Grudzień 12 2018 23:56:33
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Echa Gallifrey - Wujek John
- Jak się czujesz? - Martha zadawała to pytanie za każdym razem, gdy odwiedzała Doktora. Taki był jej lekarski obowiązek.
Gray urodził się zaledwie dwa dni temu, co Pan Czasu niemalże przypłacił życiem, ale już było widać znaczną poprawę w stanie jego zdrowia.
- Jak się czuję? Jak zwycięzca. Chcę jeszcze dziś wrócić do domu – powiedział Doktor, dając do zrozumienia, że jest bardzo szczęśliwy.
Martha usiadła przy nim na łóżku, zadowolona, że jej przyjaciel ma się coraz lepiej.
- Nie mogę cię dzisiaj wypisać. Poleżysz tu jeszcze pięć dni – wyjaśniła.
Nie sądziła, że jej stwierdzenie aż tak zepsuje Doktorowi humor.
- Pięć dni?! To jakiś żart?! Nawet ludzie wychodzą wcześniej – rzekł z niedowierzaniem.
- Wiem, że ostatnim razem doszedłeś do siebie niezwykle szybko, ale to dlatego, że byłeś w szczytowej formie. Tym razem prawie umarłeś. Twój organizm jest wycieńczony. Będzie się regenerował znacznie wolniej. Daj mu odpocząć.
- Mogę mu dać odpocząć w domu.
Martha jednak nie ustępowała.
- To tylko pięć dni. Wytrzymasz. Niewiele brakowało, a byśmy cię stracili. Wolę dmuchać na zimne.
Trochę nietaktownie było się kłócić z osobą, która uratowała mu życie. Doktor dał za wygraną. Z reguły Martha wiedziała, co robi, więc jak zwykle jej zaufał. Problem leżał w tym, że zaczynała doskwierać mu niesamowita nuda. Jack i Rose mieli własne obowiązki, przez co nie mogli non stop z nim przesiadywać. Gdy leżał w ciężkim stanie, było inaczej, nie miał nawet siły niczym się zająć. Teraz, kiedy czuł się znacznie lepiej i przepełniała go radość, bezczynność doprowadzała go do szału. Jego ciało wciąż było bardzo osłabione, ale pod względem mentalnym rozpierała go energia.
Próbował oglądać telewizję, ale ten rodzaj rozrywki bardzo szybko mu się przejadł. Próbował spać, ale poprzedniego dnia wyspał się za wszystkie czasy i teraz nie był w stanie zmrużyć oka. Marzył tylko o tym, by opuścić łóżko, z którym od miesiąca się praktycznie nie rozstawał. Właściwie mógł spróbować rozruszać trochę kończyny. W końcu był Panem Czasu, miał wystarczająco siły.
Usiadł i zsunął z siebie kołdrę. Powoli i delikatnie zbliżył się na skraj łóżka. Nie sądził, że poczucie zimnej posadzki pod stopami może być takie przyjemne. Stęsknił się za tym tak bardzo, że gdy stanął o własnych siłach, ogarnęła go euforia. Nie na długo jednak.
- O rany! - przeraził się, gdy zobaczył się w lustrze. Miał przekrwione oczy i nieumyte, rozczochrane włosy.
Jednak kwestia wyglądu mogła poczekać. Najpierw musiał rozprostować kości. Nie było tak źle. Co prawda miał nogi jak z waty, czuł się bardzo osłabiony, ale dał radę chodzić. Chwycił wiszący na wieszaku szlafrok, ubrał go i powolnym krokiem podszedł do drzwi. Nie zamierzał się forsować, potrzebował jedynie czyjegoś towarzystwa. Pociągnął więc za klamkę.


Przed złożeniem Doktorowi wizyty Jack uciął sobie krótką rozmowę z Marthą. Ucieszył się na wieść, że jego partner ma się dobrze. I zaraz potem zmartwił, gdy zauważył, że nie ma go w łóżku.
- Zabiję – mruknęła pod nosem lekarka.
- Słucham?
- A nic.
Na szczęście długo szukać nie musieli. Doktor siedział w kafejce, klika kroków od swojej sali, i grał w karty z dwoma kontuzjowanymi żołnierzami. Już dawno tak nie tryskał energią, ale Martha wcale nie wyglądała na zadowoloną.
- Miałeś leżeć w łóżku – rzekła z wyrzutem, podchodząc do niego.
- Chciałem się tylko trochę rozerwać. Naprawdę czuję się dobrze – wytłumaczył.
- Wydaje ci się, że czujesz się dobrze, bo podałam ci środki przeciwbólowe.
Jack postanowił się wtrącić. Podszedł do partnera i położył mu dłonie na ramionach.
- Chodźmy, lepiej posłuchać Marthy – szepnął mu na ucho i pomógł wstać.
Doktor nie za bardzo miał ochotę wracać do łóżka, ale nie chciał urządzać sceny, więc się podniósł. Wtedy Jack z niepokojem zauważył, że na krześle została spora plama krwi.


Martha sprawdziła kroplówkę, upewniając się, że wszystko jest w porządku. Doktor znowu leżał w łóżku, mając wyjątkowo ponury wyraz twarzy. Wiedział, że nie stało się nic strasznego, ale ten jeden mały wypadek skutecznie zepsuł mu samopoczucie.
- Mogło dojść do poważnego krwotoku. - Lekarka bynajmniej go nie pocieszyła. - Teraz już rozumiesz moją ostrożność.
- Przeceniłem swoje możliwości – westchnął Doktor z poczuciem wstydu i winy. - Przepraszam.
