Grudzień 10 2018 21:14:22
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Rozdział XI
Szesnaście lat temu Doktor doświadczył prawdziwego cierpienia. Poniżany i gwałcony przez Mistrza, mógł jedynie czekać aż nadejdzie ratunek. A gdy Martha wreszcie przybyła, gdy wreszcie zło zostało zażegnane, zrozumiał, że tym razem nie będzie mu dane zaznać spokoju. Mógł okłamywać przyjaciół, że wszystko jest w porządku, ale nie mógł okłamać samego siebie.
Tamtego dnia rozmawiał z Marthą, jak gdyby nigdy nic, jakby nigdy nie spotkała go żadna krzywda. Pożegnał się z nią, zażył środek antykoncepcyjny z nadzieją, że jeszcze nie jest za późno, i ruszył w dalszą drogę. Na Titanicu odżył, dał się porwać przygodzie, niebezpieczeństwo i adrenalina pomogły mu zapomnieć o horrorze, którego doświadczył. Podróżował dalej, bo to utrzymywało go przy zdrowych zmysłach. Ani się jednak obejrzał, a sprawy bardzo, ale to bardzo się skomplikowały. Wtedy zrozumiał, czym jest prawdziwa rozpacz i desperacja.
Teraz, szesnaście lat później, szczęście znowu było w zasięgu ręki. Wreszcie miał szansę żyć bez trosk i nie zamierzał pozwolić, by jakakolwiek przepowiednia pokrzyżowała mu plany. Pytanie, czy rzeczywiście mógł w pełni decydować o swym losie.


Jack i Rose kąpali się w morzu, Doktor zaś postanowił zostać na plaży. Harknessa trochę dziwiło jego zachowanie, odkąd wylądowali, zdawał się jakiś przytłoczony. Postanowił jednak nie wywierać na nim presji, nie wypytywać i ogólnie zostawić go w spokoju, póki nie zauważył, że na brzegu również go nie ma. Natychmiast podpłynął do najbliższej skały i wyszedł na ląd. Nie wytarł się nawet, bo słońce szybko suszyło, od razu udał się w głąb piniowego lasku. Nie musiał długo szukać, Doktor siedział w niewielkiej odległości od plaży. Jacka jednak zaniepokoił fakt, że jest bardzo blady i wyraźnie czymś przejęty.
- Theta? - podszedł i rzekł z troską w głosie, podchodząc i siadając obok Pana Czasu na skale. - W porządku?
Widział, że nie jest z nim w porządku, ale pytanie samo się nasunęło. Doktor westchnął i spojrzał na partnera wzrokiem pełnym obaw. Zajęło mu dobrych kilka sekund, by cokolwiek z siebie wykrztusić.
- Wymiotowałem – powiedział z taką powagą, jakby miało to oznaczać rychłą śmierć.
Jack zachował spokój i przyłożył dłoń do czoła partnera.
- Masz gorączkę – stwierdził. - Nie jakąś wielką, ale jednak. - Nie panikował, ale martwił się coraz bardziej. - Błagam, powiedz mi, że Panowie Czasu mogą się zarazić grypą żołądkową.
- Istnieje kilka wirusów, które mogłyby u mnie wywołać podobne objawy, ale nie byłem narażony na ich działanie – wyjaśnił Doktor, dając do zrozumienia, że jest się czym niepokoić.
- Zatrucie pokarmowe?
- Bardzo mało prawdopodobne. Przez ostatnich kilka dni jedliśmy to samo. Poza tym u...
- Tak, wiem, u Panów Czasu nie pojawiają się takie trywialne dolegliwości – dokończył Jack z sarkazmem, choć wcale nie było mu do śmiechu.
- Najbardziej dziwi mnie fakt, że to się zaczęło zaraz po naszym lądowaniu. To nie może być zbieg okoliczności.
Dalszą dyskusję przerwała kolejna fala nudności, która ogarnęła Doktora. Zakręciło mu się w głowie, zbladł jeszcze bardziej i złapał się za brzuch.
- Theta! - Jack wykrzyknął z przejęciem.
Przytrzymał partnera, bo bał się, że ten zaraz osunie się na ziemię. Pierwszy raz widział, jak Doktor wymiotuje, i nie było to przyjemne doświadczenie.
- Lepiej?
