Grudzień 13 2018 00:08:12
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział IX
Prace nad bronią zostały ukończone przed obudzeniem się reszty. Obaj Panowie Czasu zdążyli się wysuszyć i doprowadzić do porządku, więc wszelkie ślady po ich nocnych ekscesach zostały zatarte. Doktor wmawiał sobie, że nie zrobił nic złego, ale kogo on próbował oszukać? Ukrył jednak swe prawdziwe emocje.
- Starczyło na dwie sztuki - poinformował towarzyszy, kiedy wreszcie wstali.
Podał Jackowi broń przypominającą mały standardowy miotacz. Miał jeszcze drugi. Sam nie zamierzał go używać, Rose też na pewno by go nie powierzył. Gwynedd umiał strzelać, ale był jeszcze dzieckiem, więc Doktor nie obarczyłby go taką odpowiedzialnością. Pozostał Mistrz. Wręczył mu broń bez głębszego zastanowienia.
- Nie ma mowy – zaprotestował Jack.
- Przyświeca nam jeden cel. Poza tym ty też dostałeś, jest sprawiedliwie – skwitował go Doktor, znowu pokazując, że nie zamierza wdawać się w dyskusje. - Lepiej skalibruję czujniki TARDIS. Nie chcielibyśmy zostać zaskoczeni.


- Wchodzimy na orbitę – oznajmił nawigator aestańskiego statku.
Na mostku siedzieli generał oraz Królowa i obserwowali na monitorze planetę tak bardzo podobną do Ziemi. Wyglądała niczym błękitny klejnot zawieszony w przestrzeni.
Pani Czasu wstała i podeszła do ekranu, napawając się widokiem. Uśmiechnęła się, gdyż jej głód był wielki, a posiłek bliski. Wyczuwała go już stąd.
- Kamuflaż zdaje egzamin? - spytała.
- Nic nie jest w stanie wykryć naszej obecności – odparł generał. - Właśnie skanujemy planetę w poszukiwaniu inteligentnych form życia.
Na taką odpowiedź liczyła Królowa. Znowu spojrzała na ekran, czując, jak wzbiera w niej radość.


Podczas gdy Doktor majstrował przy TARDIS, Jack znowu ćwiczył z dzieciakami strzelanie. Tego nikt nie mógł mu zabronić. Mistrz przypatrywał się wszystkiemu z oddali, siedząc na trawie i żując końcówkę jakiejś rośliny. Wyglądał tak beztrosko, jakby przyjechał na piknik. Był cichym obserwatorem, nie odzywał się przez większość czasu, trzymał się na uboczu, ale dokładnie analizował poczynania towarzyszy i tylko czekał na odpowiedni moment, by wkroczyć do akcji.
- Idę po nowe naboje – oznajmił Jack i udał się do statku.
Wtedy Mistrz wstał i podszedł do młodych. Ci od razu umilkli. Samo jego spojrzenie wystarczyło, by Gwynedda przeszły ciarki.
- Muszę do toalety – wykręcił się chłopak i dał drapaka.
- Hej! - zawołała za nim Rose, ale nawet się nie obejrzał.
- Przejdziemy się? - zaproponował Mistrz.
- Po co?
- Chcę porozmawiać.
- Nie.
Rose nie czuła się w jego obecności komfortowo i wciąż mu nie ufała.
- Dlaczego?
Mistrz nie ustępował, a ona zdała sobie sprawę, że nie zachowała się zbyt godnie. Nawet jeśli nie chciała mieć z nim wiele wspólnego, może chociaż powinna go była wysłuchać. Doktor pewnie by to zrobił na jej miejscu.
- W porządku – odparła po namyśle. - Ale nie oddalajmy się zanadto.
Udali się w głąb leśnego gąszczu, ale po wydeptanej uprzednio ścieżce.
- Zamierzasz z nim podróżować, Rose? - spytał Mistrz od niechcenia.
- Powiedział, że muszę najpierw skończyć szkołę.
Jej odpowiedź nie zaskoczyła Pana Czasu. Odruchowo się zaśmiał.
- Wyobrażam sobie, jak musiałaś się poczuć.
