Maj 21 2019 23:26:50
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Sztuka krzywdzenia - Rozdział I
Jako dziecko miałem talent do pakowania się w kłopoty. I nie chodzi tu bynajmniej o brak wychowania, bo byłem całkiem posłuszny, ale raczej o moją impulsywność. Często robiłem rzeczy bez uprzedniego ich przemyślenia, a fakt, że łatwo dało się mnie sprowokować tylko pogarszał sprawę.
Miałem dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy uderzyłem kolegę, za to, że mi dokuczał. Właściwie nawet nie wiem czy mogę nazwać go kolegą. Kevin był mało uzdolnionym chłopcem, który akurat na mnie postanowił wyładowywać swoje frustracje. Dokuczał mi odkąd sięgam pamięcią i chyba nie sądził, że w końcu stracę panowanie nad sobą. Nie uderzyłem go mocno, ale wystarczająco by puściła mu się krew z nosa. Oparł się o ścianę, zasłaniając obolałą część ciała, a ja stałem, wpatrując się w niego w gniewie, wciąż z zaciśniętą pięścią. Pozostali uczniowie stali zamurowani i obserwowali nas w ciszy, którą nagle zakłóciły czyjeś kroki. Odwróciłem się i momentalnie zdałem sobie sprawę, ze swego położenia. Czy wspomniałem już, że miałem talent do pakowania się w kłopoty?


- To niebywałe! To oburzające! – pan Schilling wrzeszczał na nas w swoim gabinecie.
Co chwilę nerwowo spoglądałem na drzwi. Chciałem to mieć już za sobą, ale wątpiłem, żeby mi się upiekło. Miałem tylko nadzieję, że nauczyciel nie poinformuje mojego ojca, bo tego bym nie zniósł.
- Ale ja nic nie zrobiłem. To on mnie uderzył – tłumaczył się Kevin.
- Zamilcz! To ty go sprowokowałeś, więc nie myśl, że jesteś bezkarny! To wręcz nie do pomyślenia żeby kiepski uczeń jak ty szydził z lepszego od siebie! Rób tak dalej, a gwarantuję ci, że wylecisz z tej szkoły!
Spojrzałem na Kevina i zauważyłem, że wygląda tak jakby miał się zaraz rozpłakać. Nie żeby było mi go żal. Należało mu się. Mięczak.
- Masz na mnie patrzyć, kiedy mówię! – tym razem to do mnie nauczyciel skierował słowa i poczułem, że serce bije mi coraz szybciej. – Jeśli jeszcze raz uderzysz kolegę, to wezwę twojego ojca. A teraz obaj wystawcie ręce. Już!
Uczyniliśmy to z wyjątkową niechęcią, gdyż wiedzieliśmy już co nas czeka. Pan Schilling nie jedną linijkę już złamał i miałem nadzieje, że na mnie nie złamie następnej. Kevin rozpłakał się jak tylko dostał po palcach, przez co pogorszył swoją sytuację. Nauczyciel nie lubił mazgajstwa, więc przyłożył mu mocniej. Mi udało się wytrwać bez łez czy narzekania, ale to chyba dlatego, że wolałem już to, niż dostać od ojca po tyłku.


Zazwyczaj opuszczałem szkołę z radością, ale tym razem byłem zły. Palce wciąż mnie bolały, ale nie to mnie martwiło. Zdenerwowała mnie cała sytuacja. Miałem w szkole dobrą opinię. No, może czasami zdarzało mi się coś przeskrobać, w końcu w tym wieku to normalne, ale większych problemów nigdy nie stwarzałem. A teraz przez jeden głupi wybryk podpadłem nauczycielowi, choć właściwie bardziej obwiniałem o to Kevina niż siebie. Na początku nie przywiązywałem dużej wagi do jego wyzwisk, ale z czasem zacząłem doszukiwać się w nich sensu, przez co powstało pytanie „czy on czasem nie ma racji”?
- Oczywiście, że nie ma – mruknąłem pod nosem. – Nie jestem dziwny, po prostu odziedziczyłem kolor włosów po dziadku.
Fakt faktem wyróżniałem się dość mocno na tle mojej rodziny. Za równo rodzice jak i brat byli blondynami, a ja jakimś cudem miałem włosy czarne jak heban. Kontrastowały dość mocno z moją bardzo jasną cerą. Oczy również miałem jasne, wydawały się wręcz seledynowe. Moja matka zawsze mi powtarzała, że nadejdzie czas, gdy nikt nie będzie się mógł im oprzeć, choć wtedy nie za bardzo wiedziałem o co jej chodzi.
