Grudzień 13 2018 00:10:47
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Wywiad z piratem - Rozdział III

Kilka dni temu Ian dostał list, którego nadawcą był Zoro w samej osobie. Młody pisarz był doprawdy w czepku urodzony. Choć jego ostatni wywiad nie powiódł się, w liście Roronoa przeprosił wylewnie za swe zachowanie i podał numer do osoby, która, jak sam twierdził, będzie lepszym rozmówcą. Ian nie miał żadnych wątpliwości, że Zoro nie napisał listu z własnej inicjatywy. Raczej nie był typem, który przeprasza. Prawdopodobnie, któryś z wnuków lub synów wymusił na nim przeprosiny. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Pisarzowi nadarzyła się niepowtarzalna okazja, której nie mógł przepuścić.

Zmierzając na spotkanie ze swym nowym rozmówcą zastanawiał się jak powinien się do niego zwracać. Panie admirale? Nie, to raczej było nie na miejscu. Coby odszedł z Marynarki niedługo po egzekucji Luffiego i przyłączył się do rewolucjonistów. W jego ślady poszło wielu innych, chociażby Tashigi i Smoker. Prawdopodobnie ta zmiana układu sił przesądziła o końcu światowego rządu. Później, gdy nastały czasy demokracji, Coby został ministrem sprawiedliwości. Jednak to było dawno. Panie ministrze chyba też nie było odpowiednim zwrotem. Najlepiej było unikać tytułów.

Kiedy dotarł do posiadłości, drzwi otworzyła mu pokojówka i zaprowadziła do oranżerii. Starszy pan siedział w wiklinowym fotelu i słuchał muzyki ze starych płyt.
- Zostawię państwa samych – oznajmiła służąca i odeszła.
Były admirał wstał i podał dłoń pisarzowi.
- Pan Livingstone, jak mniemam? Miło mi pana gościć – uśmiechnął się staruszek.
Ian już chciał powiedzieć jaki to zaszczyt spotkać kogoś takiego, ale zdał sobie sprawę, że klepie tę samą regułkę na każdym spotkaniu, więc trochę zmienił formułę.
- Dziękuję za zaproszenie. Ciszę się, że mogę pana poznać – przywitał się.
- Siadajmy, pokojówka zaraz przyniesie coś do picia.

Kiedy Ian się rozgościł, Coby podjął rozmowę.
- A więc pisze pan książkę o legendarnych piratach? To bardzo interesujące.
- Jakoś na razie nie mam szczęścia w wywiadach.
- Nie mówiłbym tak, to cud, że Zoro w ogóle pana wpuścił do domu.
- Sądzę, że nie kierował się chęcią udzielenia wywiadu.
Nagle do oranżerii weszła pokojówka z napojami. Ian upił łyk herbaty i przeszedł od razu do sedna.
- Na pewno wie pan dużo o Monkey D. Luffim?
- Czy ja wiem, czy tak dużo? Na pewno nie tyle co jego załoga, ale postaram się udzielić jak najwięcej informacji.
- Krążą plotki, że Luffy tak naprawdę dał się złapać? Jak to dokładnie było?
- Że dał się złapać, to chyba za mocno powiedziane. Tylko szaleniec chciałby, żeby go schwytano. Ale na pewno był świadom swoich możliwości. Myślę, że doskonale oszacował swoje szanse i w pewnym momencie wiedział już, że nie ucieknie. Wtedy stosowano już V-1 na szeroką skalę, gdy Luffy został trafiony, nie miał już żadnych wątpliwości, że to koniec. Pamiętam, że gdy stanąłem nad nim, ten spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem i poprosił, żebym puścił wolno jego przyjaciół. Teoretycznie nie wolno mi było, ale jednak to zrobiłem.
- Czy okazywał strach?
- Nie, ani przez sekundę. Doskonale wiedział co go czeka, ale nawet nie drgnęła mu powieka. Myślę, że nawet gdyby go rozkuli, posłusznie powędrowałby do celi. Dla niego najważniejsze było bezpieczeństwo załogi, reszta już go nie obchodziła.
- Załoga nie próbowała go ratować?
- Ciekawe, że pan o to pyta.