Nie podobał jej się drwiący ton jego głosu.
- Próbuje mnie chronić.
- I ubezwłasnowolnić. Sądzisz, że chodzenie do ziemskiej szkoły przyniesie ci jakiekolwiek korzyści?
Z tym jednym musiała się zgodzić. Nie za bardzo spodobał jej się pomysł jej atara. Z drugiej strony dał jej do zrozumienia, że nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu. Jego plany mogły się jeszcze zmienić, więc nie zamierzała zaprzątać tym sobie głowy.
- Nie lubisz ludzi, prawda? Uważasz, że są głupi. - Mistrz przystanął i spoważniał.
Rose nie odpowiedziała, bo bała się przyznać mu rację. Nie chciała, by wyszło na jaw, że ma z nim coś wspólnego.
- Czemu nie porzucisz tej idiotycznej rasy? Moglibyśmy razem udać się w gwiazdy.
Nie stroił sobie z niej żartów. Zdawał się urzeczony swym pomysłem. Nie zamierzała jednak mu ulec.
- To niedorzeczne! Niby czemu miałabym ci zaufać?! - podniosła głos.
- Bo jestem twoim adarem. Atar – ten, który urodził, adar – ten, który spłodził. Chcę dla ciebie jak najlepiej.
- Raczej dla siebie. Wracam do TARDIS!
Rose żałowała, że dała się wyciągnąć na spacer. Czego ona oczekiwała po mężczyźnie, który zgwałcił jej ojca i zniewolił planetę? Obróciła się na pięcie i pewnym krokiem udała się w drogę powrotną. Słyszała, że Mistrz ją woła, ale zignorowała to. Nie zamierzała spędzić z nim ani chwili dłużej.
Minęła wielkie, stare drzewo i zatrzymała się, bo przed oczami stanął jej aestański żołnierz. Sparaliżował ją strach i nie zareagowała, gdy ten wymierzył do niej z broni. Nim jednak zdołał cokolwiek zrobić, został trafiony przez Mistrza i padł na ziemię. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Rose nie zdążyła nawet krzyknąć.
Doszło do kolejnych strzałów, tym razem z obu stron.
- Padnij!
Mistrz pociągnął dziewczynę na ziemię, ukrywając się z nią w zaroślach. Palec trzymał na spuście miotacza, gotów zaatakować. Wszystko ucichło. Wychylił się nieco zza krzaka, sprawdzając, czy wróg jest w polu widzenia. Nikogo nie zauważył. Podniósł się jeszcze bardziej, wytężając wszystkie zmysły, jedną rękę oparł na plecach Rose, powstrzymując ją przed wstaniem. Chciał się obrócić, ale nim to uczynił, padł strzał, ogłuszając go. Dziewczyna nie miała szans na ucieczkę.


- Gdzie oni się podziali? - zdziwił się Jack, gdy opuścili TARDIS.
- Ty mi powiedz, byłeś z nimi cały czas – rzekł Doktor.
- Odszedłem tylko na chwilę. Gwynedd został z Rose.
Momentalnie obie pary oczu skupiły się na chłopaku, który poczuł się osaczony.
- Musiałem pójść do toalety. Mistrz z nią został. Nie miejcie do mnie pretensji – jęknął.
Jack i Doktor spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- A to dupek! - warknął Harkness z powracającą żądzą mordu w oczach.
- Spokojnie, na pewno nie odeszli daleko – powiedział Doktor. - Przecież by jej nie porwał.
- Takiś tego pewien? Wiesz co, mam dosyć. Traktujesz go jak ofiarę, a nie groźnego psychopatę, którym jest. Przestań go żałować i przestań go usprawiedliwiać! Nie odpokutował nawet za połowę swoich grzechów! A teraz przebywa gdzieś z naszą Rose i nie zamierzam być spokojny!!!
Jack już dawno tak się nie uniósł. Zawładnęła nim furia. Nawet Doktor zamilkł i nie śmiał się kłócić. Jego partner miał prawo nienawidzić Mistrza i wszelkie podstawy, by martwić się o córkę.
- Rose, jesteś tam?! - Gwynedd krzyknął w kierunku leśnej głuszy.
