Grudzień 10 2018 22:01:16
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Efekt insekta
Wycieczka do Chinatown na obcej planecie okazała się wspaniała, ale Rose nie sądziła, żeby było to dobre miejsce na znalezienie prezentu dla jej braciszka. Bo cóż można kupić tak małemu dziecku? Albo zabawki, albo ubranka. Na szczęście dysponując TARDIS nie musieli się spieszyć. Zawsze mogli poszukać gdzie indziej, a na razie Rose miała okazję zakosztować orientalnych specjałów i poszukać czegoś dla siebie.
- Może przepowiedzieć panience przyszłość? - zaczepiła ją jedna kobieta na ulicy. - Nie chciałaby panienka wiedzieć, czy będzie szczęśliwa?
- Nie, dziękuję – odparła Pani Czasu tonem dającym do zrozumienia, że wróżby ją tylko bawią.
- Dla ładnych dziewcząt jest za darmo. – Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo.
Ponieważ po raz pierwszy ktoś nazwał Rose ładną, zarumieniła się i poczuła, że nie może odmówić.
- Zgoda.
Po przekroczeniu progu domu dało się odczuć wszechogarniający zapach kadzidła. W pomieszczeniu paliło się wiele świec, część z nich umieszczonych w lampionach, część całkowicie luzem. Nie było ścian oddzielających pomieszczenia, jedynie czerwone, satynowe zasłony.
- Jesteś fascynującą osobą – powiedziała kobieta, czytając swej klientce z dłoni. - Dziś jest dla ciebie szczególny dzień, prawda?
- Tak, pierwsze urodziny mojego brata – wyjaśniła Rose.
- Musisz bardzo kochać swojego braciszka. Cofnij się myślami dokładnie o rok i przypomnij sobie, jak się wtedy czułaś.
Dziewczyna tak uczyniła. Dokładnie odtworzyła w umyśle ten dzień. Ujrzała siebie i swoich bliskich, przywołała dokładnie te same emocje, które wtedy nią targały.
- Bałam się – wyznała.
- Dlaczego się bałaś? - spytała kobieta z zaciekawieniem.
- Mój atar był bardzo słaby, mógł nie przeżyć. Nikt nie sądził, że sprawy tak się potoczą. Mówili, że szansa na dziecko między dwoma gatunkami jest jak jeden na dziesięć tysięcy, ale jednak to się stało. Mój tata był taki szczęśliwy, i mój atar też. Ale to go potem zabijało. Jego organizm nie radził sobie z obcymi genami. - Rose miała zamknięte oczy i mówiła o wszystkim z takim przejęciem, jakby po raz kolejny to przeżywała. Poczuła się wręcz nieswojo, jak w transie. - Tamtego dnia naprawdę bałam się, że umrze.
- Ale nie umarł.
- Umarł na chwilę, a potem ciocia Martha go reanimowała i wszystko było dobrze.
- Czy to była tylko jej zasługa? A może zadziałał jeszcze inny czynnik? Co robiłaś dzień wcześniej?

Przemieszczanie się po mieście w godzinach szczytu nie było takie proste, więc Rose i Gwynedd dużą część drogi przeszli na piechotę. Od pewnego czasu dziewczyna bardzo niepokoiła się stanem zdrowia swego atara. Chciała w jakikolwiek sposób mu pomóc, nawet jeśli miał najlepszą opiekę lekarską na świecie.
- Gdzie my właściwie idziemy? Baza UNIT jest w przeciwnym kierunku - zdziwił się chłopak, gdy skręcili w nie tę przecznicę, co trzeba.
- W Cardiff jest jeden sklep, gdzie można kupić korzeń żeńszenia – wytłumaczyła Rose. - Podobno ma lecznicze właściwości. Mojemu atarowi przyda się teraz wszystko.
- Daj spokój, w każdej aptece kupisz herbatkę z tego czegoś.
- Potrzebny mi świeży.
- Chyba nie wierzysz w te cudowne właściwości? To bez sensu. Ciocia podaje mu specyfiki z tajnych magazynów Torchwood, nic tego nie przebije.
Na chwilę Rose się zatrzymała.
- Posłuchaj, już drugi miesiąc mój atar jest pod stałą obserwacją. Od tygodnia go cewnikują, bo nie może nawet wstać z łóżka. Jest z nim coraz gorzej, nie tylko pod względem fizycznym, ale też psychicznym. Nawet jeśli ten korzeń to pic na wodę, to może chociaż zadziała jak placebo. Nie pamiętasz, co powiedziała Królowa? Co, jeśli to się właśnie sprawdza? Muszę coś zrobić, cokolwiek.
Rose wyglądała na zrozpaczoną i Gwynedd doskonale ją rozumiał. Jednak nawet do tego należało podejść racjonalnie. Popatrzył na zegarek.
- Jest 17.35, a mamy jeszcze do napisania wypracowanie z historii – powiedział. - Przełóż to na jutro.
- Nie, zrobię to od razu.


- Jednak się uparłaś – skomentowała kobieta. - Ale co by było, gdybyś wtedy dokonała innego wyboru? Jak potoczyłoby się twoje życie? Jeszcze raz cofnij się myślami do tamtego dnia i podejmij inną decyzję. Udaj się prosto do bazy.
- Puść moje ręce! - zaprotestowała dziewczyna, której to całe wróżenie podobało się coraz mniej.
- Udaj się prosto do bazy!
Rose nie zdawała sobie sprawy, że zbliża się do niej wielki robal, i kiedy poczuła go na swoich plecach, wpadła w panikę.
- Co to jest? Co się dzieje?! Zostaw mnie w spokoju!
Powoli jednak traciła kontrolę nad własnym umysłem i swoimi czynami.
- Udaj się prosto do bazy i zmień świat!
I wtedy tamten dzień znowu stanął jej przed oczami.

- Jest 17.35, a mamy jeszcze do napisania wypracowanie z historii – powiedział Gwynedd. - Przełóż to na jutro.
- Chciałam to zrobić jak najszybciej.
- Przecież jeden dzień wte czy wewte cię nie zbawi. Obiecuję, że jutro pójdziemy do tego sklepu zaraz po szkole.
- Cóż... chyba masz rację.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i udali się prosto do bazy.


