może uda mi się ją namierzyć – powiedział Doktor, widząc, że tradycyjne metody poszukiwania nie przynoszą rezultatów.
Nikt mu się nie sprzeciwiał, więc zawrócili. Jack wciąż czuł gryzące wyrzuty sumienia i postanowił sobie, że na pewno odnajdzie córkę.
- Tato... - usłyszał jakby w oddali.
Uciszył resztę i wszyscy zatrzymali się, nasłuchując.
- Tato!
Tym razem głos był dużo bardziej wyraźny. Jack jako pierwszy zaczął przedzierać się przez leśną gęstwinę, a serce waliło mu tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
- Tato!
W końcu ujrzał Rose za kępką krzaków i od razu się do niej przedarł, biorąc ją w ramiona. Doktor zauważył bandaż na jej łydce.
- Co się stało? - spytał.
Nie minęła sekunda, nim coś zaszeleściło w gęstwinie. Zza zieleni wyłoniła się kolejna postać. Postać, na widok której Jackowi i Doktorowi odpłynęła krew z twarzy. Gwynedd również doznał szoku, bo rozpoznawał tę osobę.
- Niemożliwe... - wymamrotał, nie wiedząc, czy się bać, czy ekscytować.
Jako pierwszy otrząsnął się Harkness. Dobył broni i od razu wycelował w owianego złą sławą Pana Czasu.
- Masz pięć sekund na wyjaśnienia – warknął, a takiej chęci mordu jeszcze nikt w jego oczach nie widział.
- Tato, spokojnie, on mi pomógł – rzekła z przestrachem Rose.
- Skąd się tu wziąłeś? - Doktor zdawał się myśleć trzeźwo. Nie wpadł w panikę, nie dał się ponieść emocjom, po prostu spokojnie spytał, choć wciąż czuł się zszokowany.
- Mój manipulator tunelowy dalekiego zasięgu się zepsuł – wytłumaczył Mistrz. - Zostało mi energii na jeden skok, ale nie mogę określić, gdzie trafię. Nie chciałem ryzykować. Siedzę na tym zadupiu już chyba z miesiąc. Mogę spokojnie powiedzieć, że niebo mi was zesłało – zaśmiał się maniakalnie. - Oj, nieładnie, Doktorze. Zostawiłeś mnie w tym zasranym wariatkowie jak psa w przytułku. Dobrze, że udało mi się uciec.
- Byłem w więzieniu, nie mogłem ci pomóc.
- Bla bla bla – to twoje gadania. Miałeś wcześniej kupę czasu.
Harkness postanowił się wtrącić. Nie miał ochoty oglądać i wysłuchiwać Mistrza ani minuty dłużej.
- Na twoim miejscu zaryzykowałbym i wykorzystał ten ostatni skok, bo zaraz nacisnę na spust – syknął i widać było po jego oczach, że nie żartuje.
- Jack, przestań! Nie pomagasz. - Doktor próbował załagodzić sytuację.
- Lepiej się go słuchaj, dziwolągu. Rose opowiedziała mi o Królowej, wygląda na to, że jedziemy na jednym wózku – stwierdził Mistrz.
- Ten jeden raz muszę się z nim zgodzić, Jack. Musimy ze sobą współpracować. Odłóż broń.
- Najpierw niech on odłoży.
Tym razem udało się zażegnać spór. Mistrz odpiął miotacz i podał go Rose, bo stała najbliżej. Cały czas uśmiechał się bezczelnie, jakby dając do zrozumienia, że nie ma nic do ukrycia i niczego się nie boi.
- Jeśli chcecie palladium, wiem, gdzie go znaleźć – powiedział zadowolony z siebie.
- Jack, zabierz Gwyna i Rose do TARDIS, nie ma sensu ich narażać. Pójdę z Mistrzem – zarządził Doktor.
- Co to, to nie! Ja pójdę – zaprotestował Harkness.
- Potrafię o siebie zadbać. Nic mi nie będzie. - Nadopiekuńczość partnera jak zwykle denerwowała Pana Czasu.
- Nie ma mowy!
Jack i Mistrz cały czas patrzyli sobie prosto w oczy, niczym dwa psy gotowe rzucić się sobie do gardeł, przy czym uśmieszek nie znikał z twarzy szaleńca.
- Niech ci będzie. - Doktor w końcu dał za wygraną, bo Jack najwyraźniej ani myślał ustąpić. - Tylko proszę, nie daj się ponieść emocjom. Musisz zapomnieć o wszystkim, co kiedyś się wydarzyło i skupić się na zadaniu, słyszysz?
- W porządku.
Dla Jacka nie było to łatwe, ale na pewno nie zamierzał zawieść partnera. Udało mu się opanować nieodpartą chęć przyłożenia Mistrzowi w twarz.


Po powrocie do TARDIS Gwynedd od razu poszedł zrobić sobie sjestę. Nie był Panem Czasu i cztery godziny snu mu nie wystarczały. Rose została sam na sam ze swym atarem. Nie umiał ukryć przed nią swych emocji. Widziała, że pojawienie się Mistrza bardzo go poruszyło, że ścierały się w nim najprzeróżniejsze uczucia. Dostrzegła strach i radość oraz mnóstwo rozterek. Musiał zdawać sobie sprawę, że czeka go wiele trudnych decyzji, a jego życie bardzo się pokomplikuje.
- Znacie się od dawna, prawda? - Rose niepewnie podjęła rozmowę, gdy siedzieli przy filiżance herbaty.
- Nawet nie wiesz, od jak bardzo dawna – odparł Doktor, wzruszając się na samo wspomnienie.
- Wiem, bo kiedy połączył się ze mną jaźniami, ujrzałam wycinek jego wspomnień.
Doktor poczuł się jeszcze bardziej poruszony. Zdał sobie sprawę, że Rose poznała go od strony, której przed nikim nie ujawniał. Wydarzenia z czasów akademii od razu stanęły mu przed oczami.