Odpowiedziała mu cisza. Grupa oddaliła się nieco od TARDIS, rozglądając się dookoła. Doktor miał dziwne przeczucie, że coś jest nie tak. Mistrz nie miał żadnego powodu oddalać się od statku, Rose tym bardziej.
Promień z miotacza trafił w pobliskie drzewo, tuż nad głową Gwynedda. Jack momentalnie sięgnął po broń i oddał parę strzałów na oślep. Gdy doszło do kolejnego ataku, cała trójka schowała się za pniem. Chłopak zaczął się czołgać w kierunku TARDIS, mając nadzieję, że zdobędzie dodatkową broń, ale jeden z żołnierzy wypadł z krzaków i stanął nad nim. Ponieważ reszta była zajęta strzelaniną, Gwynedd musiał liczyć na siebie. Na szczęście znał sztuki walki i to bardzo dobrze. Stopą wytrącił miotacz z rąk przeciwnika, następnie podciął mężczyznę, a gdy ten próbował wstać, wyprowadził skuteczny cios w gardło, którego nauczył się podczas zajęć z kombat ki. Po tym żołnierz się nie podniósł, ale niestety okazało się, że w okolicy jest ich znacznie więcej.


Rose i Mistrz zostali wtrąceni do jednej celi, wiedząc już, że Królowa i strażnicy zamierzają im chwilę potowarzyszyć. Przerażenie dziewczyny było tak wielkie, że nie mogła się ani ruszyć, ani nic powiedzieć. Siedziała pod ścianą obok swego adara i z trwogą spoglądała na górującą nad nią kobietą, która dzierżyła w dłoni skonfiskowany miotacz.
- Nieźle, widzę, że mieliście asa w rękawie – skomentowała, oddając broń strażnikowi. - Jesteście silni, a to znaczy, że czeka mnie jeszcze większa uczta. Kto by pomyślał, że znajdę całą rodzinę?
Podeszła do Rose, zniżyła się do jej poziomu i pogładziła ją po policzku. Dziewczyna była zbyt przerażona, by choćby odwrócić głowę.
- Zostaw ją – warknął Mistrz, ale Królowa nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
Dalej dotykała twarzy młodej Pani Czasu, wodziła opuszkami palców po jej ustach i brodzie, co sprawiało niemalże perwersyjne wrażenie.
- Nie martw się, nie posilę się tobą od razu – rzekła i utworzyła pomost między jaźniami.
Dla Rose był to niemalże gwałt, bo jej umysł został spenetrowany w sposób, o jakim by nawet nie śmiała pomyśleć. To stanowiło inne uczucie niż zlanie jaźni z adarem. Jej całe jestestwo zostało dosłownie obnażone. Choć na chwilę została odcięta od świata zewnętrznego, miała wrażenie, że krzyczy. Miała też wrażenie, że Mistrz wrzeszczy na Królową, by przestała.
Połączenie nie trwało długo, ale dla Rose było niczym wielogodzinna tortura. Miała ochotę płakać, gdy kobieta zostawiła ją w spokoju. Pociągnęła nosem, ale łzy nie poleciały. Królowa i strażnicy wyszli, Mistrz szeptał coś do niej, ale jego słowa do niej nie docierały. Czuła uporczywy szum w głowie, słabnący, ale wciąż uciążliwy.
- Wydostaniemy się stąd jakoś. Wychodziłem już z większych opałów – to było pierwsze, co usłyszała.
Mistrz podwinął za długi rękaw, ukazując manipulator tunelowy. Strażnicy nawet nie wpadli na to, żeby przeszukać jego nadgarstki.
- Mógłbym tego użyć, ale to zbyt ryzykowne – oznajmił.
- Nie zamierzam uciekać bez atara i reszty – stęknęła Rose.