Kiedy opuściłem teren szkoły, ogromnie się zdumiałem. Na podjeździe stał czarny ford, a za kierownicą siedział mój ojciec i wyglądało na to, że na mnie czeka. Byłem zaskoczony, bo tata nigdy nie odbierał mnie ze szkoły. Był wysoko postawionym oficerem, więc miał wiele obowiązków. Pomijając już fakt, że byłem na tyle duży, że nikt nie musiał po mnie jeździć. Przez myśl przeszło mi nawet, że już zdążył się dowiedzieć o moim dzisiejszym wybryku, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że to przecież niemożliwe. Choć przyznaję, czasami wydawało mi się, że ojciec może wszystko.
Niepewnie otworzyłem drzwi i usiadłem na miejscu obok kierowcy.
- Dlaczego przyjechałeś? – spytałem zmieszany.
- Przecież masz urodziny, głuptasie. Myślałem, że się ucieszysz – tata uśmiechnął się i uruchomił silnik.
- Moje urodziny są dopiero jutro.
- Ale tylko dzisiaj mogłem wziąć wolne. Pomyślałem, że od razu pojedziemy kupić ci prezent. Co chciałbyś dostać?
- To może być cokolwiek?
- W granicach rozsądku.
- Hmmm... – zastanowiłem się przez chwilę. Miałem już pomysł. – No to chcę kota.
Ojcu raczej nie spodobała się moja sugestia, gdyż ujrzałem grymas na jego twarzy.
- Przecież masz już jednego. Po co ci drugi?
- Bawiłyby się razem. Koty są urocze.
- Nie sądzisz, że w tym wieku powinieneś już myśleć nieco bardziej praktycznie? Do czego przyda ci się drugi kot?
- No to w takim razie chcę aparat fotograficzny.
Tym razem ojciec również nie wyglądał na zachwyconego.
- Nie mogłeś wymyślić czegoś mniej kosztownego?
- Owszem, kota.
- No dobrze, niech będzie ten aparat – westchnął tata, a ja poczułem nieopisaną wręcz satysfakcję, że tak łatwo udało mi się go przekonać.
Udaliśmy się prosto do sklepu i prawie już zapomniałem o dzisiejszym incydencie, gdy nagle tata skupił wzrok na moich wciąż zaczerwienionych palcach. Pragnę tu zaznaczyć, że był człowiekiem wyjątkowo spostrzegawczym i domyślnym, co za pewne tłumaczyło jego wysokie stanowisko.
- Ulrich?
- Tak? – spytałem z trwogą w głosie, gdyż po tonie głosu ojca domyśliłem się, że nie jest zadowolony.
- Co znowu przeskrobałeś?
- Nic takiego, drobiazg. Pokłóciłem się z kolegą... – zamilkłem, nie chciałem zdradzać całej prawdy.
- To wszystko?
- I... uderzyłem go – wymamrotałem. – Ale to on zaczął, przysięgam.
Nie wiedzieć czemu tata był jedyną osobą, przy której nie umiałem kłamać. Po prostu miałem wrażenie, że przed nim nic się nie ukryje.
- Wyjątkowo ci daruję – usłyszałem i odetchnąłem z ulgą. – Ale następnym razem nie będę już tak pobłażliwy.
Dobry humor mi powrócił. Nie mogłem się doczekać aż wrócę do domu i pochwalę się prezentem, ale najbardziej nie mogłem doczekać się spotkania z bratem. Byłem ciekaw czy ma dla mnie jakąś niespodziankę.


Jak tylko dojechaliśmy do domu, wyleciałem z samochodu jak z burza. Chciałem jak najszybciej pochwalić się mamie prezentem, jednocześnie wyobrażając sobie zazdrość kolegów z klasy jak już im powiem. Mieszkałem w dużej posiadłości, więc musiałem przebiec przez cały hol i szukać mamy po pokojach. Znalazłem ją w salonie jak czytała książkę.
- Spójrz co dostałem! – wykrzyknąłem podekscytowany i wyjąłem aparat z paczki.
Mama spojrzała na mnie zaskoczona, ale odezwała się dopiero jak ojciec wszedł do pokoju.