Pan Czasu wyglądał na bardzo osłabionego, więc Jack objął go i pozwolił, by ten oparł głowę o jego ramię. Bał się, i to bardzo. Przypomniały mu się słowa Królowej i choć wmawiał sobie, że jedno z drugim nie ma związku, umysł podsuwał mu same najczarniejsze scenariusze.
- Musimy wracać, Martha cię zbada – oznajmił stanowczo, nie kryjąc już przejęcia.
- Jack, jeśli to wirus, możemy narazić całą planetę.
- Nie opuścimy TARDIS, póki Martha nie postawi diagnozy. Zostaną zachowane wszelkie środki bezpieczeństwa.
Mówił z sensem, więc w końcu Doktor dał się przekonać. Sam również chciał wiedzieć, co mu dolega. Nie chciał martwić Rose, ale gdy powiedzieli jej, że muszą wracać, wiedziała już, że coś jest nie tak, więc niczego przed nią nie ukrywał. Udali się prosto do TARDIS.
Obyło się bez słów, Doktor beznamiętnie uruchomił wszystkie mechanizmy, a gdy statek ruszył i porządnie szarpnęło, wylądował na podłodze. Sęk w tym, że już się z niej nie podniósł. Jack dopiero po chwili zauważył, że jego partner jest nieprzytomny. Z przerażeniem wziął go w ramiona i zaczął rozpaczliwie klepać po policzkach.
- Rose, przynieś szybko szklankę wody albo sole trzeźwiące, albo... cokolwiek! - rozkazał z desperacją.
- Zdecydowałbyś się!
Dziewczynie również udzieliło się zdenerwowanie. Pobiegła po apteczkę, podczas gdy Jack próbował ocucić Doktora.
- Słyszysz mnie? Musisz się obudzić!
Dalej klepał go po policzkach, aż w końcu, ku jego wielkiej uldze, Pan Czasu otworzył oczy. Jack poczuł, że spadł mu kamień z serca. Rose również odetchnęła z ulgą, gdy wróciła.
- Zadzwoń do cioci Marthy. Dokładnie przedstaw, jak się sprawy mają – polecił córce Harkness, a sam pomógł Doktorowi dojść do łóżka.
Zdjął mu buty, krawat i marynarkę. Siedział przy nim nieprzerwanie aż do przyjazdu lekarki. Martha miała przy sobie pokaźną teczkę i profilaktycznie ubrała maskę. Zaczęła rozkładać profesjonalny sprzęt należący do UNIT'u, by jak najszybciej postawić diagnozę.
- Kochanie, zostaw nas na chwilę samych – Jack zwrócił się do Rose.
Dziewczynie nie podobało się, że traktują ją jak dziecko, ale posłuchała.
- Czuję się trochę lepiej – stęknął Doktor, wciąż osłabiony.
- Może to miało związek z tamtym miejscem? - zasugerował Jack.
Jednak Martha postępowała zgodnie z własnymi procedurami i zaczęła od zwyczajowych pytań. Potem poleciła Doktorowi, by podwinął rękaw i pobrała próbkę krwi. Do laptopa mogła podłączyć wiele urządzeń diagnostycznych, więc wyniki uzyskała praktycznie od razu. Spojrzała na monitor i zdjęła maskę.
- To na pewno nie wirus – oznajmiła.
Trochę uspokoiła Jacka, ale Doktor wiedział, że nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. Istniało wiele innych możliwości, jak choćby bakterie czy pasożyty.
- Skład krwi wyraźnie odbiega od normy.
Kolejna diagnoza nie zabrzmiała tak optymistycznie. Wyglądało na to, że Martha ma już pewien pomysł, ale potrzebowała potwierdzenia. Chwyciła przenośny skaner, podłączyła do komputera i prześwietliła wiązką ciało Doktora, centymetr po centymetrze. Jack denerwował się coraz bardziej i próbował wyczytać z twarzy Marthy jakiekolwiek emocje. Zauważył zaskoczenie w jej oczach, ale dość nietypowe. Miała taką minę, jakby nie była pewna, czy to, co odkryła, jest powodem do radości, czy zmartwień. Wyglądała na trochę zakłopotaną.
- Co mu jest?! - Jack dłużej nie wytrzymał, nerwy go zżerały.
Martha spojrzała Doktorowi prosto w oczy, widząc, że on również się niecierpliwi.
- Jesteś w ciąży – powiedziała, nie kryjąc poczucia ulgi i zaskoczenia.