***

To był długi dzień i bynajmniej nie chylił się jeszcze ku końcowi. Młodych czekała jeszcze wizyta w oddziale szpitalnym UNIT i odrabianie zadań domowych. Zaoszczędzili trochę czasu, rezygnując z wycieczki do sklepu, choć Rose miała nadzieję, że spędzi go trochę więcej z ojcem.
Jak zwykle okazali swoje przepustki (musieli je pokazywać przy każdej wizycie, chociaż ludzie już ich znali). Jack obecnie pracował, więc nie miał kto dotrzymać Doktorowi towarzystwa, nawet Martha nie mogła poświęcać mu całego swojego czasu, bo wzywały ją też inne obowiązki. Rose sądziła, że jej obecność trochę pobudzi pacjenta, ale przywitał ją tylko lekkim uśmiechem. Wyglądał tak, jakby na nic więcej nie miał siły. Trudno mu się dziwić, co jakiś czas dręczyły go uciążliwe bóle i dostawał wiele lekarstw. Do tego dochodził element psychologiczny. Z trudem umiał wytrzymać, mieszkając w jednym miejscu, a co dopiero będąc przykutym do łóżka. Rose nawet nie zadawała standardowego pytania „jak się czujesz”, bo mijało się to z celem.
- Robiłeś dziś coś ciekawego? - spytała i usiadła, choć miała wrażenie, że zna odpowiedź.
Gdy Doktor czuł się trochę lepiej, pracował na laptopie nawet będąc w łóżku. To go utrzymywało przy zdrowych zmysłach i sprawiało, że czas mu szybciej płynął.
- Zjadłem dziś obiad o własnych siłach. To chyba sukces – powiedział głosem tak słabym, że ledwo dotarł do uszu nastolatków.
- Rose dostała dziś szóstkę z matematyki, ale to nic nowego – Gwynedd próbował jakoś nawiązać rozmowę.
- To już nie tak długo. Jak stąd wyjdziesz, udamy się w ciekawe miejsca. Co chciałbyś zobaczyć? - spytała dziewczyna.
- Pomyślimy – odparł Doktor wymijająco.
Większość wizyty minęła w milczeniu, bo nawet mówienie stanowiło dla Pana Czasu niemały wysiłek. Dla Rose oglądanie go w tym stanie było naprawdę trudne. Przywykła do tego, że zawsze rozpierała go energia i wychodził bez zadraśnięcia nawet z najgorszych tarapatów. Tym razem został powalony na łopatki przez zwykłą niezgodność genów.
Do pokoju weszła Martha, by zmienić mu kroplówkę i sprawdzić, jak się czuje.
- Twoja córka naprawdę o ciebie dba. Odwiedza cię codziennie – zauważyła z uśmiechem. - Może włączyć ci telewizję?
- Nie – odparł beznamiętnie Doktor.
Do jego wisielczego humoru lekarka zdążyła się przyzwyczaić. Oczywiście starała się, jak mogła, podnieść go na duchu, ale z dnia na dzień coraz trudniej było go pocieszyć.
- Musimy się już zbierać, ale jutro wrócę i przyniosę ci dobre lekarstwo. - Rose wstała i pocałowała ojca w policzek.
Doktor chwycił ją za nadgarstek, na tyle mocno, na ile mógł, dając jej do zrozumienia, by zaczekała. Z wielkim trudem i przy pomocy Marthy uniósł się na tyle, by otworzyć znajdującą się na łóżku szufladę. Wyjął z niej przedmiot, który Rose od razu rozpoznała.
- Klucz do TARDIS? - spytała zaskoczona. - Chcesz mi go dać?
Pan Czasu położył go na jej otwartej dłoni.
- A co ma się tu marnować?
Niestety dziewczyna bała się, że chodzi o coś więcej, że Doktor powoli zaczynał tracić nadzieję i brał pod uwagę najgorsze. Jednak nic nie powiedziała, pożegnała się raz jeszcze i już miała wychodzić z Gwyneddem, gdy nagle stanęła w miejscu i obejrzała się za siebie. Cały czas miała wrażenie, że wszyscy wpatrują się w jej plecy. A może pod wpływem stresu umysł zaczynał płatać jej figle? Westchnęła przeciągle i wyszła.
Martha została w sali. Miała wrażenie, że Doktor chce jej coś powiedzieć. Coś, czego nie chciał mówić przy młodych.
- Wiem, że jeszcze na to za wcześnie, ale chyba zacząłem krwawić – wydusił z siebie w końcu. - Czy mogłabyś...?
Lekarka przytaknęła i na szybko zbadała pacjenta po to tylko, by dojść do wniosku, że ma on rację. Rozwiązanie zbliżało się wielkimi krokami, przedwcześnie, ale spodziewała się tego. Na dniach Rose miała ujrzeć swego braciszka.