- Mówiłam ci żebyś nie przesadzał. Jeszcze go zepsujesz takimi kosztownymi prezentami.
- Zawsze wychodzę z założenia, że jeśli coś jest przydatne, to nie należy skąpić na to pieniędzy. – Tata objął mamę i pocałował w policzek. Chyba ją przekonał.
- Poczekajcie, zrobię wam zdjęcie – oznajmiłem.
Ojciec pomógł mi wszystko ustawić i zainstalować, a wtedy zrobiłem pierwsze w swoim życiu zdjęcie, uwieczniające moich rodziców.
- Jest Eryk? – spytałem.
- Jeszcze nie wrócił – odparła matka. – Może byś tak zjadł obiad? Wiem, że rozpiera cię energia, ale obiad jest ważniejszy od twojej nowej zabawki.
Posłusznie zjadłem posiłek razem z rodzicami. Właściwie nie do końca posłusznie, bo z tego wszystkiego nie byłem głodny i sporo zostawiłem, ale chyba mnie rozumieli, bo pozwolili wcześniej odejść od stołu.
Kiedy wszedłem do pokoju, kot od razu zaczął się o mnie łasić. Był biało-bury, a nazwałem go dość infantylnie „herr Miau Miau”. Zrozumcie jednak, że dostałem go w wieku sześciu lat, więc raczej nie było wtedy mowy o wyszukanym nazewnictwie. Pogłaskałem go i zacząłem wypatrywać Eryka przez okno. Chciałem mu zrobić niespodziankę.
W końcu wyłonił się zza rogu, jadąc na rowerze. Ucieszyłem się ogromnie. Choć brat był ode mnie starszy aż o sześć lat, rozumieliśmy się świetnie. Czasami dokuczaliśmy sobie nawzajem, jak to u braci zazwyczaj bywa, ale dobrze się między nami układało. Traktowałem Eryka jako wzór do naśladowania. Mówi się, że nie ma ludzi doskonałych, ale ja zawsze uważałem brata za ideał. Miał świetną opinię zarówno w szkole jak i w Hitler-Jugend, był dobrze zbudowany i wysoki jak na swój wiek, a blond włosy i niebieskie oczy tylko go uszlachetniały. Jakikolwiek był jego cel, kimkolwiek miał się stać, ja chciałem być taki jak on.
Przygotowałem aparat tak jak pokazał mi ojciec, a zobaczywszy, że Eryk wchodzi do domu, szybko ustawiłem się przed drzwiami. Zamierzałem zrobić bratu niespodziankę, której nigdy nie zapomni. Gdy drzwi się otworzyły krzyknąłem „uśmiech” i zrobiłem zdjęcie. Wtedy usłyszałem trzask. Okazało się, że to nie mój brat wszedł tylko służąca z herbatą dla mnie. Biedna dziewczyna wystraszyła się i taca wypadła jej z rąk.
- Przepraszam. Naprawdę przepraszam – przejąłem się. Czułem się jak idiota.
Chciałem nawet pomóc jej sprzątać, ale służąca mnie powstrzymała, mówiąc, że sobie sama poradzi.
- Dlaczego straszysz pokojówki? – Eryk zaśmiał się wchodząc do pokoju. Mój plan z niespodzianką diabli wzięli, więc stałem naburmuszony. Brat zauważył, że trzymam w rękach aparat. – Widzę, że tata cię rozpieszcza – rzekł bardziej z żartem niż pogardą. – Ale ja mam dla ciebie coś znacznie lepszego.
- Naprawdę? Co? No co?
- Daj mi chwilę. Muszę się przebrać i coś zjeść. Przyjdź do mojego pokoju za dwadzieścia minut.
Przytaknąłem. Byłem bardzo podniecony i te dwadzieścia minut ciągnęło się niemiłosiernie.
- No pokaż wreszcie co to jest! – wpadłem do pokoju brata jak burza. Nie mogłem już dłużej czekać.
- Usiądź spokojnie, to ci pokażę.
Uczyniłem tak jak mi powiedział, ani na chwilę nie tracąc go z oczu. Eryk sięgnął do kuferka, który trzymał pod łóżkiem i wyjął z niego scyzoryk z oprawą z kości słoniowej, inkrustowanej srebrem, który swego czasu dostał od wujka Hansa. Rozdziawiłem usta w zdumieniu. Czy on naprawdę chciał mi go dać?