- Co?! - wykrzyknął od razu Doktor, a Jack po prostu zaniemówił.
- Sam zobacz. Masz tu wyniki badania krwi i skan.
Martha wiedziała, że jedyny sposób, aby przekonać Doktora, to dać mu wgląd do wszystkich danych, więc tak zrobiła. Zaczął odruchowo szukać okularów, gdy podała mu laptopa. Co najśmieszniejsze, nie spojrzał dokładnie w monitor, póki ich nie założył, choć wszyscy wiedzieli, że są mu niepotrzebne.
- Jesteśmy z dwóch różnych gatunków, szansa zapłodnienia jest jak jeden do dziesięciu tysięcy... - wymamrotał, studiując wyniki. - Zapomniałem, że w moim przypadku to wcale nie tak mało – dodał sarkastycznie.
Podczas gdy Doktor po kilka razy przeglądał dane, do Jacka wreszcie zaczęło docierać, że spełniło się jego marzenie, które skrywał przez wiele lat. Wstał i zaczął się tak śmiać, jakby co najmniej cały świat legł mu do stóp. To było coś zdecydowanie więcej niż poczucie ulgi.
- Nie wierzę! Ale jaja! - wykrzyknął i uściskał Doktora z całych sił, jakby dopiero teraz spotkali się po latach.
Potem podszedł do Marthy i również rzucił się jej na szyję, a ponieważ była lekka, podniósł ją i pokręcił się parę razy. Gdy ją postawił, była zbyt skonsternowana, by cokolwiek powiedzieć.
- Tak! O rany, tak!
Wydawało się, że zaraz zacznie płakać z radości, więc Doktor postanowił przywrócić go do rzeczywistości.
- Wstrzymaj się trochę, Jack. Coś jest nie tak, nie powinienem mieć takich objawów. - Pan Czasu spoważniał, psując trochę dobry nastrój partnera.
- Obawiam się, że to ma sens – powiedziała Martha ze zmartwieniem. - Masz w sobie obce geny, twój organizm się buntuje.
- Konflikt – przyznał Doktor z westchnieniem. - Podróż w TARDIS musiała to zaostrzyć. Przemieszczanie się w czasie wpływa na strukturę krwi. U zdrowej osoby nie robi to różnicy, ale w moim obecnym stanie...
- Ale można to kontrolować, prawda? - Jack rozpaczliwie liczył na zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. - Opracujecie jakieś lekarstwo?
- Zrobię, co w mojej mocy – obiecała Martha. - Miejmy nadzieję, że jego stan się ustabilizuje.
Nie było to może wielkie pocieszenie, ale przynajmniej istniała szansa, że problem się rozwiąże.
- Mam powiedzieć Rose? - spytał Jack, nie tryskając już tak energią, jak poprzednio.
- Możesz powiedzieć – wyraził zgodę Doktor.
Został sam na sam z Marthą i po jej minie widział, że zamierza z nim odbyć poważną rozmowę.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie będzie tak jak ostatnio? - podjęła. - Nie będzie żadnego szarżowania, pakowania się w kłopoty, ratowania świata, a przede wszystkim, nie będzie żadnego latania TARDIS.
- Wiem.
Tym razem Doktor nie zamierzał kwestionować racji towarzyszki. Pogodził się z faktem, że w najbliższym czasie czeka go wiele wyrzeczeń. Był gotów ponieść tę ofiarę. Dojrzał do tego.
Początkowo posępna atmosfera poprawiła się, gdy Martha w końcu zdobyła się na szczery uśmiech. Nawet jeśli istniało zagrożenie, wciąż mieli powody do radości.
- Gratuluję – poklepała przyjaciela po ramieniu, a on również się uśmiechnął. - Myślisz, że Rose będzie zadowolona na myśl o rodzeństwie? Będzie między nimi spora różnica wieku.
- To ją nauczy odpowiedzialności.
Chwilę później do pokoju weszła Rose i od razu rzuciła mu się na szyję.
- Tak się cieszę, atar. – Pocałowała go w policzek i Doktor wiedział już, że nie musi się martwić jej podejściem do sprawy.