- Nie musisz przepraszać – uśmiechnęła się Martha, dając do zrozumienia, że nie ma pretensji. - Po prostu uważaj na siebie.
Pan Czasu dalej wyglądał na ledwo żywego. Fizycznie nie czuł się gorzej, ale jego psychika była już odrębną kwestią. Uświadomił sobie, jak wiele mu brakuje do odzyskania formy. Stał się kruchą istotą niczym człowiek, i trudno było mu się z tym pogodzić. Wiedział, że z czasem to minie, że znowu będzie dokonywał rzeczy niemożliwych, ale na razie musiał dać sobie na wstrzymanie.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Mamy nowy sprzęt medyczny i będziesz mógł zabrać Graya do domu już za dwa tygodnie – pocieszyła go Martha.
Gdy wyszła, Jack usiadł przy nim, uśmiechnął się i czule pogłaskał go po głowie.
- W przyszłym miesiącu znowu będziemy latać po wszechświecie – zapewnił.


W nocy Doktora dręczyły koszmary. Śniło mu się, że jego rodzina jest w niebezpieczeństwie, a on nie ma wystarczająco siły, by ją chronić. Obudził się zlany potem, i choć spadł mu kamień z serca, przytłoczyło go uczucie samotności. Noce w tej ponurej, szpitalnej sali stawały się coraz gorsze. Marzył o domu, własnym łóżku i Jacku, a przede wszystkim o odzyskaniu dawnej formy, bo bardzo nie lubił, gdy pomagano mu prawie we wszystkim. Chciał wreszcie wziąć porządny prysznic, doprowadzić włosy do porządku i ubrać ukochane trampki. Miał nadzieję, że odzyska smukłą sylwetkę równie szybko, co po urodzeniu Rose, bo stęsknił się za ulubionym garniturem.
Ostatnie dni dłużyły się niemiłosiernie, ale gdy Martha w końcu go wypisała, czuł radość równie wielką jak wtedy, gdy Jack wyciągnął go z więzienia. Opuścił UNIT z szerokim uśmiechem, który nie znikał z jego twarzy przez resztę dnia. Doktor nie omieszkał też odwiedzić TARDIS. Witał się z nią jak ze starą koleżanką. Podróże musiały jeszcze poczekać, ale z tym był w stanie się pogodzić. Po dwóch tygodniach w domu zawitał też mały Gray. Rose była nim zafascynowana. Obserwowanie, jak atar go kołysze, pochłonęło ją znacznie bardziej niż komputer czy książki.
- To pewnie Gwyn – powiedziała, gdy usłyszała dzwonek do drzwi.
Jej kolega zapowiedział się tego dnia. Przyszedł, dzierżąc w dłoni różowego, puchatego króliczka. Widząc to, Rose wybuchnęła śmiechem. Gwynedd zawsze chciał mieć młodszego brata, więc postanowił tak właśnie traktować Graya. Pierwszym, co zrobił po przywitaniu się z Doktorem, było pomachanie maskotką dziecku przed oczami, przy akompaniamencie głośnego „kuci kuci”. Po paru sekundach noworodek się popłakał.
- I coś ty zrobił? Przestraszyłeś go, głupku – rzekła Rose z wyrzutem, a Gwynedd spojrzał na królika zafrasowany, jakby zastanawiając się, czy nie wybrał przypadkiem złej maskotki.
Zachowanie młodych tylko rozbawiło Doktora. Nie zmartwił go zbytnio płacz syna, po prostu pokołysał go chwilę i dziecko wkrótce się uspokoiło.
- To wciąż mnie bardzo zaskakuje. Od zawsze Panowie Czasu byli obojnakami? - palnął chłopak.
- Ej, no wiesz? - oburzyła się Rose. - Żeby od razu o takie rzeczy pytać?
- Kiedy to bardzo dobre pytanie – uśmiechnął się Doktor. - Nie zawsze tacy byliśmy. Dawno temu, podczas wojny, została użyta broń biologiczna, która przyczyniła się do śmierci wszystkich kobiet. Jedynym sposobem na przetrwanie była modyfikacja genetyczna mężczyzn. Od tamtej pory już się tacy rodzimy.
- I którędy dziecko wychodzi?
- Przestań!
Rose trzepnęła Gwynedda w ramię, ale bardziej pieszczotliwie niż na poważnie. Choć możliwe, że nie poczułby nawet, gdyby uderzyła go z całej siły. Doktor zaśmiał się na ich widok i już chciał położyć Graya do kołyski, gdy chłopak go powstrzymał.
- Nie, zrobię wam zdjęcie – oznajmił z aparatem w dłoni.
- Och... - westchnął Doktor z wyraźnym niezadowoleniem.
- Spokojnie, nie wrzucę tego na facebooka – zapewnił Gwynedd.
- Ja tam chcę mieć pamiątkę – Rose przysunęła się do swego atara i uśmiechnęła do obiektywu. - No i będę mogła pochwalić się w szkole – dodała po błysku flasha.
Doktor popatrzył na nią skonsternowany i odrobinę przerażony.
- Zaraz, zaraz... Twoi koledzy wiedzą? - spytał z nadzieją, że jego przypuszczenia się nie sprawdzą.
Nie stanowili typowej rodziny, więc jeśli Rose powiedziała postronnym osobom o Grayu, to musiała wymyślić jakieś wytłumaczenie na pojawienie się dziecka, bo wszyscy wiedzieli, że jest wychowywana przez dwójkę mężczyzn.