Jedynym, co obecnie czuł Jack Harkness, był strach. Wydawało się, że Doktor da radę, że wszystko jest w porządku. Wciąż miał sporo siły, bo trzymał dłoń partnera całkiem mocno, wciąż zachowywał pełnię przytomności, ale był tak przeraźliwie blady, że nie dało się zachować spokoju. Niby miał doskonałą opiekę medyczną, niby Martha trzymała rękę na pulsie (prawie dosłownie), ale Jack nie był naiwny, wiedział, że Doktor cały czas balansuje na granicy życia i śmierci. Był silniejszy niż jakikolwiek człowiek, ale teraz nawet to mogło nie wystarczyć.
Widok dziecka, które wydaje swoje pierwsze tchnienie, zawsze wzruszał, ale w tej chwili Doktor nie był w stanie wziąć go na ręce, jedynie zdobył się na uśmiech. Dla Jacka było za wcześnie, by się zachwycać. Oczywiście cieszył się z narodzin syna, ale wciąż za bardzo martwił się o partnera.
- Ostatnim razem nalegałem, byś się zdrzemnął, ale tym razem chcę, żebyś ze mną rozmawiał. – Harkness przysunął twarz do twarzy Doktora, nie wypuszczając z rąk jego dłoni.
Nie chciał go męczyć, po prostu zależało mu, by Pan Czasu nie tracił przytomności.
- Jedno serce bije – powiedziała Martha, obserwując monitory.
Choć było już po wszystkim, niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane. Lekarka szybko wstrzyknęła pacjentowi lek, sprawdzając, czy następuje poprawa.
- Pomyśl tylko, mamy syna... Nie masz nic przeciwko, żebyśmy nazwali go Grey, prawda? - Jack nie przestawał mówić.
Cieszył się, że Doktor wciąż reaguje na jego słowa. Tym razem nawet przytaknął. Wyglądało na to, że usilnie próbuje coś powiedzieć.
- Ona ma coś na plecach – wydyszał, zbijając Jacka z tropu, bo ten kompletnie nie miał pojęcia, o co chodzi.
Wydawało mu się, że Doktor po prostu majaczy, i dalej próbował nawiązać z nim kontakt.
- Znowu będziesz mógł podróżować. Cieszysz się?
Na ostatnie pytanie Pan Czasu nie odpowiedział, a jego oczy, jeszcze przed chwilą półotwarte, teraz były zamknięte. Jack nie przestawał do niego mówić, ale nie spotykał się już z żadną reakcją.
- Oba serce nie pracują – oznajmiła Martha i odsłoniła klatkę piersiową pacjenta. - Odsuń się!
Ponieważ Harkness na chwilę zamarł, asystentka musiała odciągnąć na bok. Lekarka chwyciła defibrylator i dała znać drugiemu medykowi, by uruchomił sprzęt. Poszedł jeden impuls i choć trwało to zaledwie sekundę, dla Jacka minęło więcej czasu niż wtedy, gdy był zakopany w ziemi pod Cardiff.
Drugi impuls również nie przyniósł rezultatów, ale Martha się nie poddawała. Próbowała wszystkiego, nawet ręcznej reanimacji. Pozostali lekarze znali jej uczucia wobec Doktora, więc jej nie powstrzymywali, gdy było już za późno, a kobieta nie przestawała. Dopiero kiedy była zbyt zmęczona, by kontynuować, dała za wygraną. Zsunęła maskę i oparła się o stół, nie mogąc powstrzymać łez. Właśnie zachowała się bardzo nieprofesjonalnie i starała się wziąć garść. Prawdziwy lekarz musiał umieć zaakceptować rzeczywistość, nieważne, jak bardzo bolała.
- Czas zgonu? - spytała.
- 18.03 – odparła asystentka.
Martha dała sobie jeszcze parę sekund na odpoczynek i próby utrzymania emocji na wodzy. Po pracy mogła płakać, ile wlezie, ale na razie zamierzała zachować zimną krew. Spojrzała na Jacka, ten już tak dobrze sobie nie radził. Zawsze był wrażliwym mężczyzną i nie wstydził się tego pokazać. Ukrył twarz w dłoniach, ale widać było jego zalane łzami oczy. Wszyscy w sali słyszeli jego szloch. W pewnym momencie usiadł w kącie i złapał się za głowę.
Pozostali lekarze zajęli się dzieckiem, a Martha usiadła przy Jacku i objęła go.
- Nie zregeneruje się, prawda? - spytał zrozpaczony mężczyzna.
- Nie, gdy oba serce stanęły, przykro mi.
- To się sprawdziło. To się naprawdę sprawdziło, to, co mówiła Królowa... Mój Boże, czułem, że tak będzie, dlaczego mnie wtedy nie posłuchał?
Przez pewien czas płakali razem, nikt nie śmiał się do nich zbliżyć czy choćby się odezwać.
- Rose czeka w gabinecie pułkownika. Mam jej powiedzieć? - spytała Martha.
- Nie, ja to powinienem zrobić.
W końcu Jack wstał. Otarł oczy i wziął się w garść. Córka nie mogła go takim zobaczyć, przynajmniej dla niej musiał być silny. Już tylko w nim miała oparcie.
Rose wstała gwałtownie, gdy jej ojciec znalazł się w drzwiach biura pułkownika. Nie padło żadne słowo, a twarz Jacka zdawała się beznamiętna. Skinął tylko na dziewczynę, by wyszła razem z nim. Po chwili oficer usłyszał zza zamkniętych drzwi tak potworny szloch, że dokładnie już wiedział, co się stało. Chwycił telefon.
- Ogłaszam dziś w bazie żałobę – powiedział do słuchawki.


Tym razem śmierć bliskiej osoby Rose przeżyła gorzej niż ostatnim razem, gdy Jack upozorował swój własny pogrzeb. Przez wiele dni nie chodziła do szkoły, płakała tak często, że wkrótce zabrakło jej łez, i całymi dniami siedziała bezczynnie w domu, czując, że życie wymyka jej się spod kontroli. Powtarzała, że jeśli Bóg istnieje, musi jej nienawidzić, bo po raz drugi odebrał jej ojca, a wliczając fikcyjną śmierć Jacka, nawet trzeci. Dobrze, że mogła liczyć na Gwynedda, który zawsze próbował ją pocieszyć.
- Na świecie jest wielu nastolatków, którzy stracili rodziców i jakoś sobie radzą. Nie jesteś przecież od nich gorsza – argumentował.
- Oni nie stracili ich wielokrotnie.
- A czy to robi różnicę, skoro rezultat jest taki sam? Wiem, że mi łatwo powiedzieć, ale jeśli się poddasz, będzie tylko gorzej.
- Po prostu... wiem, że tym razem nie będzie niespodzianki i nagłego powrotu... On odszedł na zawsze – wydukała, jakby szlochając, ale jej policzki były suche.
- Błagam, tylko się nie poddaj. Kiedy widzę cię taką, mnie również chce się płakać.
Gwynedd złapał koleżankę za ręce, dodając jej otuchy. Po chwili Rose sięgnęła po klucz do TARDIS, który nosiła na szyi. Obracała go w dłoniach i przyglądała mu się, jakby była to cząstka jej ojca.
- Myślisz, że on wiedział? - spytała, przypominając sobie dzień, w którym Doktor wręczył jej ten niecodzienny prezent.
Rozmowę przerwał powrót Jacka. Nie przyszedł sam, trzymał w ramionach niemowlę, które, z racji że było wcześniakiem, dopiero teraz mógł zabrać ze szpitala. Uśmiechał się, a w ostatnim czasie nie robił tego często. Podszedł do Rose i widząc aprobatę w jej oczach, wręczył jej dziecko. Trzymała brata w ramionach po raz pierwszy. Był maleńki, tuż po urodzeniu ważył niespełna dwa kilogramy, ale to nie odejmowało mu uroku. Jego oczy były błękitne niczym niebo i miał już włosy, zupełnie czarne.
Rose poczuła się trochę lepiej. Nie zamierzała odrzucić brata dlatego, że jego narodziny wiązały się ze śmiercią ojca. Bała się odpowiedzialności, bała się, że będzie musiała wcielić się w rolę matki, ale cieszyła się, że ma kogoś, kto jej potrzebuje.
- Pójdę już. Pamiętaj, że jestem na każde zawołanie, gdybyś mnie potrzebowała – pożegnał się Gwynedd.
Po paru minutach dziecko zaczęło robić się śpiące. Ziewnęło, a oczy zaczęły mu się kleić.
- Lepiej zanieś go do kołyski – szepnął Jack.
Dla Rose było to całkowicie nowe doświadczenie, ale zaczynało jej się podobać. Bardzo powoli poszła do sypialni. Starała się postępować ostrożnie, by nie budzić Graya. Na szczęście spał tak twardo, że bez problemu go położyła.
- Odwróć się – usłyszała nagle od swojego taty.
Ton jego głosu był tak poważny, że aż się przestraszyła. Zrobiła to, o co prosił, ale bardzo niepewnie. Poczuła, że badawczo dotyka jej pleców. Przełknęła ślinę.
- O co chodzi? - spytała wystraszona.
- Nie wiem, to dziwne... Nic tu nie ma – powiedział zaintrygowany.
- Oczywiście, że nic tam nie ma – oburzyła się Rose i zwróciła twarzą do ojca.
- Przepraszam, to chyba przez ten stres.
Jack potarł sobie skronie.

