Grudzień 13 2018 00:31:01
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział X
- Gwyn! - Rose podbiegła do leżącego chłopaka.
Potrząsnęła nim parę razy, z desperacją próbując go obudzić. Doktor podszedł do sprawy bardziej profesjonalnie i sprawdził, czy funkcje życiowe są w normie. Atak Królowej okazał się nie tak groźny, jak myśleli. Gwynedd jęknął i poruszył się, ku wielkiej radości koleżanki.
- Ominęło mnie coś? - stęknął, a mężczyźni pomogli mu się podnieść.
- Zachowałeś się po bohatersku. - Rose rzuciła mu się na szyję.
Doktor wstał i spojrzał raz jeszcze na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stali Królowa i Mistrz. Wręcz chciało mu się płakać. Czuł, że gdyby spędził jeszcze trochę czasu z dawnym przyjacielem, wyprowadziłby go na prostą, ale najwyraźniej nie było im to pisane. Nie wiedział nawet, czy Mistrz żyje. Z trudem powstrzymał łzy.
- Co tak właściwie się stało? - spytała Rose. - Mam na myśli TARDIS.
- Chyba próbowała cię chronić – odparł Doktor, spoglądając na swój ukochany wehikuł. - To oczywiste, że cię lubi. W końcu urodziłaś się na jej pokładzie. Traktuje cię jak własne dziecko.
- Urodziłam się na statku kosmicznym?! - Dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym uszom. W tę część historii nikt jej nie wtajemniczył.
- Zgadza się. Przyszłaś na świat w TARDIS w bardzo długi, stresujący dzień – uśmiechnął się Doktor.
- Czad – skomentował Gwynedd, żałując, że i z jego narodzinami nie wiąże się tyle rewelacji.
Z pewnym zaciekawieniem i zaskoczeniem Rose podeszła do statku i położyła dłoń na jego drzwiach.
- Dziękuję – powiedziała zmieszana.
Zbyt szybko stracili czujność. Zapomnieli, że wciąż znajdują się na obcym statku kosmicznym i że zbliża się towarzystwo.


Nie zakuto ich w kajdany. Wyglądało na to, że generał Kxgrk chce z nimi porozmawiać na spokojnie, bo wyprosił z sali wszystkich żołnierzy. Jeszcze raz przejrzał nagranie z kamery przemysłowej, które pokazywało, jak Mistrz i Królowa zniknęli.
- Gdzie ona jest? - spytał z zadziwiającym opanowaniem. - Przeskanowaliśmy całą planetę i nic nie znaleźliśmy
- Nie wiemy. Manipulator tunelowy mógł ich przenieść gdziekolwiek – wyjaśnił Doktor.
Generał popatrzył na niego z niezadowoleniem.
- Imperium zawarło z Królową umowę. Mieliśmy jej pomóc w osiągnięciu celu w zamian za technologie, które nam się nawet nie śniły. Jeśli wrócę bez niej, Cesarz nie będzie się pytał o wyjaśnienia. Po prostu mnie zastąpi kimś bardziej kompetentnym. A wiesz, co robią z niepotrzebnymi oficerami?
- Dziwne, dość dobrze znam waszą rasę, myślałem, że żyjecie w demokratycznym społeczeństwie. Czyżby nastąpiły zmiany? - zainteresował się Doktor, już dobrze wiedząc, jak wszystko rozegrać.
- Nawet nie wiesz, jak ogromne – stwierdził generał z wyraźnym smutkiem.
- I zakładam, że niezbyt podoba ci się nowy porządek?
- To nie ma znaczenia. Po przewrocie mieliśmy dwa wyjścia: śmierć albo podporządkowanie się nowej władzy. Nie zamierzam się tłumaczyć. Królowa jest mi potrzebna.
- Uwierz mi, gdybym mógł ich namierzyć, zrobiłbym to. Ja również kogoś straciłem. Ale to wykracza nawet poza moje możliwości. Mogli trafić gdziekolwiek, nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie.
Przez chwilę Kxgrk bacznie przyglądał się rozmówcy, jakby starając się wywnioskować z jego oczu i mimiki, czy mówi prawdę.
- Wcale nie chcę was więzić. Od samego początku nie widziałem w was wrogów, ale jeśli wrócę z pustymi rękami, już po mnie.
Jednak Doktor wcale się nie przejął, kontynuował swój wywód.
- Skoro tak nie lubisz nowej władzy, czemu się nie zbuntujesz? Na pewno istnieje u was rebelia czy ruch oporu. Czemu nie spróbujesz przywrócić starego porządku? Masz teraz najpotężniejszy statek w galaktyce. Wykorzystaj to.
- Moja załoga może nie podzielać mojego zdania.
- Więc odstaw ich do domu. Imperium na pewno powita ich z otwartymi ramionami – stwierdził Pan Czasu z sarkazmem.
Po chwili generał sięgnął do szuflady i wyjął manipulator tunelowy Jacka, który wcześniej skonfiskowano. Położył go na stole.
- Chcę wiedzieć, jak to działa – oznajmił.
- Jest rozładowany – przemówił Jack. - Ale mogę go naładować i dać ci w prezencie. Jeśli nas puścisz wolno, rzecz jasna.
Uśmiechnął się, gdy ujrzał błysk w oku generała. Negocjacje można było uznać za pomyślnie zakończone.