- No bo... tata zdecydował, żeby powrócić do wersji z kobietą po zmianie płci – wyjaśniła, przestraszona, że atar się na nią wścieknie.
- Co? - Jego reakcja była łatwa do przewidzenia.
- Ale wszyscy łyknęli tę bajeczkę – tłumaczyła się.
Na szczęście wstępne zdenerwowanie Doktora minęło bardzo szybko. Przypomniał sobie, jak chciało mu się śmiać, gdy szesnaście lat temu Jack zaczął rozpowiadać sąsiadom tę samą historię. Stwierdził, że nie ma co się tym przejmować, bo i tak nie obchodziło go, co ludzie o nim myślą. Położył Graya do kołyski i upewnił się, że Gwynedd nie będzie bawił się w paparazzi.


Jack nie wracał, mimo że było już dawno po zmroku, ale Doktora to nie dziwiło. Reaktywacja Torchwood oznaczała częstą pracę po nocach. Najbardziej Pana Czasu bolało, że nie może się przyłączyć do drużyny, a przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Ktoś musiał zająć się dzieckiem, a poza tym wciąż był osłabiony po porodzie. Ostatnim razem to Jack przejął „babskie” obowiązki, ale tym razem role musiały się odwrócić. Jednak po miesiącu spędzonym w łóżku nawet przesiadywanie w domu zdawało się miłą perspektywą. Zresztą mógł pomagać Torchwood, nie biorąc udziału w akcjach, tak jak ostatnio, i gdy miał czas, pracował na swym laptopie, rozwiązując problemy, z którymi tylko on umiał sobie poradzić.
- Idę spać, ty też powinieneś – stwierdziła Rose, odwiedzając Doktora przed udaniem się na spoczynek.
- Jeszcze trochę popracuję – padła odpowiedź.
Dziewczyna usiadła obok ojca i zdjęła mu okulary.
- Wiem, że zakładasz je przy ludziach, żeby mądrzej wyglądać, ale naprawdę nie rozumiem, po co nosisz je w domu – rzekła.
- Przyzwyczajenie – odparł Doktor i napił się wody, nie odrywając wzroku od monitora.
- Nie siedź do późna. Ciocia Martha powiedziała, że powinieneś się oszczędzać, jeśli chcesz szybko odzyskać formę – z tymi słowy Rose cmoknęła atara w policzek i poszła do swojej sypialni.
Pan Czas przychylił się do jej sugestii, bo popracował jeszcze piętnaście minut i również zdecydował się położyć. Wszedł do pokoju, rozebrał się do podkoszulka i bokserek, po czym legł na łóżko. Sen przyszedł szybko, ale nie należał do spokojnych. Doktora znowu dręczyły te same wizje, znowu widział siebie, bezbronnego i kruchego, jak nie jest w stanie ochronić bliskich. Skończyło się tak jak zwykle, obudził się i westchnął z uczuciem ulgi, pomieszanej ze zmartwieniem.
Próbował zasnąć ponownie, ale wydawało mu się, że słyszy jakiś szelest. Usiadł na łóżku, przez chwilę starając się przyzwyczaić oczy do ciemności.
- Jack? - spytał z nadzieją, że to jego partner wrócił do domu.
W pokoju panowała cisza, ale Doktor był niespokojny i wolał się upewnić, czy wszystko jest w porządku. Wstał i otworzył drzwi. W przedpokoju paliło się światło. Sam je tak zostawił, bo miał nadzieję, że Jack niebawem wróci. Stanął w progu i powoli spojrzał najpierw w prawo, potem w lewo, jakby szukając śladu partnera.
Wzruszył ramionami, gdy zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie wstawał i wszedł z powrotem do sypialni. Wykonał dokładnie dwa kroki, po czym silny cios w bok głowy powalił go na podłogę. Nie zdążył nawet jęknąć, zamroczyło go na dobrą minutę, a gdy zaczęły do niego docierać strzępki świadomości, zdał sobie sprawę, że ktoś trzyma go za nogi i wlecze po podłodze. Był półprzytomny, gdy posadzono go i związano mu z tyłu ręce. Jednak widok zapłakanej, skrępowanej Rose od razu przywrócił go do rzeczywistości.
- Kim jesteście? Czego chcecie? - spytał, widząc, że ma przed sobą czwórkę mężczyzn wyposażonych w manipulatory tunelowe oraz broń zdecydowanie nie pochodzącą z XXI wieku.
Jeden z nich podszedł do Doktora. Był ubrany w ciemnobrązowe spodnie i kurtkę tegoż koloru, przypominającą trochę mundur.
- Kim jesteśmy? - przemówił. - Ależ proszę, pozwól że przedstawię moich kolegów. - Ten o wyglądzie podstarzałego harleyowca, to Józek. – Wskazał na długowłosego wąsacza, który niezbyt ładne pachniał. - Mówimy na niego Dwie Kulki, bo jak był mały, psuł wszystkie zabawki, więc rodzice kupili mu dwie kulki do zabawy i zgadnij, co z nimi zrobił. Zgubił je.
Pozostali zaczęli się śmiać, a wspomniany Józek przeklął pod nosem. Brak innej reakcji mógł sugerować, że znajdował się dość nisko w hierarchii.
- Ten chudy w obcisłych ciuchach to Dirty Sanchez. Uwierz mi, zasłużył na swój przydomek – kontynuował mężczyzna. - A ten młodzieniec ubrany na biało to Antoin. Może nie wygląda groźnie, ale zapewniam, nie chcesz poznać jego prawdziwej natury. Jeśli zaś chodzi o mnie... - Zniżył się do poziomu wzroku Doktora. - Kapitan John Hart, przywódca grupy Kwant.