Szczęście wymieszało się z panicznym strachem. Jack miał za sobą ciężką noc, nie mógł zasnąć, bo cały czas myślał o słowach Królowej. „Zostało ci niewiele czasu, Doktorze. Wykorzystaj go” - o cóż mogło jej chodzić? Nic dziwnego, że następnego dnia Harkness od razu poszedł odwiedzić Marthę. Bał się, że stan Doktora może mieć kluczowe znaczenie i stanowić odpowiedź na jego pytania, dlatego musiał dowiedzieć się jak najwięcej.
- Dobrze, że jesteś, Jack – Martha powitała go z uśmiechem. - Pamiętasz jak mówiłeś, że chciałbyś reaktywować Torchwood i zaproponowałeś mi posadę? Myślałam nad tym i podjęłam decyzję.
- To musi poczekać, przyszedłem porozmawiać o czymś znacznie ważniejszym. - Jack był wyraźnie zaniepokojony. - Zbadałaś go, powiedz mi... czy to go może zabić? - spytał ze śmiertelną powagą. - Błagam, bądź ze mną szczera. Czy może nie przeżyć porodu? Chcę znać prawdę.
Marthę zatkało, bo rzadko kiedy ktoś zadaje takie pytania praktycznie zaraz po przekroczeniu progu. Potrzebowała chwili, by się zreflektować.
- Nie mam pojęcia, Jack. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim, on zresztą też.
- Ale tak na logikę, czy uważasz, że to możliwe? Czy może umrzeć? Powiedz mi, muszę wiedzieć.
Harkness wyglądał na tak zdeterminowanego, że zbywanie go na pewno nic by nie dało.
- Naturalnie muszę wziąć pod uwagę taką możliwość, ale to nie znaczy, że tak się stanie. Zawsze istnieje ryzyko.
- Ale jak duże?
- Nie wiem.
- Mniej więcej. Jakie jest prawdopodobieństwo? Dwadzieścia procent, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt?
Jego naciski sprawiły, że Martha również zaczęła się denerwować. Rozumiała troskę Jacka o partnera, ale naprawdę nie umiała mu jednoznacznie odpowiedzieć. Nie chciała, żeby się przez nią martwił, ale też nie chciała, by żył w błogiej nieświadomości.
- Jest za wcześnie, by wydać jednoznaczny osąd – powiedziała spokojnym głosem. - Możliwe, że jego stan się unormuje, a możliwe też, że się pogorszy. Nie mogę tego przewidzieć. Ale zapewniam cię, że trzymam rękę na pulsie i pracuję już nad lekami.
- Dzięki – westchnął Jack i opuścił dom przyjaciółki.
Pognał z powrotem do siebie. Sądził, że zastanie Doktora na kanapie albo w łóżku, ale tam go nie było. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach znalazł go na strychu, sortującego stare rupiecie. Nawet nie zdążył nic powiedzieć, bo Pan Czasu odezwał się pierwszy.
- Pomyślałem, że przeszukam te szpargały, bo może nam się coś jeszcze przyda. Patrz, co znalazłem. - Otworzył stare pudełko i wyjął z niego parę maleńkich bucików. - Należały do Rose, pamiętasz?
Uśmiech nie znikał z jego twarzy. Wyglądał na tak wesołego, jakby nawdychał się tlenku azotu. Za to Jack stanowił całkowicie przeciwny biegun. Patrzył na partnera wzrokiem przepełnionym bólem. Szczęście Doktora jeszcze bardziej komplikowało sprawę. Nie wiedział, jak ma mu powiedzieć, co myśli. Nie dało się tego przeprowadzić bezboleśnie. Z drugiej strony milczenie byłoby jeszcze gorsze.
- Rozmawiałem z Marthą i powiedziała, że nie może przewidzieć, jak się sprawy potoczą, a to znaczy, że twoje życie jest zagrożone – zdobył się w końcu na odwagę i przemówił. - Musimy wziąć pod uwagę... - urwał, bo zdał sobie sprawę, że zamiast owijać w bawełnę, lepiej mieć najtrudniejsze jak najszybciej za sobą. - Chcę, żebyś przerwał ciążę.
Doktor nie wyglądał już jak osoba pod wpływem gazu rozweselającego. Patrzył się na Jacka skonsternowany, jakby nie miał pewności, czy dobrze usłyszał.
- Przecież cieszyłeś się na myśl o dziecku – rzekł, cały czas nie wierząc, że Harkness mówi poważnie.
- Nie pozwolę, żebyś umarł. Już raz odszedłeś i tym razem sobie z tym nie poradzę, słyszysz?