Czuła się już lepiej, ale strachu nie umiała odgonić. Drżała na całym ciele, oddychała ciężko. Z trudem też powstrzymywała łzy. Nie przeszkadzało jej nawet, że Mistrz otoczył ją ramieniem. Tak bardzo potrzebowała teraz duchowego wsparcia, że nie mogła pogardzić niczyją bliskością. Oparła głowę o jego ramię i parę razy pociągnęła nosem. Normalnie nie pozwoliłaby mu się przytulić, ale teraz obchodziło ją tylko, by jak najszybciej się wydostać. Właściwie cieszyła się, że ma chociaż jego, bo w takich okolicznościach samotność byłaby najgorsza.
Nie posiedzieli w celi zbyt długo. Strażnicy wrócili po nich i tym razem ich wyprowadzili. Rose nie wiedziała, czy cieszyć się, czy płakać, gdy ujrzała resztę drużyny. Każdy z nich otoczony był czerwonawym polem siłowym, zaś na środku sali stała TARDIS. Królowa i generał czekali na ostatnich pojmanych.
Wkrótce Rose i Mistrz również zostali zamknięci w polach siłowych, raz na zawsze tracąc możliwość ucieczki. Więźniowie popatrzyli po sobie, wymieniając się bezradnymi spojrzeniami. Nawet Doktor tym razem zdawał się nie mieć żadnego planu.
- Zostawcie nas. - Królowa skinęła na strażników i generała.
- Jesteś pewna? - Kxgrkowi pomysł nie za bardzo przypadł do gustu.
- Ten rytuał ma dla mnie szczególne znaczenie, nie życzę sobie widowni.
Ton Pani Czasu przeraziłby każdego, więc generał nie protestował.
- W razie problemów, wiesz, co robić – rzucił na odchodnym.
Królowa i pojmani zostali ze sobą sam na sam.
- Jeszcze nie jest za późno, przyłącz się do nas. - Doktor znowu próbował dyplomacji. - Co zrobisz, gdy zabierzesz naszą energię? Nie zostanie ci już żaden Pan Czasu.
Na to kobieta tylko uśmiechnęła się wymownie. Podeszła do wehikułu i dotknęła niebieskiej obudowy, jakby delektując się fakturą. Jej oczy płonęły od trudnej do wytłumaczenia żądzy.
- Gdy będę miała już wystarczająco siły, pobiorę energię od samej TARDIS, a wtedy staniemy się jednością. Będę wszechmocna – wyjaśniła z zachwytem maniaka.
- Nie przeżyjesz tego – odpowiedział jej Doktor.
- Przeżyję, jeśli zdobędę wystarczająco mocy – oderwała się od budki i podeszła do jeńców. - Pozwolę wam zadecydować, kto pierwszy.
Wtedy Jack postanowił wprowadzić w życie swój plan, którego nie zdradził absolutnie nikomu.
- Weź mnie, a resztę puść wolno. Jestem nieśmiertelny, możesz się mną pożywiać przez wieczność. Pozostali są ci niepotrzebni – oznajmił.
Doktor nie wierzył własnym uszom. Popatrzył na partnera z mieszanką szoku i bólu. Zaś Królowa nie traciła czasu. Podeszła do Jacka i nacisnęła coś na swej bransolecie. Pole siłowe wokół mężczyzny zniknęło, a ona od razu złapała go zaszyję i wyssała z niego całe życie, wydobywając z jego gardła agonalny krzyk.
Rose również krzyczała. Pierwszy raz widziała, jak ginie jej ojciec i nie pomagał fakt, że po każdym zgonie wracał do życia.
Królowa westchnęła z przyjemnością, jakby napawając się szybkim zastrzykiem energii, po czym spojrzała na nieruchome ciało mężczyzny. Po paru sekundach otworzył oczy i wziął gwałtowny wdech, wracając do świata żywych.
- Niesamowite. - Kobieta oblizała wargi. - Nie wiem, jaką dokładnie jesteś anomalią, ale będziemy mieć wiele czasu, by się lepiej poznać.
Powtórzyła procedurę, a Rose wciąż krzyczała, tym razem waląc pięściami w pole siłowe, choć wiedziała, że nic to nie da.
- Niech tak będzie – powiedziała Królowa. - Puszczę ich wolno, na znak, że nie jestem potworem, za którego macie mnie wy i wasi poprzednicy. Uczynię to jednak dopiero, gdy posiądę moc TARDIS – z tymi słowy pożywiła się Jackiem po raz kolejny.