Pan Czasu od razu zauważył coś dziwnego w spojrzeniu mężczyzny. Patrzył na niego tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł.
- Zostawcie Rose w spokoju – syknął Doktor.
- Jak tylko dasz nam to, czego chcemy – odparł John. - Oddaj nam TARDIS, a nikomu nie stanie się krzywda.
Gdyby nie fatalna sytuacja, w której się znalazł, Pan Czasu by się zaśmiał.
- Nawet jeśli ją wam dam, to nie będziecie umieli jej pilotować – powiedział.
Przywódca bandy wstał i spojrzał na zakładnika z góry.
- Nauczysz nas – oznajmił w taki sposób, jakby nie brał pod uwagę żadnej innej możliwości. - Znajdźcie klucz, ja idę się wysrać – oznajmił swoim ludziom. - I ani ważcie się tykać zakładników. Ja się nimi zajmę!
Kiedy John wyszedł, Doktor przeniósł wzrok na Rose. Serca mu się krajały, gdy widział ją taką przerażoną. On również się bał, ale tego nie okazywał. Mógł liczyć jedynie na rychły powrót Jacka, bo sam nie był w stanie wiele zdziałać. Poczuł się jak w swoich koszmarach.
- To idiotyczne! Po co mamy szukać tego jebanego klucza? - powiedział Józek do kumpli. - Nie lepiej zmusić ich, żeby nam wszystko wyśpiewali? - uśmiechnął się, ukazując szereg brudnych zębów.
- Założę się, że szef zrobił to specjalnie, bo chce sukę nietkniętą. - Dirty chwycił Rose za włosy, a ta wydała z siebie krzyk przerażenia.
- Zostaw ją! - wrzasnął Doktor z takim wzburzeniem, jakby był gotów rozszarpać przestępców gołymi rękami.
Dwie Kulki podszedł do Pana Czasu i wziął wielki zamach, szykując się do ciosu, ale Antoin go powstrzymał.
- Daj sobie na wstrzymanie – powiedział. - Szef nie lubi, jak się go w takich rzeczach wyręcza.
- Walić to! Też w tym bierzemy udział, mamy prawo do zabawy. - Dirty znowu zbliżył się do Rose i tym razem dokładnie ją obwąchał, sprawiając, że zamknęła oczy z przerażenia, a po policzkach pociekły świeże łzy. - To które z nich wolisz, Dwie Kulki? Bo mi to w sumie wszystko jedno – rzucił, posyłając Doktorowi lubieżne spojrzenie.


Jack czuł się jak za dawnych, dobrych lat. Znów był sam sobie szefem i uganiał się za kosmitami. Zaś w domu czekał najcudowniejszy z nich wszystkich wraz z równie cudownym potomstwem. Czegóż można chcieć więcej? Pewnie spokoju ducha, bo pojawienie się Johna nie wróżyło niczego dobrego. Jacka na chwilę zamurowało, gdy go zobaczył. Nie wiedział, czy go uderzyć, pocałować, czy może jedno i drugie, tak jak kiedyś. Uświadomiwszy sobie, że mając rodzinę nie ma czasu na idiotyzmy, postanowił porozmawiać.
- Czego chcesz? Coś tym razem zmajstrował? - warknął.
- Przyszedłem cię ostrzec. Doktor i Rose są w niebezpieczeństwie.
Już sam fakt, że John wie o istnieniu jego rodziny przeraził Jacka. Nie chciał nawet tracić czasu na dodatkowe pytania i zamierzał od razu pojechać do domu, ale dawny kompan go powstrzymał.
- Najpierw wysłuchaj mnie do końca. To ważne. Od jakiegoś czasu pracuję pod przykrywką dla Agencji i próbuję rozbić bardzo groźną szajkę. Jest ich wielu i stanowią wysoko zorganizowaną grupę. Podróżują w czasie, rabując i czyniąc okropne rzeczy. Jestem o krok od wpakowania ich wszystkich za kratki na resztę życia, ale żeby to zrobić, muszę dokończyć tę misję. Dowiedzieli się o Doktorze, upatrzyli sobie ten okres, bo wiedzą, że jest osłabiony. Zrobią wszystko, żeby dostać jego TARDIS, a ja nie mogę się zdemaskować. Musisz rozprawić się z nimi tak, jakbyś o niczym nie wiedział.
Na początku Jack słuchał z przerażeniem. Potem chwycił Johna za kołnierz kurtki i syknął:
- Nie zamierzam bawić się w twoje gierki. Biorę drużynę i rozwalę tych wykolejeńców.
- Ty mnie w ogóle słuchałeś? Jeśli zostanę zdemaskowany, nie skończy się to tylko moją śmiercią. Ci wykolejeńcy, jak ich nazywasz, będą dalej robić to samo, przez nich ucierpi wielu niewinnych ludzi. Naprawdę chcesz to mieć na sumieniu? - John złapał Jacka za nadgarstki.
Kiedy Harkness się trochę uspokoił, ujrzał sprawę w nieco innym świetle. Zaprzysiągł chronić ludzi, musiał wybrać najrozsądniejsze rozwiązanie.
- Ilu ich jest? - spytał.
- Przybyłem z trzema. Jednego wystawię na czaty.
- Uprzedzam, że jeśli komukolwiek z mojej rodziny spadnie choćby włos z głowy, sam cię zabiję – pogroził Jack, ale na Johnie nie zrobiło to wrażenia.