Roztrzęsiony głos Jacka wskazywał, że wcale nie żartuje.
- Chyba nie chodzi o Królową? - Doktor zaczynał mieć pewne podejrzenia.
- To, co mówiła o dzieciach i o tym, że zostało ci mało czasu... Nie widzisz, że to się zaczyna sprawdzać?
Prawdopodobnie niewiele brakowało, by Jack zaczął płakać, ale nie chciał wyjść na mięczaka, więc się powstrzymał. Na szczęście Doktor nie był na niego zły, raczej martwił się faktem, że jego partner tak się przejmuje. Podszedł więc do niego i położył mu dłonie na ramionach.
- Dobrze wiesz, że tego nie zrobię. Nie usunę. Nie potrafiłem wtedy i teraz tym bardziej nie dałbym rady. To tylko głupia paplanina zdesperowanej kobiety, nie zamierzam podporządkowywać swojego życia jej pseudoprzepowiedniom. Nic się nie sprawdza, bo takie coś każdy mógłby „przepowiedzieć” - uspokoił. - Spójrz na mnie, spójrz, jak mi się szybko poprawiło. Wystarczyło tylko zawiesić podróże. Czuję się świetnie, nie widzisz tego? Nic mi nie będzie. Nie umrę! - ostatnie zdanie wypowiedział głośniej.
Jack w końcu dał za wygraną i pozwolił, by Doktor go objął. Żałował, że w ogóle poruszył temat, choć obawy całkowicie nie zniknęły.


Kiedyś Doktor nie wyobrażał sobie życia bez przygód i niebezpieczeństw, a teraz grał we frisbi we własnym ogrodzie i czerpał z tego niesamowitą przyjemność. Może była to kwestia towarzystwa, bo z Rose i Gwyneddem nie dało się nudzić, a może po prostu dostrzegł piękno zwykłych, przyziemnych rozrywek? Choć świeciło słońce, było dość chłodno, ale im to nie przeszkadzało. Rozgrzali się, biegając za dyskiem, dowcipkując przy tym i śmiejąc się jak wariaci. Doktor poczuł się przynajmniej pięćset lat młodszy, choć i wcześniej wigoru mu nie brakowało. Nie martwił się już, że nie podoła roli ojca, Rose doskonale się przy nim bawiła, Gwynedd zresztą również. Często spędzali razem popołudnia w mniej lub bardziej szalony sposób.
Gdy Jack wrócił z pracy i zobaczył przez okno, co się odbywa w ogrodzie, od razu zszedł na dół i podbiegł do partnera.
- Martha powiedziała, że masz unikać wysiłku – szepnął, rozbawiając Doktora swą nadopiekuńczością.
- To dla mnie żaden wysiłek – odparł spokojnie Pan Czasu, i rzeczywiście nawet nie miał przyspieszonego oddechu. - Czuję się świetnie. Może się do nas przyłączysz?
- Tak, tato, przyłącz się do nas – ucieszyła się Rose. - Ostatnio mamy tak mało czasu dla siebie.
Gdyby odmówił, wyszedłby na zgreda, więc zdjął płaszcz, podwinął rękawy i pokazał, co to znaczy mistrz rzucania dyskiem. Wielki ogród wreszcie do czegoś się przydał.
Mogliby grać godzinami, ale paradoksalnie to młodzi pierwsi dali za wygraną i poszli do domu coś przekąsić. Jack i Doktor zostali w ogrodzie, usiedli na trawie i zapomnieli o wszystkich troskach. Mieli siebie i tylko to się liczyło. Nie musieli nawet rozmawiać, by poczuć, jak bardzo są szczęśliwy. Dopiero niekontrolowany śmiech Pana Czasu przerwał ciszę.
- O co chodzi? - spytał Jack rozbawiony.
- Nie wiem, po prostu dostałem głupawki – odparł Doktor, nie przestając chichotać. - Patrz, tam stoi moja TARDIS – wskazał na róg ogrodu. - Stoi tam i czeka, i jeszcze sobie poczeka, a ja się tym w ogóle nie przejmuję.
Położył się na plecach i znowu zaśmiał, jakby życie stało się jedną wielką zabawą.
- Jestem tu uziemiony na jakiś czas, czeka mnie życie bez adrenaliny, bez przygód, a za klika miesięcy nie będę widział własnych stóp. I jakimś cudem wciąż jestem szczęśliwy.