***

W pewnym momencie wydawało się, że życie znowu wróci na prostą. Mały Gray rósł jak na drożdżach i sprawiał, że codzienna egzystencja w domu Harknessów nabierała barw. Jack i Rose zaczynali oswajać się ze stratą bliskiej osoby i sądzili, że los nie okazał się tak okrutny, jak przypuszczali, ale prawdziwa tragedia miała dopiero nadejść.
Ziemia nie raz opierała się atakom Daleków, ale dopiero teraz ludzie musieli stawić najeźdźcom czoła bez pomocy Doktora. Nikt wcześniej nie próbował przewidywać, jak potoczyłaby się historia, gdyby Pan Czasu nie uczestniczył w jej tworzeniu. Teraz jego stratę odczuła cała Ziemia. Oczywiście wciąż był Jack Harkness i wielu innych walecznych ludzi, ale choć udało się odeprzeć atak wroga, straty okazały się kolosalne. Gwen oddała swe życie w walce, Jack utknął na statku wroga bez możliwości powrotu, zaś Ziemia pogrążyła się w największym kryzysie od czasów wieków ciemnych.
Liczne miasta zostały zniszczone, brakowało wszystkiego. Szerzyły się choroby i głód. Na świecie zapanowało drugie średniowiecze. Rose i Grayem zaopiekował się Rhys, który obecnie pracował na dwie zmiany, żeby wyżywić rodzinę. Nie narzekał, bo wielu mogło pozazdrościć jego losu. Kontakty w UNIT nie pozwalały na dostatnie życie, ale przynajmniej umożliwiały znalezienie pracy, o którą w obecnym świecie było bardzo ciężko. „Przynajmniej mamy dach nad głową i nie przymieramy głodem” - Rhys zawsze to powtarzał i miał sporo racji.
Jedna osoba nie była w stanie utrzymać rodziny, więc Rose i Gwynedd pracowali przy wydawaniu racji żywnościowych. O szkole nikt już nawet nie marzył. Jeśli chodzi o Graya, to dziewczyna stała się dla niego praktycznie matką. Na szczęście wciąż mogła liczyć na pomoc Marthy, a teraz bardzo jej potrzebowała.
- Wygląda na to, że to tylko przeziębienie – powiedziała lekarka, zbadawszy już prawie rocznego chłopca.
Rose poczuła ogromną ulgę. W obecnych czasach nietrudno było zarazić się czymś poważnym.
- On bardzo często choruje – westchnęła i pocałowała brata w czubek głowy.
- Obawiam się, że już zawsze będzie chorowity. Dzieci czerpią odporność z mleka matki, którego został pozbawiony, a on na dodatek jest wcześniakiem. Nawet fakt, że jest w połowie Panem Czasu, wiele tu nie pomoże, Musisz bardzo na niego uważać.
- Dzięki.
- Niestety będę się zbierać, czeka na mnie jeszcze wielu pacjentów.
Przynajmniej Martha nie musiała się martwić o brak pracy, na lekarzy zawsze było zapotrzebowanie. Rose odprowadziła ją do drzwi, a Gray pomachał lekarce, imitując ruchy siostry. Przynajmniej dla niego życie było beztroskie. Na razie.
Później dziewczyna nakarmiła brata i położyła spać. Wyglądał na takiego spokojnego, niczym się nie martwił. Był jedynym krewnym, jaki jej pozostał. Jeśli straciłaby jeszcze jego, nie wyobrażałby sobie dalszego życia. Bała się, że w tak zniszczonym świecie wszystko może się wydarzyć. Ledwo pogodziła się ze stratą rodziców, a co dopiero gdyby... Nie chciała nawet dopuszczać do siebie takiej myśli, ale mimowolnie to robiła. Gdy Gwynedd wrócił ze zmiany, zastał ją w sypialni. Bawiła się kluczem od TARDIS i miała czerwone oczy.
- Dlaczego płakałaś? Myślałem, że masz już ten okres za sobą? - usiadł koło niej. Teraz rozumiał ją doskonale, bo sam wiele się wycierpiał i stracił kogoś bliskiego.
- Gdyby żył, nie dopuściłby do tego wszystkiego – powiedziała i pociągnęła nosem.
- Ale nie żyje, więc nie ma sensu tego rozważać. Skupmy się na przyszłości, a nie przeszłości.
- Dlaczego? Mam TARDIS, mogę zmienić przeszłość. Mogę go przywrócić do życia. - Uniosła klucz, tak że Gwynedd miał go prosto przed oczami.
- Jak chcesz to zrobić? Cofniesz się w czasie i wręczysz tacie paczkę prezerwatyw? A może kopniesz go mocno w genitalia? - zadrwił chłopak, gdyż nie podobało mu się to, co Rose sugerowała.
- Mogłabym go ostrzec.
- I co? Zamierzasz zamienić jego życie na życie brata? Uważasz, że to sprawiedliwa zamiana?
- Ocaliłabym wielu ludzi.
- Doktor mógł wiele razy po prostu cofnąć się w czasie i próbować nie dopuścić do tragedii, która się miała wydarzyć, ale tego nie robił. Dlaczego? Bo wiedział, że tak się nie da. Że nawet podróż przez czas rządzi się swoimi prawami i nie można bawić się w Boga. Wciąż możemy ocalić ten świat, ale musimy to zacząć robić tu i teraz. To długi proces, wielu zginęło i nie powróci, wielu zginie, ale dzięki nam następne pokolenia mogą mieć lepiej.
- Czemu mam tak cierpieć dla przyszłych pokoleń? To nie mój świat! Nigdy nie był! - zdenerwowała się Rose, tym samym bulwersując Gwynedda, który nie spodziewał się po niej takich słów.
- Więc czemu nie weźmiesz Graya i nie uciekniecie stąd w TARDIS? Przecież nic cię tu nie trzyma! - Chłopak również podniósł głos, nie kryjąc złości.
Rose zareagowała jeszcze bardziej agresywnie.
- A wiesz, może tak zrobię?! Nigdy nie chciałam mieć nic wspólnego z waszą nędzną rasą! - krzyknęła i wstała.
Tym razem Gwynedd był w prawdziwym szoku.
- Twój atar nigdy by czegoś takiego nie powiedział – rzekł z bólem
- Nie jestem nim! Nigdy nie będę! Nie mam takiej mocy!!!
Po ostatnim wybuchu emocji nastąpiła cisza. Rose zwiesiła głowę. Zdała sobie sprawę, że przesadziła. Zrobiło jej się naprawdę wstyd.
- Przepraszam... - szepnęła. - Nie zamierzam uciekać.
- Wiem – uśmiechnął się Gwynedd i podszedł do niej. - Nie możemy pozwolić, by te ciężkie czasy nas skłóciły.
Rose przytaknęła.