- Będę grał na zwłokę, ale musisz się spieszyć – to powiedziawszy, użył manipulatora, by wrócić, skąd przyszedł.


Dirty Sanchez wpatrywał się w Doktora, oblizując wargi. Po głowie chodziły mu wyjątkowo brudne myśli, czego wcale nie próbował ukrywać.
- A może każemy mu zerżnąć dziewuchę? - zasugerował. - To by było widowisko, od razu wszystko by wyśpiewał.
Dopiero teraz na twarzy Doktora odmalowało się przerażenie. Już nie był w stanie dłużej ukrywać strachu. Istniały rzeczy, którym nawet on nie umiał stawić czoła, a wiedział już, że ludzie, z którymi ma do czynienia, nie cofnął się przed niczym. Zastanawiał się, czy jak zwykle nie próbować dyplomacji, ale wątpił, czy w przypadku takich zwyrodnialców ma to jakikolwiek sens.
- Nie ma na to czasu – powiedział Antoin. - Nie wiem, jak wy, ale ja wolę poszukać tego klucza. Wiem, co to znaczy gniew szefa.
Dwie kulki i Dirty zostali sam na sam z zakładnikami. Ten drugi podszedł do zapłakanej Rose i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Załatwimy to szybko i sprawnie. Stawiałaś już kiedyś pałę? - Rozpiął rozporek przed oczami przerażonej dziewczyny, z której ust dobyło się ciche „nie”. - To się nauczysz, chyba że twój tatuś zdecyduje się współpracować.
Doktor doszedł do wniosku, że musi zacząć działać. Był gotów zrobić wszystko, byle tylko córce nie stała się krzywda.
- Ja to zrobię – oznajmił, starając się ukryć obrzydzenie.
Jego stwierdzenie zaskoczyło wszystkich. Dirty mógł się nie zgodzić i dalej używać tej samej formy perswazji, ale tak się podniecił, że nie umiał przepuścić okazji.
- No proszę, Pan Czasu lubi lizać fiuty – zaśmiał się. - Nie śmiałbym pozbawiać cię tej przyjemności.
Kryminalista podszedł do zakładnika i spojrzał na niego triumfalnie z góry.
- Rose, nie patrz – rzucił Doktor, nie kryjąc strachu.
Dziewczyna była tak przerażona, że nawet zamknięcie oczu przyszło jej z trudem. Otworzyła je jednak, gdy poczuła, że ktoś ją chwyta za włosy.
- O nie, niech patrzy.
To Dwie Kulki wpadł na pomysł, by dodać sytuacji nieco pikanterii. Cisnął Rose obok Doktora, a trwoga ich obu jeszcze bardziej podnieciła Sancheza. Już miał odsłonić genitalia, gdy do pokoju wpadł John. Widok, który zastał, wybitnie mu się nie spodobał.
- Co tu się, kurwa, wyprawia?!
Podszedł do Dirty'ego i przyłożył mu z pięści.
- Czy ja, kurwa, mówię po chińsku, że nie jesteście w stanie zrozumieć prostych poleceń? Mieliście szukać tego pierdolonego klucza, do kurwy nędzy!
Widać było, że John ma wielki autorytet w bandzie, bo nikt nie śmiał mu się sprzeciwić.
- Pies go jebał, wiedziałem, że chce mieć ich tylko dla siebie – stwierdził Dirty, gdy wraz z Józkiem opuścił pokój, i splunął na dywan.
W tym samym czasie John postanowił wziąć się za wyjaśnienia, upewniwszy się najpierw, że nikt go nie podsłuchuje.
- Nie mam zbyt wiele czasu. Musicie tylko wiedzieć, że jestem po waszej stronie, a Jack już tu jedzie. Nie możecie jednak mnie zdemaskować – powiedział.
Jego słowa uspokoiły trochę Rose, ale Doktor był podejrzliwy.
- O co tu chodzi? - spytał.
- Pracuję pod przykrywką. Znamy się z Jackiem z Agencji Czasu – wytłumaczył John.
Choć Doktor nigdy go wcześniej nie poznał, zorientował się, z kim ma do czynienia. Sam nie wiedział, czy się cieszyć, czy bać się jeszcze bardziej.
- Ty jesteś... Jack mi o tobie opowiadał. Dlaczego mielibyśmy ci zaufać? - rzekł i zmarszczył brwi.
- Bo nie macie innego wyjścia.


- Znalazłem! To wcale nie było takie trudne. - Antoin wszedł do pokoju, z dumą prezentując klucz.
Za jego plecami pozostałe zbiry wymieniały uwagi na temat lizusostwa kompana.
- Jak tam wydobywanie informacji, szefie? - spytał Dwie Kulki, widząc, że zakładnicy nie wyglądają na ani trochę sponiewieranych.
- Próbowałem serum prawdy, ale najwyraźniej nie działa na tę rasę – skłamał John.
- Zawsze powtarzam, że tradycyjne metody są najlepsze – stwierdził ze spokojem Antoin i położył na stole klucz do TARDIS.
- Słuszna uwaga, a teraz pójdziesz stanąć na czatach przed domem.
John się nie patyczkował. Jego podwładny ewidentnie liczył na czynny udział w torturach, ale nie sprzeciwił się i wyszedł zgodnie z poleceniem.
- Jeśli można, mam pewną sugestię. - Józek uśmiechnął się złowieszczo.