Powrót do bazy UNITu wiązał się z niesamowitym szczęściem obu stron. Gwen od razu wzięła syna w ramiona, ze łzami w oczach mówiąc, jak bardzo się martwiła i jak bardzo go kocha. Chłopak natomiast nie przestawał się chwalić swym bohaterstwem, na co Rhys nieskromnie stwierdził, że są do siebie podobni. Martha wyściskała wszystkich po kolei i dała do zrozumienia, że od samego początku w nich nie wątpiła.
Nastąpił czas wyjaśnień, najpierw tych oficjalnych, potem prywatnych. Doktor spodziewał się, że była towarzyszka zechce porozmawiać z nim na osobności i bynajmniej mu to nie przeszkadzało.
- Wciąż nie możesz pogodzić się z jego stratą, prawda? Nawet po tym wszystkim, co ci zrobił – zauważyła.
- Byłem już tak blisko... Widziałem, że się zmienił, naprawdę mogło się udać...
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powiedzieć, co dokładnie zaszło między nim i Mistrzem. Gdyby się komuś zwierzył, byłoby mu łatwiej, ale postanowił raz na zawsze pozostawić ten incydent za sobą i już nigdy nie wracać do niego myślami.
- Nie wierzysz w to, co Królowa powiedziała ci na temat przyszłości? - Martha zmieniła temat.
- Nie. Wreszcie wszystko wróciło na właściwą drogę i tak już pozostanie. Dopilnuję tego. Zamierzam też przekonać Rose, że nie ma czym się martwić.
Doktor wyglądał na tak przekonanego do własnych racji, że nikt nie śmiałby go nakłaniać do zmiany zdania. Zamierzał być nie tylko Panem Czasu, ale też panem własnego losu.