Trudno było pogodzić pracę z wychowaniem dziecka. Rose zazwyczaj po prostu przyprowadzała Graya ze sobą. Mały albo bawił się pod okiem różnych pracowników, albo sadzała go sobie na kolanach i wydawała racje. Często słyszała złośliwe uwagi pod swoim adresem i z reguły je ignorowała. Zdarzało się jednak, że traciła nad sobą kontrolę.
- Tylko pół bochenka? Jak mam tym wyżywić rodzinę? - spytała kobieta, którą właśnie obsługiwała.
- Dajemy to, co mamy – wyjaśniła krótko i beznamiętnie.
- Już widzę, jak dajecie. Zrobi sobie taka dzieciaka i myśli, że wszystko jej się należy.
- To mój brat, głupia krowo! Jak ci się coś nie podoba, to tu nie przychodź! - krzyknęła dziewczyna. - Jednak ludzie są bardziej prymitywni, niż sądziłam!
Szef usłyszał kłótnię i natychmiast przybiegł.
- Opanuj się, Rose. Nam wszystkim jest ciężko, ale to nie znaczy, że mamy się dla siebie stać opryskliwi.
Dziewczyna tylko wstała obrażona i odeszła z Grayem na rękach. Gdy trochę ochłonęła, szef wziął ją na stronę, by porozmawiać. Rose nie miała ochoty dyskutować o czymkolwiek.
- Nie możesz tak się odnosić do ludzi. To, że są zdesperowani, nie daje ci takiego prawa – wyjaśnił mężczyzna. - Nie podoba mi się też, że przychodzisz tu z dzieckiem, to obniża twoją wydajność.
- Umiem pogodzić jedno z drugim.
- Słuchaj, wiele osób chciałoby mieć twoją pracę. Zostawiaj dzieciaka w domu albo będę musiał cię zwolnić.
- I kto niby miałby się nim zająć?
- To nie mój problem. Albo praca, albo dzieciak.
Rose już miała odpowiedzieć coś niemiłego, ale zaskoczył ją wyraz przerażenia na twarzy szefa. Patrzył się na coś, co znajdowało się za nią, ale gdy się odwróciła, niczego tam nie zauważyła.
- Co ty masz na plecach? - wymamrotał i odszedł szybkim krokiem, wprawiając Rose w niemałe zaskoczenie.


- Bardziej by ci się opłaciło wynająć opiekunkę, niż rezygnować z tak dobrej pracy. Wiele dziewczyn zajęłoby się twoim bratem nawet za kromkę chleba dziennie.
Gwynedd poznał już decyzję Rose i jej nie pochwalał. Ostatnio poczynania koleżanki bardzo go dziwiły. Było w nich coraz mniej racjonalnego myślenia i logiki.
- Mam swoje powody.
Wyglądało na to, że dziewczyna jeszcze do reszty nie zwariowała, bo zabrzmiała bardzo tajemniczo, jakby układała jakiś misterny plan, a rezygnacja z pracy była jego częścią.
- Nie dziwi cię, że ludzie ciągle patrzą na moje plecy? Jakby coś tam było? Coś przerażającego? Ty też to robisz, może nieumyślnie, ale patrzysz tak samo jak oni – wyjaśniła, zmieniając Grayowi pieluchę. Potem ubrała go i umieściła w kojcu. Uśmiechnął się do niej tak słodko, że prawie się popłakała, bo od razu przypomniał jej się ojciec.
- Nie wiem... Po prostu czasem mam wrażenie, że coś tam jest. Trudno mi to wyjaśnić – odparł Gwynedd.
- Spróbuj. To może być bardzo ważne.
- Jakby to powiedzieć... To tak, jak czasem zauważysz coś kątem oka, a potem się okazuje, że tego nie ma.
Nawet tak lakoniczna odpowiedź usatysfakcjonowała Rose. Znaczyła, że jej teoria się potwierdza.
- To zaczęło się dziać mniej więcej wtedy, gdy umarł atar. Nie wierzę, żeby jedno z drugim nie było powiązane. Wszechświat jest pełen dziwactw, a to, że czegoś nie widać, nie znaczy, że tego nie ma.
Ponieważ Gwynedd intelektualnie nie dorastał Rose do pięt, niewiele zrozumiał z jej wywodu.
- Muszę się dowiedzieć, o co chodzi. Rozpracować to – kontynuowała dziewczyna. - A w tym pomoże mi to. – Pokazała klucz do TARDIS. - Powinnam była już to dawno zrobić.
- Chyba nigdzie się nie wybierasz?
- Nie, ale w najbliższym czasie będę zajęta. Znajdź mi opiekunkę do dziecka.