Ponieważ John próbował zyskać na czasie, nie powstrzymywał zbira, gdy ten bez wyjaśnienia opuścił pokój. Każda minuta zwłoki była mu na rękę. Nie ucieszył się jednak, gdy Dwie Kulki wrócił z Grayem w rękach. Dziecko płakało i darło się w niebo głosy. Nic dziwnego, skoro zbir trzymał go jak jakiegoś pieska.
- Nie... Proszę! - jęknął Doktor z desperacją w głosie, nie próbując nawet udawać przerażonego.
Fakt, że John był po jego stronie, nie wystarczył, by ochronić Graya. Wszystko mogło się wydarzyć. Taki nieczuły kryminalista mógł skrzywdzić jego synka nawet przez przypadek. Dziecko było kruche i maleńkie, a w tej chwili jego płacz stanowił dla Doktora najgorszą torturę.
- To proste. Za każdy brak odpowiedzi na nasze pytania, będziemy odcinać kawałek bachora – wyjaśnił Józek z takim zadowoleniem, jakby pierwszy raz w życiu wymyślił coś genialnego. - Kosmita powie nam absolutnie wszystko.
- Błagam, on ma dopiero dwa tygodnie, nie mieszajcie go do tego! - wrzasnął Doktor prawie przez łzy.
Podczas gdy Dirty i Dwie Kulki śmiali się, mając naprawdę dobrą zabawę, w Johnie wzbierała coraz większa wściekłość. Nie mógł pod żadnym pozorem dopuścić, by Grayowi stała się krzywda. Po pierwsze miał swoje zasady, a po drugie Jack by go wypatroszył.
- Zostaw to dziecko! - krzyknął groźnie, akcentując każde słowo. - Jego płacz doprowadza mnie do szału. Oddaj je ojcu, niech je uspokoi!
John patrzył na Józka takim wzrokiem, że ten aż ze strachu przełknął ślinę. Wolał nie podpadać. Ponieważ Doktor i tak byłby bezbronny, trzymając dziecko, rozcięli mu więzy i zwrócili syna. Pan Czasu z trudem powstrzymał łzy, gdy wziął niemowlę na ręce. Tulił je i kołysał, szepcząc kojące słowa. Zbirom prawie udało się go złamać, ale w ostatniej chwili zaniechał okazywania słabości. Musiał być silny dla swej rodziny, dla Rose i dla tej delikatnej istotki, którą trzymał w ramionach.
Teraz John Hart miał problem. Wśród swych ludzi uchodził za osobę, która nie cofnie się przed niczym, by dopiąć swego. On natomiast okazał litość. Musiał szybko wymyślić jakieś wytłumaczenie.
- Nie poznaję cię, szefie. Coś mi tu śmierdzi – powiedział Sanchez, jakby potwierdzając obawy Johna.
- Dzieciakowi nie może stać się krzywda – oznajmił przywódca, patrząc Dirty'emu prosto w oczy, usilnie zastanawiając się, co powiedzieć dalej. - Obiecałem go komuś, za dużą sumę – wymyślił w końcu.
Po minach kompanów domyślił się, że odpowiedź nie przypadła im do gustu.
- I nic nam o tym nie powiedziałeś? - oburzył się Dwie Kulki. - Chciałeś zagarnąć całą kasę dla siebie, prawda?!
W takiej chwili John nie mógł okazać ani cienia słabości. Zbliżył się do Józka i wbił w jego oczy groźne spojrzenie.
- Miałem wrócić po dzieciaka, jak podrośnie. To była kompletnie odrębna misja. Siłą rzeczy nie mówiłem wam o tym teraz, bo z trudem udaje wam się skupić na jednym zadaniu – powiedział z sarkastycznie.
Wypadł nader przekonująco, bo zbiry już się z nim nie kłóciły.
Doktor nawet ich nie słuchał, całą uwagę poświęcał dziecku. Nie przestawało płakać, a to znaczyło, że powinien je nakarmić. Bardzo nie chciał tego robić na oczach bandytów, ale nie miał wyjścia.
- Sam nie mogę zdecydować, czy to urocze, obleśne, czy perwersyjne – skomentował Dirty, nie odrywając wzroku od Pana Czasu. - Mnie też potem nakarmisz? - zaśmiał się.
- Zamknij się, bo zaczynasz mnie wkurzać. - John uciszył kompana.
- Szefie, marnujemy tylko czas – wtrącił się Dwie Kulki. - Zerżnij wreszcie tę sukę na jego oczach, to nam wszystko powie.
John zwrócił się twarzą do Józka, udając znudzonego.
- Dziękuję, w życiu bym na to nie wpadł – rzekł z ironią. - Właśnie do tego zmierzałem, gamoniu!
Musiał to zrobić, nie miał wyjścia. Musiał grać. Jack powinien już się pojawić, więc była spora szansa, że uda mu się uniknąć czynu, który bez wątpienia skończyłby się powolną i bolesną kastracją. Jednak musiał przynajmniej udawać, że nie ma żadnych oporów. Nie zamierzał posuwać się do ostateczności, ale dłużej przeciągać też nie mógł.
Chwycił dziewczyną za ramię i cisnął na pobliski stół. Wrzeszczała, wierzgała, a on wiedział, że nie udaje. Przed sobą miał przerażoną twarz Doktora i naprawdę miał nadzieję, że mu wybaczy. Rose leżała oparta brzuchem o blat, do którego John przycisnął jej twarz. Podwinął jej koszulę nocną, ignorując krzyki dziewczyny, i spojrzał na Pana Czasu w sposób dający do zrozumienia, że najwyższa pora, by i on zaczął grać na zwłokę.