Uniósł się i oparł łokciem o ziemię, żeby łatwiej było mu spojrzeć na Jacka. Ten również wyglądał na szczęśliwego. Zachodzące słońce świeciło mu prosto w oczy, ale on nawet nie odwracał wzroku, bo czuł się idealnie i nic mu nie przeszkadzało.
- Myślę, że czeka nas jeszcze wiele przygód – podsumował. - W odpowiednim czasie.


Epilog

Kiedy Mistrz tylko poczuł grunt pod stopami, wiedział już, że ma szansę przeżyć, i nie zamierzał jej zmarnować. Nie miał czasu oglądać okolicy. Szybko odskoczył od Królowej i schował się za pobliską skałką. Było ich tu całkiem sporo, więc mógł bez problemu poruszać się między nimi niezauważenie. Miał przewagę, bo Pani Czasu wyraźnie osłabła. Co chwilę ogarniały ją wyładowania elektryczne i coraz trudniej było jej się utrzymać na nogach. Energia TARDIS ją zabijała.
- Znajdę cię! Znajdę i zabiorę twoje siły witalne! - wrzasnęła z błyskiem szaleństwa w oczach i zaczęła na oślep miotać piorunami.
Mistrz wiedział, że musi jedynie czekać, więc przycisnął się do skały i nasłuchiwał. Ataki były coraz rzadsze i coraz bardziej chaotyczne, aż wreszcie całkowicie ustały. Wtedy odczekał jeszcze parę minut i wyłonił się ze swej kryjówki. Królowa leżała na trawie i wyglądała na martwą. Aby się upewnić, podszedł do niej, zwiększając czujność, i sprawdził funkcje życiowe. Tak jak myślał – nie wytrzymała energii TARDIS. Od razu uśmiechnął się z satysfakcją.
Wreszcie mógł zwrócić uwagę na otoczenie. Znajdował się na odsłoniętym wzniesieniu. Łąka ciągnęła się na kilka kilometrów, a kończyła lasem. W oddali majaczyło pasmo górskie. Na wszelki wypadek rzucił okiem na swój manipulator, ale nie działał. Mistrz zdał sobie sprawę, że znalazł się w punkcie wyjścia.


Zmrok zapadł szybko, ale Mistrz poznał sztukę przetrwania w każdej sytuacji. Zdjął wysokie buty, z jednego wyjmując nóż, a z drugiego wielofunkcyjną zapalniczkę oraz linę. Śmierć raczej mu nie groziła. Rozpalił ognisko, a potem zdecydował się obejrzeć zwłoki Pani Czasu. Nawet jej trup mógł mu pomóc w przetrwaniu.
Większość osób wzdragała się na samą myśl o kanibalizmie, ale nie Mistrz. Nic go nie brzydziło i nie przerażało, jeśli chodziło o przetrwanie. Nie czuł żadnych wyrzutów sumienia, gdy kroił ciało. Mogło zapewnić mu pożywienie na wiele dni, a suknia przydać się przy budowie schronienia czy przy zastawianiu pułapek na zwierzynę.
Nocą dokładnie przyjrzał się gwiazdozbiorom, próbując ustalić, gdzie się znajduje. Był Panem Czasu, posiadał olbrzymią wiedzę z dziedziny astronomii i nie tylko. Bardzo szybko doszedł do wniosku, że stwierdzenie, iż znalazł się w punkcie wyjścia, należy brać dosłownie. Trafił na tę samą planetę. Na tę samą cholerną, zapomnianą przez Boga planetę. Cóż, mogło być gorzej. Pytanie, czy przeniósł się w przyszłość, czy przeszłość. Na pewno nie w teraźniejszość, bo wtedy aestański statek na pewno szukałby Królowej.
Następnego dnia wyruszył w trasę, bo siedzenie w jednym miejscu nic by mu nie dało. Udał się w kierunku pasma górskiego, bo tak podpowiadał mu instynkt. Wiedział, że czeka go długa tułaczka, ale był zdeterminowany, by iść przed siebie. Nie zamierzał się poddać.
Dni miały, on szedł dalej. Czasami zatrzymywał się na dłużej, budował szałas i dokładnie badał okolicę. Gdy zdawał sobie sprawę, że nie ma tam niczego przydatnego, ruszał dalej. I tak w kółko, aż wreszcie szczęście się do niego uśmiechnęło.