Plany Rose nie przypadły do gustu Rhysowi, który rozumował w bardziej praktyczny sposób, ale Gwynedd starał się go przekonać do racji koleżanki. Zresztą i tak nic nie było w stanie jej powstrzymać. Przesiadywała w TARDIS dniami i nocami, pracując nad swym tajnym projektem. Mogło to być równie dobrze stratą czasu, jak i szansą na ocalenie ludzkości. Gwynedd mocno wierzył, że tym drugim. Do tej pory Rose go jeszcze nie zawiodła, nawet gdy traciła nad sobą kontrolę, potrafiła się potem pozbierać. Jej działania nigdy nie były pozbawione celu, jeśli coś budowała, musiała istnieć szansa, że wszystko wróci do normy.
W końcu Gwynedd został zaproszony do wnętrza TARDIS. Wokół konsoli zostało rozmieszczonych kilka luster, między nimi ciągnęło się mnóstwo kabli. Rose wyglądała na usatysfakcjonowaną, ale nie zdążyła jeszcze przetestować maszynerii.
- Nie będę ci tłumaczyć, jak to działa, bo i tak byś nie zrozumiał. Chodzi o to, że dzięki temu urządzeniu będziemy mogli zobaczyć to, co niewidoczne dla oka – odpowiedziała na pytające spojrzenie kolegi, nie sądząc, że zabrzmi trochę bezczelnie. Na szczęście Gwynedd się nie obraził. - Choć przyznaję, nie wiem, czy jestem gotowa ujrzeć, co tam jest.
Pchnęła dźwignię, uruchamiając maszynę. Zamknęła oczy, jakby wciąż bojąc się prawdy. I tak zamierzała je otworzyć, ale chciała chociaż najpierw poznać reakcję przyjaciela.
- Chyba nie powinnaś tego oglądać... - wymamrotał chłopak.
Nie to chciała usłyszeć Rose, ale nie miała wyboru. Musiała spojrzeć. Bardzo powoli otworzyła oczy, starając się powstrzymać odruch wymiotny, gdy w lustrach ujrzała gigantycznego insekta na swych plecach. Na chwilę nawet zabrakło jej powietrza, była przerażona, ale szybko wzięła się w garść i opanowała łomot serc.
- Może lepiej to wyłącz – zasugerował Gwynedd.
- Nie, muszę się temu dokładnie przyjrzeć. To może być klucz, by wszystko odwrócić.
- Co to jest?
- Nie wiem, ale zamierzam się dowiedzieć.
Urządzenie zostało wyłączone. Teraz Rose potrzebowała tylko więcej czasu. Czuła, że rozwiązanie jest blisko.