- Dobra, powiem wam – oznajmił Doktor, sprawiając, że Johnowi ulżyło.
Puścił rozhisteryzowaną Rose i zrobił kilka powolnych kroków w stronę zakładnika. Zastanawiał się, czy strach w oczach Pana Czasu jest w pełni prawdziwy, czy po części udawany. Początkowo nie darzył go sympatią, czuł się zazdrosny o Jacka. Jednak teraz, gdy widział go z dzieckiem na rękach, zdanego na łaskę brutalnych przestępców, lecz stawiającego im czoło z dumnie uniesioną głową, nabierał do niego coraz większego szacunku.
Nim padło jakiekolwiek słowo, odezwał się komunikator.
- Co jest? - odebrał John.
- Przyjechał jakiś samochód. To chyba Jack Harkness – odpowiedział Antoin.
Wreszcie – pomyślał John, czując, jak kamień spada mu z serca.
- Załatwię go jednym strzałem – dodał zbir.
- Pamiętaj, że on jest nieśmiertelny. Musisz go natychmiast unieruchomić.
Na tym rozmowa się skończyła, ale nie na długo. Po chwili Antoin znowu się odezwał.
- Zabiłem go, nie rusza się.
Mimo że Jack zawsze powracał do życia, Rose i tak zmroziło, gdy usłyszała głos w komunikatorze.
- Uważaj – John ostrzegł podwładnego.
- Naprawdę wygląda na martwego.
Po paru sekundach dało się słyszeć głośny krzyk Antoina i komunikator ucichł. Dla Johna był to powód do radości, której jednak nie mógł okazać. Wciąż musiał grać.
- Dirty, pilnuj ich! Dwie Kulki, idziesz ze mną! - rozkazał i wbiegł do przedpokoju.
Nim dotarli do drzwi, zauważyli, że powoli się otwierają. Stanęli, trzymając broń w gotowości. John dobrze znał Jacka i miał już pewne przypuszczenia co do jego strategii. Domyślił się, że Harkness nie zabił Antoina, lecz użył go do odwrócenia uwagi.
Zaraz po tym, gdy drzwi się otworzyły, Dwie Kulki odruchowo strzelił, raniąc swego kompana w ramię. Przypuszczenia Johna się sprawdziły.


Kula trafiła Dirty'ego w bark, nim zdołał się zorientować, że ktoś jest w oknie. Jack wskoczył do pokoju i kopnął broń bandyty, by ten nie mógł po nią sięgnąć.
- Wstawaj! - warknął, mierząc w Sancheza.
Oczy Jacka przepełnione były gniewem. Miał ochotę poznęcać się nad zbirem za to, że śmiał nastawać na jego rodzinę. Z przyjemnością pokazałby mu kilka technik, które Torchwood stosowało podczas przesłuchań, ale nie sądził, by spodobało się to Doktorowi. Musiał się jak najszybciej pozbyć bandytów.
John i Józek zastali Dirty'ego z lufą pistoletu przyłożoną do skroni, gdy wrócili do pokoju. Było już jasne, że Jack wygrał i John w gruncie rzeczy też, choć wciąż nie mógł tego dać po sobie poznać. Dalej odgrywał swą rolę.
- Rozwalisz mu łeb na oczach swoich dzieci? - spytał. - Chcesz by Rose poznała cię od tej strony?
- Jeśli słyszałeś o mnie choć trochę, wiesz, że to zrobię. Wypierdalać!
- Spokojnie, możemy się dogadać.
- Wynoście się z mojego domu, nim zmienię zdanie i was pozabijam! - Jack cisnął Sancheza w stronę pozostałych.
Bandyci zostali pokonani. Jedyne, co im pozostało, to uruchomić manipulatory i odejść. Jak tylko zniknęli, Jack rozciął Rose więzy, a ta rzuciła mu się na szyję, pociągając nosem. Próbowała powstrzymać łzy, wstydziła się, że okazała słabość, ale nikt nie miał jej tego za złe. Jack pogładził ją po włosach i pozwolił, by pozostała w jego ramionach tak długo, jak chciała.
Gray znowu płakał. Dźwięk wystrzału musiał go przestraszyć. Doktor próbował uspokoić dziecko, ale Jack postanowił go wyręczyć. Wziął syna na ręce i przytulił, całując w czubek maleńkiej główki. Kołysał go, dopóki malec nie przestał szlochać.
- Myślę, że powinniśmy się wszyscy położyć spać – zasugerował. - Jesteś cała, Rose? - spytał przezornie.
- Tak, nic mi nie jest – odparła dziewczyna, ocierając łzy.
Jack zamierzał jeszcze później do niej zajrzeć, uspokoić ją, ale na razie musiał położyć Graya do kołyski. Na szczęście dziecko zdążyło zasnąć, w przeciwieństwie do Doktora, który leżał na łóżku z rękami założonymi za głowę i gapił się w sufit. Minę miał beznamiętną, ale Jack wiedział, że coś go dręczy. Zawsze tak wyglądał, gdy coś szło nie po jego myśli.
- Byłem dziś bezużyteczny – mruknął, nie odrywając wzroku od sufitu.
Jack usiadł na łóżku i położył Doktorowi dłoń na brzuchu, który wciąż był jeszcze lekko zaokrąglony. Ten drobny gest miał na celu zwrócenie uwagi Pana Czasu na partnera.