Powtórzyła proces kilka razy, a Rose już nawet nie próbowała reagować. Odwróciła tylko wzrok, próbując się wyłączyć, ale krzyki ojca wciąż wwiercały się w jej umysł. Gdy padł martwy, poczuła wręcz ulgę. Zaniepokoiło ją tylko, że tym razem się nie podniósł. Wciąż leżał bez ruchu.
Królowa rozłożyła ręce na boki i uniosła twarz ku górze, jakby nie mogąc nacieszyć się ogromną ilością energii, którą przed chwilą pobrała. Wyglądała jak narkoman po świeżym zastrzyku heroiny. Mruknęła z przyjemności i podeszła do TARDIS, z uśmiechem sycąc oczy tym, co zaraz miało stać się jej posiłkiem. Zapomniała tylko o jednej rzeczy: Jack Harkness nie umarł na zawsze.
- Wystarczy tego dobrego!
Mężczyzna wstał ku uciesze całej drużyny, nawet Mistrza, i wymierzył w Królową z miotacza paladium. Spojrzała na niego z gniewem i niedowierzaniem.
- Gdzie schowałeś broń? - spytała w absolutnym szoku.
Jack posłał jej swój najpiękniejszy uśmiech.
- Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć.
Wystrzelił. Nie wystarczyło to na choćby ogłuszenie, ale powaliło ją na kolana. Wystrzelił znowu. Tym razem praktycznie ją sparaliżował. Wciąż była przytomna, ale wyglądała na nieszkodliwą. Uklęknął przy niej i uniósł jej nadgarstek, chcąc mieć dostęp do bransolety. Królowa nie doceniła wroga, ale on również jej nie docenił. Zdołał uwolnić jedynie Rose, nim kobieta chwyciła go za łydkę i pobrała wystarczająco energii, by jego powalić, a sama się podnieść. Jednak młoda Pani Czasu zareagowała natychmiastowo. Chwyciła miotacz ojca i oddała strzał, nim przeciwniczka zdołała jej dopaść. Królowa upadła, ale Rose nie chciała ryzykować, strzeliła jeszcze raz i jeszcze raz, prawie ją ogłuszając. Nerwowo zaciskała palce na broni i spoglądała wściekle na kobietę, jakby zastanawiając się, czy nie powinna odebrać jej życia, za to, co zrobiła Jackowi. Drżała ze złości, a starsza Pani Czasu zauważyła jej wahanie i uśmiechnęła się wrednie, bo wiedziała już, jak to wykorzystać.
- No dalej, zabij mnie. Ktoś musi stać się twoją pierwszą ofiarą – sprowokowała ją.
- Rose, nie słuchaj jej, próbuje zyskać na czasie i wyprowadzić cię na manowce – wtrącił się Doktor, obserwując scenę z przejęciem. - Musisz zabrać jej bransoletę.
Królowa nie zwracała na niego uwagi i kontynuowała.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo wdałaś się w swojego adara.
- Zamilcz, bo naprawdę cię zabiję – syknęła dziewczyna, wciąż mierząc w leżącą postać.
- Spokojnie, nie daj się wyprowadzić z równowagi – przekonywał dalej Doktor. - Nie jesteś złą osobą, wiesz o tym i ona też o tym wie.
- Jesteś taki naiwny – wyśmiała go Królowa. - Może ty również powinieneś się dowiedzieć? Zajrzałam do waszych umysłów, widziałam przyszłość i nawet nie wiesz, ile było w niej krwi. Wojna, tak wielka wojna, której ona da początek... Twoje dzieci zwrócone przeciwko sobie... tylko jedno z nich przeżyje.
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – wycedził Doktor z zadziwiającym opanowaniem.
Jednak Rose nie potrafiła zachować spokoju, coraz bardziej się trzęsła. Dobrze, że Jack w porę zareagował.
- Nie ruszaj się, zabiorę jej bransoletę – powiedział.