Kolejne dni córka Doktora spędziła na przeglądaniu bazy danych TARDIS. Była pewna, że jej atar wpadłby na rozwiązanie bez ich pomocy, ale sama nie potrafiła, spędziła z nim zbyt mało czasu, by się wszystkiego nauczyć. Czuła się w porównaniu z nim tak bezradna, tak nieznacząca i słaba, że czasem miała ochotę wszystko rzucić. Jednak nie miała już nic do stracenia, mogła chociaż próbować.
Ponieważ prawie nie opuszczała statku, Gwynedd w końcu zaczął się o nią martwić i przyszedł do niej z obiadem. Rose zdawała się być bliska rozwiązania, bo wyglądała na równie podekscytowaną, co przy zbudowaniu maszyny z lustrami. Na posiłek nawet nie spojrzała.
- Wiem już, czym jest ten robal. To istota żywiąca się czasem. Zmienia bieg wydarzeń w nieznaczny sposób i żeruje na tym wszystkim, co miało zaistnieć, a nie zaistniało – wyjaśniła.
- Tym razem to chyba nie była nieznaczna zmiana – zauważył Gwynedd.
- To prawda, jedno małe wydarzenie całkowicie odmieniło świat. Mówi się na to efekt motyla.
- Można to odwrócić?
- Gdybyśmy konkretnie wiedzieli, co spowodowało zmianę...
- No jak to co? Śmierć twojego atara.
Dla Gwynedda wszystko zdawało się proste, ale Rose wiedziała, że nie pójdzie tak łatwo, dlatego już się nie uśmiechała.
- Chodzi o powód jego śmierci. Wiem, niezgodność genów, ale gdyby rzeczywiście zadecydowała tu ciąża, wszystko zaczęłoby się znacznie wcześniej, a jednak wszyscy zaczęli gapić się na moje plecy mniej więcej w tym samym czasie, co urodził się Gray. Musiało się coś wtedy wydarzyć, to mógł być drobiazg, coś z pozoru tak nieistotnego, że nawet tego nie pamiętamy, ale zadecydowało o losach nas wszystkich.
- Ale skąd mamy wiedzieć, co to było?
Niby Gwynedd miał rację, ale Rose zdążył przyjść do głowy pomysł. Co raz bardziej zaczynała wierzyć w powodzenie swego planu.
- Jest pewien sposób, ale musisz mi bardzo zaufać. Dokonam połączenia umysłów. Ty będziesz mógł zajrzeć w moje wspomnienia, a ja w twoje. Nie martw się, skupimy się tylko na tym konkretnym wycinku, nie poznam twoich tajemnic – uspokoiła.
- Wcale się nie boję.
Mając przyzwolenie, Rose przystąpiła do zlania jaźni. Przyłożyła swoje czoło do czoła kolegi i sprawiła, że na moment powstał pomost pomiędzy ich umysłami. Najpierw powróciła myślami do dnia śmierci Doktora. Nie zdołała wtedy się z nim spotkać. Pierwszą połowę dnia spędziła w szkole, potem wróciła do domu i dostała telefon od ojca. Obleciał ją strach, gdy dowiedziała się, że jej atar zaczął rodzić. Chciała przy nim być, ale Jack nie wyraził zgody, udała się więc do UNIT na własną rękę i przeczekała w biurze pułkownika. Potem przyszedł jej ojciec. Reszty nie chciała już sobie przypominać. Cofnęła się o jeden dzień dalej. Zaczął się podobnie, szkoła, rutyna, nic szczególnego. Po południu wraz z Gwyneddem zdecydowała się złożyć Doktorowi wizytę, miała jednak w planach coś jeszcze, coś, z czego po namyśle zrezygnowała.
- To musi być to! - Rose nagle zerwała połączenie. - Chciałam mu kupić lekarstwo i podać tego samego dnia, ale w ostatniej chwili mnie od tego odwiodłeś.
Gwynedd zrobił się blady jak prześcieradło.
- Chcesz powiedzieć, że to przez mnie umarł? - rzekł zszokowany.
- Oczywiście że nie, głuptasie. Nie mogłeś wiedzieć, co się stanie, zresztą to ja podjęłam ostateczną decyzję.
- Jak chcesz to odwrócić?
- Muszę cofnąć się w czasie i powstrzymać samą siebie przed złym wyborem. Brzmi prosto – odparła Rose w zamyśleniu. - Stworzyłam rzeczywistość, która nigdy nie powinna istnieć. Gdy sprawię, że dokonam właściwego wyboru, wszystko wróci do normy.
Determinacja w oczach dziewczyny świadczyła o jednym: nie zamierzała tracić ani chwili. Podeszła do konsoli i zaczęła wprowadzać współrzędne. Zajmowało jej to znacznie więcej czasu niż Doktorowi, ale wiedziała, co robi. Znała konkretną godzinę, w którą miała się przenieść, bo zajrzała w umysł kolegi, który w tym decydującym momencie patrzył na zegarek.
- Czy ty w ogóle umiesz to pilotować? - spytał Gwynedd, zaczynając się martwić o koleżankę.
- Pewnie, spróbowałam raz czy dwa.
Odpowiedź została pozostawiona bez komentarza.
- Na pewno nie potrzebujesz wsparcia?
- Niestety, muszę to zrobić sama.
Dziewczyna była z grubsza gotowa. Stanęła naprzeciw przyjaciela i spoważniała, jakby chciała się pożegnać na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.
- Do zobaczenia w lepszym, mam nadzieję, świecie.
Wszystko miało wrócić do normy, a jednak patrzyli się na siebie w taki sposób, jakby mogli już nigdy się nie zobaczyć. Gwynedd nic nie powiedział. Po prostu ujął w dłonie twarz Rose i pocałował koleżankę w usta, dość namiętnie. Pani Czasu potrzebowała chwili by się zreflektować.
- Szkoda, że nie będziemy tego pamiętać – powiedział i odszedł, zostawiając Rose samą w TARDIS.
Dziewczyna westchnęła i wróciła do konsoli. Nie było sensu zwlekać, los świata leżał w jej rękach. Dawno nie pilotowała wehikułu, ale szybko powtórzyła sobie wszystkie kroki i wzięła się do pracy. Znowu działała bardzo powoli, żeby się nie pomylić, ale wkrótce usłyszała znajomy dźwięk i statek ruszył.
Nie spodziewała się gładkiego lądowania. Poczuła tak silne szarpnięcie, że aż ją odrzuciło na dwa metry i wylądowała na podłodze. Najważniejsze jednak, że wciąż wszystko działało. Był jeden sposób, by się przekonać, czy się się jej udało. Powoli otworzyła drzwi i wyszła prosto na ruchliwą ulicę. Gdy ujrzała swe miasto, nienaruszone i tętniące życiem, zachciało jej się krzyczeć i skakać z radości, ale nie było na to czasu. Spojrzała na znajdujący się nieopodal zegar. Czas się zgadzał, specjalnie dała sobie dwie minuty zapasu, data również, ale miejsce już nie do końca. Znalazła się o kilka przecznic za daleko.
Nie było czasu na rozmyślania, zaczęła biec. Nie obchodziło jej czy przy okazji kogoś stratuje, nie przejmowała się nawet, gdy na kogoś wpadała. Musiała pędzić naprzód, pędzić tak szybko, jak się dało, bo od tego zależały losy wielu ludzi. Nie zwracała uwagi na trąbiące samochody, gdy pokonywała skrzyżowania na czerwonym świetle, a wszelkie małe przeszkody po prostu przeskakiwała. Nie zatrzymywała się, by złapać tchu, nie oglądała się za siebie, po prostu biegła.
Zostało jej tak niewiele, już widziała siebie sprzed roku i Gwynedda po drugiej stronie ulicy, jak rozmawiają. Już byli w jej zasięgu, już nie było powodu do zmartwień, bo tak niewiele brakowało. Już wbiegła na ulicę i wtedy wyjechała ciężarówka. Nie zdążyła zahamować.


- Jest 17.35, a mamy jeszcze do napisania wypracowanie z historii – powiedział Gwynedd. - Przełóż to na jutro.
- Chciałam to zrobić jak najszybciej.
- Przecież jeden dzień wte czy wewte cię nie zbawi. Obiecuję, że jutro pójdziemy do tego sklepu zaraz po szkole.
Rose już chciała przyznać koledze rację, ale wtem usłyszała dźwięk klaksonu i pisk opon. Zaalarmowana spojrzała na pobliskie skrzyżowanie. Na środku zatrzymała się ciężarówka, a dookoła zbierało się coraz więcej osób. Łatwo było się domyślić, że miał miejsce wypadek. Para nastolatków również poszła zorientować się w sytuacji. Podeszli do miejsca tragedii i wtedy czekał ich szok. Gwynedda praktycznie sparaliżowało, ani się nie odzywał, ani nie ruszał z miejsca. Rose natomiast tylko przez chwilę wyglądała na przerażoną. Zaczynało do niej docierać, czemu ma przed sobą samą siebie. Zbliżyła się do niej bardzo powoli, widziała, że jej przyszła wersja jeszcze oddycha i ma otwarte oczy. Usiadła przy niej, obserwując ją badawczo.
- Kup dzisiaj... - wydusiła jeszcze z siebie dziewczyna, po czym wydała swe ostatnie tchnienie.
Rose momentalnie wszystko zrozumiała. Osobie podróżującej w czasie nietrudno było się domyślić, że małe decyzje mogą zaważyć na losach ludzkości. Podniosła się więc i z powrotem stanęła u boku przyjaciela. Miała śmiertelnie poważną minę.
- Pójdziemy do tego sklepu. W tej chwili – postanowiła.