Zwykły obiad w domu wydawał się wręcz ucztą. Jack ugotował makaron, niby nic wielkiego, ale atmosfera była tak niepowtarzalna, że nawet sucharki smakowałyby jak kawior. Rodzina w końcu w komplecie, bez czyhających na nią zagrożeń. Znowu razem, po trzynastu latach.
- Kocham cię – powiedział Jack, stawiając przed partnerem pełen talerz.
Cmoknąwszy Doktora w policzek, poszedł do kuchni przynieść coś do picia. Rose odprowadziła go wzrokiem, a potem spojrzała na swego atara, który siedział w ciszy.
- Też powinieneś mu to powiedzieć – zasugerowała, bo wiedziała, że to uczyniłoby Jacka bardzo szczęśliwym.
- Przecież on to wie – odparł Doktor.
Rose westchnęła i poczekała na powrót ojca. Niby panowała przyjemna, rodzinna atmosfera, niby byli szczęśliwi, a jednak dało się odczuć pewne napięcie między nimi. Jakby widmo Królowej wciąż nad nimi krążyło i nie dawało im spokoju.
- Więc... jesteś pewien, że to co mówiła, było nieprawdą? - rzucił nagle Jack, nie mogąc dłużej wytrzymać milczenia.
Doktor westchnął i na chwilę zaprzestał jedzenia, bo samo wspomnienie Królowej, wyraźnie go zirytowało.
- Tak, jestem pewien, że to co mówiła, było nieprawdą. Wiele jej przepowiedni nigdy się nie sprawdziło. Możemy już do tego nie wracać?
Życzenie Pana Czasu zostało spełnione – temat zamknięto. Jednak nie spędzili reszty obiadu w ciszy.
- Mówiłeś, że jak już będzie po wszystkim, to pomyślimy, co dalej – podjęła Rose nieśmiało. - Jest już po wszystkim i... naprawdę chciałabym udać się jeszcze w jakąś podróż. Znaczy się, zanim skończę szkołę. Obiecuję, że nie będę się pakować w kłopoty.
Doktor uśmiechnął się do córki ze zrozumieniem i serdecznością. Coraz bardziej dostrzegał w niej odbicie samego siebie.
- Myślę, że to jest do zrobienia – powiedział i napił się soku.
Radość dziewczyny nie miała granic. Rose nie musiała nawet nic mówić, uśmiech praktycznie nie znikał z jej twarzy. Już zaczynała się zastanawiać, gdzie najbardziej chciałaby się udać. Albo kiedy. TARDIS dawała wiele możliwości, aż trudno było je wszystkie wykorzystać.
Na razie jednak doskonale bawili się bez podróży przez czas i przestrzeń. Wieczór spędzili w bardzo przyziemny sposób, ale na tym polegał cały urok. Każdy musiał czasem odpocząć od przygód. Siedzieli razem na kanapie i oglądali telewizję. Nawet jakość programu nie miała obecnie dla nich znaczenia.
- Przynieść ci piwo? - zaproponował Jack.
- Poproszę – odpowiedział Doktor, zaskakując go.
Harkness czerpał przyjemność z każdej możliwości dogodzenia partnerowi. Podał mu butelkę z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Dzięki – rzekł Doktor, po czym po namyśle dodał: - Kocham cię.
Jack na chwilę zastygł z otwieraczem w dłoni, po czym odstawił butelkę i delikatnie ujął partnera za rękę.
- Mogę na chwilę? - wyprowadził skonsternowanego Doktora z pokoju.
Ten skromny gest ucieszył Rose, ale też trochę zdziwił. Naprawdę nie rozumiała, czemu nie mogli porozmawiać przy niej, jednak po jakimś czasie pojęła, że chyba wcale nie chodziło o rozmowę. Siedziała przed telewizorem sama, nie wiedziała nawet, jak długo. Powoli zaczynało ją to irytować. Co chwilę zmieniała kanały i patrzyła na zegarek, aż w końcu zrezygnowana postanowiła iść spać. Drzwi sypialni rodziców były zamknięte, więc nie próbowała nawet się żegnać i poszła do siebie.


Po czterech orgazmach Jack stwierdził, że najwyższy czas odpocząć. Doktor leżał tuż przy nim, zwrócony twarzą do niego i się uśmiechał. Jakże on się bosko uśmiechał. Jak ktoś doskonale zdający sobie sprawę ze swej niesamowitości. Jack naciągnął kołdrę na nagie ciała ich obu, bo zdążyli ochłonąć i zrobiło się trochę chłodno. Przybliżył się do partnera wraz z poduszką, tak że leżeli teraz twarzą w twarz. Już dawno nie czuli się tak dobrze. Właściwie nawet nie musieli się kochać, by dostarczyć sobie niebywałej przyjemności. Samo patrzenie się na siebie było cudowne.
- Powiedz prawdę, zawsze do mnie coś czułeś, czy po prostu nie chciałeś być sam? - spytał Jack.
- Przyznaję, że początkowo trzymał mnie przy tobie tylko instynkt samozachowawczy – wyznał Pan Czasu. - Ale w końcu to się przekształciło w coś więcej.
Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał. Satysfakcjonowała go. Najważniejsze, że wszystko się dobrze ułożyło.
- Zrobiłbym dla ciebie wszystko, Doktorze. Nawet gdybyś nie odwzajemniał mojego uczucia.
- Nie mów do mnie „Doktorze”, to dziwnie brzmi w łóżku.
- Więc jak mam do ciebie mówić?
- Na początek może być „Theta”.
Nie był to łatwy krok. Głównie Mistrz zwykł się do niego tak zwracać, ale Jack miał prawo zająć jego miejsce w sercu Doktora, choć ten wiedział, że nigdy nie zapomni o tym pierwszym.
- Mam wiele imion, powinieneś poznać je wszystkie – padło po chwili.
Jack jeszcze nigdy nie poczuł się tak wyjątkowy.