Theta nie zdążył zareagować, gdy Koschei go pocałował i przycisnął całym ciałem do łóżka. Momentalnie poczuł, że znowu zaczyna tracić nad sobą kontrolę. Zamknął oczy i odpowiedział na pocałunek, który robił się coraz bardziej nachalny i głęboki, jakby samo złączenie ust nie wystarczało. Po chwili Koschei podwinął przyjacielowi szatę, obłapiając go i dotykając, gdzie popadnie.
- Nie! – Nagle Theta się zreflektował i odepchnął kolegę.
Usiadł, poprawił ubranie i wytarł usta z resztek śliny, nie z obrzydzeniem, lecz z zakłopotaniem. Jego serca wciąż waliły jak szalone. Starał się uspokoić.
- Nie chcę tego – wyjaśnił.
- Twoje ciało mówi co innego. – Koschei oblizał wargi i uśmiechnął się lubieżnie. – Nie martw się, za drugim razem już tak nie boli.
- Nie o to chodzi! Chcę być twoim przyjacielem, chcę, żeby było jak dawniej.
- Też chcę być twoim przyjacielem… i kimś więcej.
- Mogą wyrzucić nas za to z Akademii.
- Nikt się nie dowie.
Koschei znowu nachylił się nad kolegą, tak że, chcąc nie chcąc, Theta musiał się położyć. Tym razem jednak nie dopuścił do pocałunku.
- Przestań! Nie chcę tego! To zniszczy naszą przyjaźń!
- Kocham cię.
- Proszę, przestań!!!
Choć w głębi duszy Theta czuł to samo, nie chciał ryzykować. Za bardzo bał się utraty tego, co tak bardzo cenił. Za bardzo bał się angażować i stawiać wszystko na jedną kartę.
- Pomyśl, jak mogłoby nam być dobrze – kontynuował Koschei. – Pieprzyć Akademię, mamy siebie! Pomyśl, ile razem moglibyśmy zdziałać! Moglibyśmy podbijać całe światy!
- Oszalałeś!
- Nie, to ty oszalałeś! Mówisz, że nie chcesz niszczyć naszej przyjaźni, ale już za późno. – Koschei wstał i zmarszczył brwi. – Nic się nie zmieniłeś, Thete, jak zwykle przed wszystkim uciekasz.
- Po prostu chcę, żeby było tak jak dawniej.
- A ja nie chcę, żeby było tak jak dawniej, bo już kiedyś mnie porzuciłeś, pamiętasz? Ale zrobisz to znowu, prawda? Znowu uciekniesz, bo tylko to potrafisz. Nienawidzę cię!
- Myślałem, że mnie kochasz?
- Jedno w drugim nie przeszkadza. – Koschei wyszedł zdenerwowany.
Nie był to jego pierwszy napad złości, ale już dawno Theta nie widział go tak wzburzonego.
- Przepraszam – szepnął, choć wiedział, że przyjaciel go nie słyszy.
Po policzku spłynęła mu łza. Marzył, by znaleźć się jak najdalej stąd, wszędzie tylko nie na Gallifrey. Bo przebywanie tu było zbyt trudne i zbyt bolało.


Więc Rose wiedziała. Poznała wycinek jego przeszłości. Poznała też Mistrza od tej lepszej strony. Może to i lepiej? Nie chciał, by nienawidziła swego prawdziwego ojca, nawet jeśli wyrządził ogromne zło.
- Czy ty... - dziewczyna zawahała się. Temat, który chciała poruszyć, dla Doktora był jeszcze trudniejszy niż dla niej – wciąż coś do niego czujesz?
W takiej sytuacji nie było miejsca na kłamstwa.
- Cząstka mnie chyba zawsze coś będzie do niego czuć – wyznał, zaciskając dłonie na filiżance.
- Nawet po tym, co ci zrobił? Po tym, co zrobił całemu światu?
- Czuję się po części odpowiedzialny za jego czyny. Kiedyś go zdradziłem. Jak Judasz. Sprzedałem go, bo sam byłem zbyt słaby. To go zmieniło.
Rose miała wrażenie, że są rzeczy, o których Doktor nie powie nawet jej. Przynajmniej nie od razu. Zresztą w chwili obecnej bardziej interesowała ją przyszłość niż przeszłość.
- Wiem, że nie chcesz rozważać na temat tego, co będzie dalej, ale jeśli on tym razem postanowi przyjąć twoją pomoc, to co zrobisz? - Rose zwiesiła głowę, jakby bała się odpowiedzi, którą może usłyszeć.
- Wezmę go pod swoje skrzydła.
Jej przewidywania się sprawdziły. Spojrzała na Doktora z przerażeniem i desperacją.
- Błagam, tylko nie zostawiaj taty! Nie porzucaj go!
Na chwilę strach przejął nad nią kontrolę. Wyobraziła sobie, jak jej atar ucieka w TARDIS z dawnym partnerem u boku.
- Oczywiście, że go nie zostawię, co ci w ogóle przyszło do głowy? - uspokoił ją i zaczął głaskać po twarzy i włosach jak małe dziecko. - Ty i Jack jesteście dla mnie najcenniejsi w całym wszechświecie. Nigdy bym was nie porzucił – pocieszał córkę i uśmiechał się do niej.
- Jest coś do jedzenia?
Gwynedd stanął w drzwiach, jeszcze zaspany. I kompletnie, choć nie celowo, zepsuł rodzinną atmosferę.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,701 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.