Przez wiele lat Coby zastanawiał się jak będzie wyglądać jego ostateczne starcie z królem piratów i przez te wszystkie lata trenował zawzięcie, by do tego wydarzenia się przygotować. Gdy ten długo oczekiwany moment wreszcie nadszedł, okazało się, że wszystko poszło za prosto. Nawet nie doszło do bezpośredniej konfrontacji, bo gdy Luffy został trafiony V-1, oczywistym już było, że jego los jest przesądzony. Coraz więcej piratów padało ofiarą nowej broni, ale też coraz więcej żołnierzy dezerterowało i przyłączało się do rewolucji. Sam Coby czasami zastanawiał się czy aby stoi po właściwej stronie. Marynarka uciekała się do coraz bardziej drastycznych metod, a postęp technologiczny to umożliwiał. Już teraz w planach była broń biologiczna i masowe mordy na tych, którzy stanowili potencjalne zagrożenie. Oczywiście przemoc rodziła przemoc, a rewolucja rosła w siłę. Światowy Rząd zmierzał do autodestrukcji.
- Panie wice admirale, więzień nalega na rozmowę z panem. – Do kajuty wszedł młody marynarz i zasalutował.
Nie zwlekając ani chwili, oficer przemierzył okręt i udał się do części, w której transportowano więźniów. Luffy siedział po środku celi, ze stoickim wręcz spokojem. Odczytanie z jego twarzy jakichkolwiek emocji było wręcz niemożliwe.
- Puściłeś wolno moją załogę, dziękuję – oznajmił król piratów.
- Nie chciałem ich śmierci.
- A chcesz mojej?
Dlaczego on to robi? – pomyślał Coby, zaskoczony i zakłopotany podchwytliwym pytaniem więźnia.
- Ja tylko wykonuję swoje obowiązki – oficer odpowiedział dyplomatycznie.
- Chcę cię o coś prosić – nagle Luffy zmienił temat. – Jeśli będziesz miał szansę skontaktować się z moimi przyjaciółmi, powiedz im, żeby pod żadnym pozorem nie próbowali mnie ratować.
Stwierdzenie Luffiego wcale nie zaskoczyło admirała.
- Oni tak łatwo nie odpuszczą.
- Więc im powiedz, że to rozkaz kapitana. – rzekł stanowczo pirat. – Nie wybaczyłbym sobie, gdyby stała im się krzywda. Oni mają rodziny.
- A ty? Nie masz rodziny?
Przez chwilę Luffy wpatrywał się w swego rozmówcę, jego spokój na moment został zaburzony, na twarzy pojawiła się cała gama emocji, ale ustała równie szybko, co się pojawiła.
- Moja rodzina wie, że nigdy nie wrócę. Wie o tym od dawna.