- Nikt nie wymaga od ciebie ciągłego bohaterstwa – powiedział Jack. - Zresztą dla mnie i tak jesteś najdzielniejszą osobą na świecie. Ilu mężczyzn zdecydowałoby się na dziecko, wiedząc, że może ich to kosztować życie?
Pan Czasu nie był pewien, czy brać komentarz Jacka na poważnie, ale w gruncie rzeczy poczuł się lepiej.


Poprzedniej nocy Doktor i jego rodzina przeżyli horror, a teraz nawet nie było tego po nich widać. Bez problemu powrócili do codzienności. Mało tego, humory im dopisywały. Jack wziął sobie wolne i większość czasu spędzał, bawiąc małego Graya. Rose urządziła sobie z atarem zawody w jedzeniu makaronu na czas. Nadzwyczajnie wysokie IQ wcale nie przeszkadzało im w wygłupach na poziomie przedszkola. Ich głowy roiły się od szalonych pomysłów.
- Wygłałam – wybełkotała Rose z buzią pełną klusek.
- Miałaś mniejszą porcję – skomentowała Doktor, drocząc się z córką.
- Zachowujecie się jak idioci – powiedział żartobliwie Jack.
- Ty się lepiej popatrz na siebie – przygadał mu Pan Czasu.
Chodziło mu o to, że jego partner pochłonięty jest robieniem głupich min do Graya. Właściwie Doktor uważał, że to urocze, ale musiał się trochę z Jackiem podroczyć. Od czasu do czasu lubili się przekomarzać.
Rodzinną atmosferę zepsuło nagłe przybycie Johna, który pojawił się dosłownie pośrodku pokoju, korzystając z manipulatora tunelowego. Jack zerwałby się na równe nogi, gdyby nie to, że Gray leżał mu na kolanach.
- Ty to masz tupet! - syknął. - Twoja noga już nie postanie w tym domu!
- Spokojnie, przybyłem z przeprosinami. Nie chciałem was mieszać w moje sprawy, samo tak wyszło.
Dopiero teraz Jack zauważył, że John trzyma dwie róże.
- Nie chcę od ciebie żadnych kwiatów – rzekł jadowicie.
- Nie są dla ciebie, głupku.
Johnowi podobało się, że jego stwierdzenie wprawiło byłego kompana w lekkie zakłopotanie. Uśmiechnął się z satysfakcją i podszedł do zmieszanego Doktora. Wręczył mu jedną różę i uznał, że Pan Czasu z otwartymi ze zdumienia ustami wygląda jeszcze bardziej uroczo niż zwykle. Kolejny kwiat chciał ofiarować Rose, ale ta go spoliczkowała, nim to zrobił.
- Przez ciebie się prawie zsikałam ze strachu! - krzyknęła.
- Spokój! - Doktor przywołał córkę do porządku, więc ta, nie mając wyjścia, przyjęła różę.
- Dzięki waszej współpracy cała szajka jest już za kratkami. Upewniłem się, by Dirty Sanchez znalazł się w jednej celi z dwoma napakowanymi zboczeńcami. Będzie zbierał mydła do końca życia – zaśmiał się John.
- Dobra, przeprosiny przyjęte. Idź już sobie. - Jack chciał się jak najszybciej pozbyć dawnego partnera.
- Jeszcze się nie przywitałem z Grayem.
Harkness nie za bardzo chciał dopuszczać Johna w pobliże swojego syna, ale nie chciał też wyjść na skończonego chama, więc nic nie powiedział. Mruknął tylko z niezadowoleniem, gdy mężczyzna ujął w dwa palce małą rączkę dziecka.
- Witaj, kruszynko. Mam nadzieję, że będziesz pamiętać o wujku Johnie – powiedział z uśmiechem, który wydawał się wręcz nienaturalny. - Dziwię się, że nazwałeś go po bracie. Nie wiążą się z nim zbyt miłe wspomnienia – zwrócił się do Jacka.
- Uznałem, że jestem mu coś winien – odparł Harkness. - Długo będziesz nam jeszcze głowę zawracać?
- Nie, właśnie się miałem pożegnać – z tymi słowy John tradycyjnie pocałował Jacka w usta.
Potem podszedł do Doktora i zrobił dokładnie to samo, zadowolony, że znowu udało mu się zaskoczyć Pana Czasu i wywołać u niego tę uroczą minę. Rose chciał potraktować podobnie, ale ta szybko odwróciła twarz, przez co cmoknął ją w policzek.
- No dobra, zbieram się. A szkoda, bo liczyłem chociaż na herbatkę i ciastko.
Sięgnął po manipulator, ale nagle się rozmyślił.
- Zapomniałbym.
Wyjął z kieszeni jakąś kartkę i wręczył Rose.
- Jak podrośniesz, to zadzwoń – uśmiechnął się uwodzicielsko.
- Wynocha! - Jack nie wytrzymał.
Na koniec John puścił mu oczko i zniknął. W pokoju zapanowała ogólna konsternacja. Przynajmniej przez minutę nie padło ani jedno słowo. Rose miała mętlik w głowie. Z jednej strony chciało jej się śmiać, a z drugiej czuła się lekko zdegustowana. Nie wyrzuciła jednak kartki.
- Więc znacie się z Agencji Czasu? - zwróciła się do ojca. - Błagam, powiedz mi, że łączyły was czysto służbowe stosunki.
Jednak Jack nic nie powiedział. Wzruszył tylko bezradnie ramionami i powrócił do bawienia Graya.
- Widzisz Rose, o pewnych rzeczach lepiej nie wiedzieć. - Doktor poklepał córkę po ramieniu.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,477 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.