- Jedno serce bije – powiedziała Martha, obserwując monitory.
Choć było już po wszystkim, niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane. Lekarka szybko wstrzyknęła pacjentowi lek, sprawdzając, czy następuje poprawa.
- Pomyśl tylko, mamy syna... Nie masz nic przeciwko, żebyśmy nazwali go Grey, prawda? - Jack nie przestawał mówić.
Cieszył się, że Doktor wciąż reaguje na jego słowa. Tym razem nawet przytaknął.
- Znowu będziesz mógł podróżować. Cieszysz się?
Na ostatnie pytanie Pan Czasu nie odpowiedział, a jego oczy, jeszcze przed chwilą półotwarte, teraz były zamknięte. Jack nie przestawał do niego mówić, ale nie spotykał się już z żadną reakcją.
- Oba serce nie pracują – oznajmiła Martha i odsłoniła klatkę piersiową pacjenta. - Odsuń się!
Ponieważ Harkness na chwilę zamarł, asystentka musiała odciągnąć na bok. Lekarka chwyciła defibrylator i dała znać drugiemu medykowi, by uruchomił sprzęt. Poszedł jeden impuls i choć trwało to zaledwie sekundę, dla Jacka minęło więcej czasu niż wtedy, gdy był zakopany w ziemi pod Cardiff.
Martha odczekała sekundę, aż urządzenie się naładuje, i spróbowała po raz kolejny. Tym razem uzyskała słaby sygnał. Na razie co prawda pojedynczy, ale wszystko było na dobrej drodze. Najważniejsze, że Doktor żył.
- Jego stan się stabilizuje – powiedziała z niesamowitym poczuciem ulgi.
Jack również miał wrażenie, że z serca spadł mu kamień wielkości arbuza. Wziął głęboki wdech i uśmiechnął się. Z trudem powstrzymał się przed chęcią wyściskania Marthy. Na to miał jeszcze czas. Spojrzał na Doktora. Wciąż był blady jak prześcieradło, ale oddychał, i to było najważniejsze. Po tak ciężkim dniu Jack zamierzał świętować przez miesiąc.
Udał się przekazać dobre wieści córce. Gdy wszedł do gabinetu, Rose wstała gwałtownie. Nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął, i jej to wystarczyło. Pobiegła do niego zadowolona.
- Mogę go zobaczyć? Proszę, tak bardzo chcę się z nim zobaczyć – błagała.
- No nie wiem, na razie śpi – Jack nie chciał użyć słowa „nieprzytomny”, bo bał się, że to wystraszy Rose. Po co miała się niepotrzebnie martwić? - Może później.
- Tylko na chwilę. Przecież to w niczym nie przeszkadza.
Prosiła tak ładnie, że Harkness w końcu jej uległ. Nie był pewien, czy dobrze postępuje. Doktor ledwo został wyrwany ze szponów śmierci i wciąż wyglądał dość mizernie. Widok bliskiej osoby w takim stanie potrafił zmartwić, nawet jeśli rokowania były dobre. Jednak Jack bardzo się zdziwił, bo gdy weszli do sali, Pan Czasu był już przytomny. Co prawda wciąż przykuty do łóżka i podpięty do przeróżnych sprzętów, ale uśmiechał się. Gdy Rose na niego spojrzała, uniósł kciuk, dając do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. Dziewczyna podbiegła do niego i wyściskała go ze wszystkich sił.
- Uważaj, wciąż jest bardzo słaby – ostrzegł ją Jack.
- Nie musi – odpowiedział z uśmiechem Doktor.
- Miałeś rację, Królowa się pomyliła – rzekła uradowana Rose.
- Nie do końca – wyjaśnił Pan Czasu, choć mówienie bardzo go męczyło. - Moje serca stanęły, więc na chwilę umarłem. Właśnie to wam chciałem uświadomić. Gdy widzi się tylko wycinek czyjejś przyszłości, trudno jest ją w pełni zinterpretować.
- Teraz to już nieistotne – podsumował Jack z uśmiechem.


***
Pomost między przeszłością a teraźniejszością został zerwany. Rose wstała gwałtownie, zrzucając z pleców robala, a kobieta aż odskoczyła ze strachem, nie spodziewając się takiej reakcji.
- Kim ty jesteś? - wymamrotała.
Twarz Pani Czasu stężała, przybierając groźny wyraz. Rose nie musiała nic mówić, jedno jej spojrzenie potrafiło przegonić najbardziej zdeterminowanego wroga. To nie był wzrok nastolatki, to był wzrok osoby, która nie zawahałaby się przed niczym. Wzrok poważny i groźny, wręcz mrożący krew w żyłach. Nic dziwnego, że po paru sekundach kobieta uciekła z krzykiem.
Do pomieszczenia wszedł Doktor z beztroskim wyrazem twarzy. Rose od razu rzuciła mu się na szyję, nieźle go tym zaskakując.
- Co się stało? Ostatni raz mnie ściskałaś tak mocno, gdy urodził się Gray.
Wtem Pan Czasu zauważył martwego robala leżącego na podłodze i od razu wszystko stało się dla niego jasne. Rozpoznał ten gatunek.
- To było straszne, jak jakiś koszmarny sen – wyjaśniła Rose. - W tym niby-śnie umarłeś w połogu, bo nie dałam ci dzień wcześniej lekarstwa. Działo się tyle okropnych rzeczy, że w końcu musiałam się cofnąć w czasie, by wszystko naprawić – opowiedziała w telegraficznym skrócie, nie wypuszczając ojca z uścisku.
- Te wspomnienia wkrótce ulegną zatarciu. Ta rzeczywistość już nie istnieje - uspokoił ją.
W końcu Rose puściła Doktora, czując, że powoli wraca do siebie. Rzeczywiście zaczynała zapominać koszmar, którego doświadczyła.
- Wracajmy. Kupimy Grayowi prezent w zwykłym sklepie – zasugerowała.
Doktor przytaknął, uśmiechając się ze zrozumieniem. Po tak intensywnym dniu należał im się odpoczynek.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,258,465 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.