Gdy zaczął ostrożnie zbliżać się do Królowej, ta uderzyła parę razy w podłogę kawałkiem metalu, który miała na nadgarstku. Wszystkich zdziwił ten gest, ale Jack się nie zniechęcił i zbliżył się bardziej. Jednak nim zdołał zdjąć bransoletę, do sali wkroczył uzbrojony oddział. Rose zdążyła trafić jednego z żołnierzy, ale wkrótce ona i jej bliscy zostali otoczeni.
Więźniowie znowu byli w komplecie, tkwiąc w swych maleńkich energetycznych celach - wszyscy oprócz Jacka. Po kilku minutach Królowa odzyskała na tyle sił, by wstać i ponownie zaczęła torturować biednego mężczyznę, zabijając go wielokrotnie, obżerając się jego siłami witalnymi. Teraz już nic nie było jej w stanie powstrzymać, a przynajmniej tak sądziła.
- Przykro mi, że po tym wszystkim się rozstaniemy – zwróciła się do Doktora. - Zafascynowałeś mnie.
- Nie musimy się rozstawać, wciąż możesz się do nas przyłączyć – nie ustępował Pan Czasu.
- Wcale nie uważamy cię za potwora – wtrąciła Rose. - Jesteś po prostu samotna, tak jak mój adar. Rozumiem to bardziej, niż ci się wydaje.
- Puszczam was wolno i niech to wam wystarczy – rzekła Królowa. - Zostało ci niewiele czasu, Doktorze. Wykorzystaj go.
Czegoś takiego nie spodziewał się usłyszeć.
- Co?! - zbulwersował się.
- Widziałam twoją bliską przyszłość, przykro mi... - urwała, jakby zdając sobie sprawę, że nawet ona pewne rzeczy powinna zachować dla siebie. Zmieniła temat. - Znam odpowiedź na najbardziej dręczące cię pytanie, ale wiem, że nie chcesz jej poznać. Jeszcze nie teraz.
Czując, jak energią ją rozpiera, podeszła do TARDIS i dosłownie przytuliła się do niej, rozpoczynając procedurę. Moc wehikułu otoczyła ją niczym biała, świetlista mgła. Chłonęła ją wszystkimi porami swego ciała, odchylając głowę i przykładając dłonie do obudowy statku. Delektowała się tą mocą, smakowała ją. Doktor i reszta wręcz zapomnieli o jej poprzednich słowach, obserwując jak w transie rozgrywające się przed nimi zjawisko.
Nagle Królowa jęknęła. Wydawało się, że pobierana energia przestała sprawiać jej przyjemność, a zaczynała wywoływać ból. Oderwała jedną rękę od TARDIS, jakby wbrew swojej woli. Przyglądała się swej dłoni z szokiem i przerażaniem, mając wrażenie, że nie stanowi już części jej ciała. Z palców wystrzeliły pioruny, rażąc żołnierzy jednego za drugim, powalając ich na ziemię, wszystkich, bez wyjątku. Królowa wrzasnęła, odrywając się resztką sił od statku, a jej bransoleta dosłownie eksplodowała, uwalniając więźniów. Nikt jednak nie śmiał zbliżyć się do Pani Czasu, bo wciąż ogarniały ją wyładowania elektryczne. Próbowała je opanować, ale zdawało się, że powoli ją zabijają.
- Mogę pomóc, tylko mi pozwól – powiedział Doktor.
Nie spotkał się z miłym przyjęciem. Królowa uniosła obie dłonie, jakby dając do zrozumienia, że nie zawaha się zabić, jeśli ktoś do niej podejdzie.
- Odwróć jej uwagę – szepnął Mistrz do Doktora, sugerując, że ma plan.
- Nie zrobimy ci krzywdy, naprawdę pomożemy – kontynuował Pan Czasu.
Gwynedd postanowił, że on również musi zadziałać. Skoro dywersja była jedynym sposobem, zdecydował się podjąć ryzyko. Rzucił się w stronę kobiety, a ta strzeliła do niego pozostałością energii TARDIS. To jednak wystarczyło, by Mistrz mógł wkroczyć do akcji.
- Pożegnaj się – rzekł, gdy do niej dopadł.
Szybko nacisnął swój manipulator tunelowy i tyle ich widziano.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,507 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.