Na szkolnej stołówce Rose jak zwykle nie miała z kim pogadać prócz Gwynedda. Jednak nie przeszkadzało jej to. I tak nikomu innemu nie mogła się zwierzyć, jej prawdziwe życie stanowiło tajemnicę. Na szczęście przyjaciel zawsze chętnie z nią rozmawiał. Zwłaszcza że ostatnio miała wiele do opowiadania.
- Byliśmy już na kilku wyprawach. W przyszłości, przeszłości... w odległych zakątkach wszechświata. I wcale nie było tak niebezpiecznie – mówiła Rose. - Pokazał mi nawet, jak pilotować TARDIS. Próbowałam.
- Też chciałbym z wami gdzieś polecieć, ale mama mi w życiu nie pozwoli – westchnął Gwynedd.
- To zabierzmy ją ze sobą – zaśmiała się dziewczyna. - Dzisiaj też lecimy. Już nie mogę się doczekać.
Przez cały dzień Rose marzyła, żeby skończyła się szkoła i mogła wreszcie udać się w podróż. Tym razem wybrała mało oryginalne miejsce, ale akurat naszedł ją kaprys, by popluskać się w morzu. Jack stwierdził, że skoro miała ochotę udać się do Włoch w tym celu, nie musieli wcale cofać się w czasie o pięć wieków, ale dziewczyna argumentowała, iż w ten sposób unikną tłumów turystów. Doktor zaś nie miał nic przeciwko.
- Moim zdaniem w Meksyku jest ładniej, ale wszystko jeszcze zdążymy zwiedzić – powiedział, uruchamiając silniki.
Jak zwykle zatrzęsło, ale do tego można było się przyzwyczaić. Rose czuła się niemalże jak na wakacjach. Gdy tylko wylądowali, chwyciła ręcznik i płetwy. Kostium kąpielowy założyła wcześniej pod ubranie.
- Chodźmy już – rzekła zniecierpliwiona.
Podróże zawsze tak na nią wpływały, nawet jeśli nie wiązały się z jakimiś szczególnymi przygodami. Chciała jak najszybciej poznać nowe miejsce.
Udali się do wyjścia, Rose jak zwykle na przedzie, Doktor na końcu. Uwielbiał obserwować współtowarzyszy, patrzeć na ich radość. Niekiedy sprawiało mu to większą przyjemność niż podróż sama w sobie. To było uczucie satysfakcji i spełnienia. Do tego niebezpieczeństwa nie czyhały na nich na każdym kroku.
Zatrzymał się, nim dotarł do drzwi. Właściwie nie zdążył nawet oddalić się od konsoli. Oparł się o nią, czując, że nogi się pod nim uginają. Spojrzał przed siebie i na moment obraz się rozdwoił, rozmył, a potem powrócił do normy. Jednak otumanienie nie minęło. Gdyby nie fakt, że nic nie pił, Doktor pomyślałby, że przesadził z alkoholem
- Idźcie, zaraz do was dołączę – powiedział, nie zdradzając nic po sobie.
Zaczynał się denerwować, bo nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś tak osobliwego. Obraz znowu na chwilę się rozdwoił, a gdy powrócił do normy, Doktor poczuł, że ogarnia go fala nudności. Nie zastanawiał się zbyt długo, poszedł do toalety, podpierając się ścian, a gdy już był w środku, zwrócił wszystko, co miał w żołądku. Poczuł się trochę lepiej, ale nie trudno było stwierdzić, że coś jest nie tak. Był Panem Czasu, rzadko ulegał infekcjom i zatruciom, nie pamiętał nawet, kiedy ostatni raz wymiotował. Cokolwiek się z nim działo, wykraczało poza zwykłe, typowe dla ludzi dolegliwości.

Zostało ci niewiele czasu, Doktorze. Wykorzystaj go.

Choć tego nie chciał, od razu przypomniały mu się słowa Królowej. Szybko jednak wziął się w garść i wstał. Był panem własnego losu i nie zamierzał dać się zastraszyć mało wiarygodnej przepowiedni. Właściwie nawet trudno było to nazwać przepowiednią. Postanowił sobie, że wszystko będzie i tak musiało się stać.
Przepłukał usta i postanowił dołączyć do reszty.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,564 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.