Akurat wtedy wspiął się na drzewo, by pozbierać owoce, i ujrzał nagle świetlisty punkt przecinający nieboskłon. Nie mógł to być meteoryt, bo leciał za wolno. Kiedy zbliżył się na tyle, że znajdował się praktycznie nad głową Mistrza, ten rozpoznał w nim statek kosmiczny. Poczuł taką euforię, jakby co najmniej przybyła po niego TARDIS. Szybko zszedł z drzewa i ruszył w kierunku miejsca lądowania. Dotarcie tam zajęło mu kilka godzin, ale trafił bez problemu, bo statek pozostawił po sobie pasmo zniszczonych drzew. Wrak okazał się szalupą ratunkową. Pustą. Brak ciał sugerował, że załoga przeżyła i opuściła pokład. W środku nie znalazł przydatnej technologii, ale nie martwił się tym. Rozpoznał model statku, pochodził z Ziemi, z końca XXII lub początku XXIII wieku. Poczuł się, jakby wygrał los na loterii. W końcu manipulowanie ludźmi było dla niego proste jak budowa cepa. Musiał ich tylko odnaleźć.
Oszacował, że nie mogą znajdować się dalej niż dzień drogi stąd. Ruszył ich śladem. Poruszali się wolno, bo sądząc po bruzdach w ziemi, ciągnęli za sobą wiele sprzętu. Odnalezienie ich przyszło Mistrzowi łatwiej niż wytropienie statku, ale nie ujawnił się od razu. Ukrył się w krzakach i obserwował. Załoga zrobiła sobie przerwę na posiłek. Było ich siedmioro: trzy kobiety i czterech mężczyzn. Po mundurach rozpoznał, że stanowią międzynarodową drużynę, zresztą kilka osób wyróżniało się kolorem skóry. Kapitan wyglądał dość niepozornie, nie był specjalnie wysoki czy barczysty, był też dość młody jak na swą rangę, nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat.
Mistrz zdecydował się na pierwszy krok, wyłonił się z krzaków i wcale nie zdziwił, gdy zobaczył wycelowane w siebie lufy miotaczy. Z lekkim znudzeniem podniósł ręce do góry.
- Nie jestem uzbrojony – powiedział, ale i tak został przeszukany.
Nawet po tym załoga bardzo niechętnie opuściła broń.
- Kim ty, do cholery, jesteś? - spytał kapitan podejrzliwie.
- Rozbitkiem, tak jak wy – odparł spokojnie Mistrz. - Gdy zobaczyłem wasz statek, ruszyłem waszym śladem. Pomyślałem, że razem będzie nam łatwiej przetrwać.
Mówił z sensem, ale oficer wciąż podchodził do niego sceptycznie.
- Czemu mielibyśmy ci ufać? - spytał.
- Bo nie jestem uzbrojony, a was jest więcej? Daj spokój, jedziemy na jednym samym wózku. Chyba nie zostawisz samotnego podróżnika na pastwę losu?
- On ma rację, nie mamy powodu się go obawiać – wtrąciła drobna blondynka. - Musimy mu pomóc. Zresztą przyda nam się dodatkowa para rąk. Musimy pokonać pół planety, by dotrzeć do bazy.
- Dziękuję ci, śliczna. Naprawdę możecie liczyć na moją pomoc. Doskonale znam się na przetrwaniu – zwrócił się do kobiety, posyłając jej zniewalający uśmiech.
Poczuł satysfakcję, gdy się zarumieniła. Ludzie naprawdę byli bardzo, ale to bardzo naiwni. Wyglądało na to, że nawet przywódca się do niego przekonał, bo podał mu rękę.
- Jestem Mile Hranj, kapitan statku badawczego Challenger, który niestety musieliśmy opuścić. Witaj w drużynie – powiedział.
Mistrz zdał sobie sprawę, że musi szybko wymyślić jakieś imię, bo Harold Saxon przeszło już do historii.
- Sam... - palnął - ...Tyler.
Wiedział, że nie wszyscy od razu mu zaufają, ale było to tylko kwestią czasu. Uśmiechnął się serdecznie, pokazując się takim, jakim chcieli go widzieć. Potrafił doskonale ukryć prawdziwe zamiary. Jednak los się do niego uśmiechnął.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,258,444 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.