- Mógłby pan coś powiedzieć o rodzinie Luffiego? – podekscytował się pisarz.
- Niestety wiem nie wiele więcej od pana. Ta część życia króla piratów jest owiana mgiełką tajemnicy. Tylko najbliżsi przyjaciele wiedzieli coś na temat jego potomka. Luffy z oczywistych względów ukrywał informacje na ten temat. Nawet po jego śmierci zachowano dyskrecję, aby uniknąć niepotrzebnego zainteresowania.
- Ale na pewno coś panu opowiadał.
- Trochę opowiadał, ale było to dość chaotyczne. Wspominał coś o tym jak ścigała go marynarka, że był bez załogi, ranny, a tamta kobieta go ukryła. Mówił, że był z nią szczęśliwy, ale nie mógł zostać. Mówił, że jak odwiedził ją po czterech latach, miała już męża. Niewiele wspominał o synu, bo prawie go nie znał.
- To mi wygląda na niezbyt wesołą historię.
- Bycie królem piratów ma swoją cenę – stwierdził spokojnie były oficer i dokończył herbatę.
- Z tego co się orientuję byliście raczej w przyjaznych stosunkach. Nie przeszkadzało panu, że... no... jakby to ująć?
- Że go schwytałem, wiedząc co go czeka? Gdybym tego nie zrobił, zrobiłby to kto inny. Przynajmniej skróciłem mu proces. Byli tacy, których więziono miesiącami, torturując ich aż wyzionęli ducha. Śmierć Luffiego była tak naprawdę kroplą w morzu bólu i cierpienia niewinnych ludzi. Może nawet dobrze, że wtedy zginął. Myślę, że nie chciałby żyć w świecie po rewolucji. W świecie bez piratów, bez diabelskich mocy, w świecie, w którym nie ma już się przeciwko czemu buntować. Może i jest teraz lepiej, nasze dzieci mogą czuć się bezpieczniej, ale to nie jest świat dla niego.
- Co tak naprawdę nakłoniło pana do zmiany stron?
- Postanowiłem odejść, gdy uświadomiłem sobie, że jestem tylko narzędziem zbrodni w rękach systemu. Kiedyś Marynarka była dla mnie ostoją sprawiedliwości, ale później okazało się, że jest jedynie machiną siejącą terror. Gdybym wtedy nie odszedł, pewnie zawisłbym na stryczku za zbrodnię przeciwko ludzkości.
Wkrótce Ian zdał sobie sprawę, że rozmowa zrobiła się dość ponura i przytłaczająca. Co prawda słuchał z zainteresowaniem, ale miał nadzieję, że dane mu też będzie poruszyć przyjemniejsze tematy.
- Przepraszam, trochę zapędziłem się z tymi pytaniami.
- Ja się nie boję żadnych pytań. Mam propozycję, może będziemy kontynuować rozmowę w innym miejscu? Zbliża się pora posiłku, a ja w piątki zawsze jadam obiady w All Blue – zaproponował starszy pan.
- Czy właścicielką tej restauracji nie jest przypadkiem...
- Tak, Bellemere. Mają tam wyborne owoce morza.
Bez większego namysłu Ian zgodził się potowarzyszyć byłemu admirałowi. Do restauracji przyjechali taksówką i kiedy pisarz wszedł do lokalu poczuł lęk na samą myśl jakie w nim mogą być ceny. Luksusowy wystrój sugerował jednoznacznie, że to restauracja o bardzo wysokim standardzie. Jednak widząc niepokój towarzysza, starszy mężczyzna szybko uspokoił młodzieńca.
- Proszę się nie martwić, wszystko na mój koszt i tak mam tu prawie darmo. Widzi pan, gdy przyłączyłem się do rewolucji, bardzo zaprzyjaźniłem się z byłą załogą Luffiego. Bellemere do tej pory mówi do mnie wujku.
Praktycznie od razu powitała ich kelnerka i zaprowadziła do stolika, który w każdy piątek czekał na byłego admirała. Same nazwy potraw były tak wymyślne, że Ian zdał się na swojego rozmówcę i zamówił to samo co on.
- O popatrz, czy to nie Bellemere we właśnej osobie? – Coby uśmiechnął się i pomachał do kogoś.
Pisarz przyjrzał się kobiecie, która zmierzała do ich stolika. Musiała korzystać z usług tego samego chirurga plastycznego, co jej świętej pamięci matka, bo choć była już po sześćdziesiątce, urody mogło pozazdrościć jej wiele młodszych kobiet. Była ubrana w fioletowy kostium i buty na szpilkach, a całość kosztowała zapewne nie mniej co wszystkie zabiegi kosmetyczne jakie przeszła. Krótko mówiąc trzymała klasę.
- Witaj wujku – cmoknęła byłego oficera w policzek.
- To pan Livingstone, na pewno słyszałaś o nim – Coby przedstawił Iana.
- Słyszałam, pisze pan książkę, zgadza się?
Ian na chwilę zaniemówił, oszołomiony faktem, że znalazł się w tak doborowym towarzystwie.
- Zaraz poślę po butelkę wina dla was – uśmiechnęła się kobieta.
Tego dnia Ian nie mógł narzekać. Poznał interesujących ludzi i dowiedział się wiele ciekawych rzeczy. Nie mówiąc już o tym, że zjadł wyśmienity posiłek w najlepszej restauracji w mieście, jeśli nie na całym East Blue. Były admirał opowiadał o tym jak poznał Luffiego, o swoich podróżach i o tym co było później, po rewolucji. Jednego Ian mógł być pewien, książka będzie bestsellerem.

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,518 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.