- To o wiele bardziej męski prezent – oznajmił.
- Na serio chcesz mi go dać? Przecież go uwielbiasz.
- Dam ci go jeśli mi coś obiecasz. Nieważne co będzie się działo, nigdy nie okażesz słabości, rozumiesz?
- Rozumiem.
Eryk dał mi scyzoryk, a potem poczochrał mi włosy, uśmiechając się.
- Dobry z ciebie dzieciak. Słuchaj się taty, słuchaj się mnie, a na pewno wyjdziesz na ludzi.
Cieszyłem się, że mam takiego brata.


Ostatnio przytrafiały mi się ciągłe niespodzianki. Największa z nich spotkała mnie w Hitler-Jugend. Nauczyciel poprosił mnie do swojego gabinetu, a ja zastanawiałem się co takiego mogłem przeskrobać. Okazało się, że bynajmniej nie chciał mnie skarcić, za to wręczył mi... prezent.
- Wiem, że lubisz koty, Ulrich, więc chciałbym żebyś się nim zaopiekował. – Wręczył mi białego kotka, a mnie na moment zatkało. – Dobrze się czujesz, chłopcze?
- Skąd pan wiedział, że mam urodziny? – palnąłem.
Nauczyciel przez chwilę wyglądał na zbitego z tropu, ale szybko się zreflektował.
- To tajemnica – powiedział. – Tylko nie mów nikomu, że ci go dałem. Zaopiekuj się nim. Uznaj to za zadanie.
- Naprawdę mogę go wziąć?
- Naprawdę. A teraz idź już do domu. Zwalniam cię.
- Naprawdę?
- Po prostu już idź.
Poszedłem do domu wcześniej, z kotkiem na rękach i wręcz nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nauczyciel, który fundował nam codzienną musztrę i nad nikim się nie litował, nagle zrobił się miły. Gdybym był starszy, pewnie miałbym więcej podejrzeń, ale ja uznałem, że ta cała hojność wynika z moich urodzin.
Sądziłem, że matka będzie bardziej zdziwiona na widok prezentu, ale po chwili doszedłem do wniosku, że to pewnie ona powiedziała nauczycielowi o moich urodzinach i od początku o wszystkim wiedziała. Ponieważ kot był cały biały nazwałem go Śnieżek. Pozostawało go jeszcze zaprzyjaźnić z herr Miau Miau. Jak tylko starszy kot zobaczył młodego, fuknął. Zaprzyjaźnianie ich miało się chyba okazać trudniejsze niż myślałem.


Mieszkałem na obrzeżach Berlina i do lasu miałem kilka kroków. Nie przeszkadzała mi odległość do centrum, za to cieszyłem się, że mogę w każdej chwili zażyć trochę świeżego powietrza na łonie natury. Swego czasu Eryk z ojcem zawiesili mi huśtawkę na jednym z drzew, z dala od drogi, tak że mogłem kompletnie się wyciszyć. Byłem typem indywidualisty i już jako dziecko lubiłem mieć kąt tylko dla siebie. Oczywiście miałem przyjaciół i spotykałem się z nimi, ale od czasu do czasu potrzebowałem przebywać sam.
Pewnego dnia mój cichy kącik został odkryty przez intruza. Pamiętam jaki byłem wściekły, gdy ujrzałem, że na mojej huśtawce siedzi kompletnie obca dziewczynka. Była w podobnym wieku co ja i miała długie, brązowe włosy oraz zieloną sukienkę. Nie zauważyła mnie, więc dałem o sobie znać w niezbyt grzeczny sposób.
- Hej, to moja huśtawka! Idź sobie!
Dziewczynka spojrzała na mnie, początkowo zdziwiona, a następnie zmarszczyła brwi.
- A co? Jest podpisana twoim imieniem i nazwiskiem?
Z jej tonu wnioskowałem, że ma mnie gdzieś, więc zepchnąłem ją z huśtawki i scyzorykiem od Eryka wygrawerowałem „Ulrich Richter”.
- Teraz już jest – powiedziałem z dumą, sądząc, że wygrałem, lecz po chwili dostałem kopniaka w kostkę.
- Gdzie cię nauczyli dobrych manier? – rzekła dziewczyna.
- Mógłbym się o to samo spytać ciebie.
- To ty zacząłeś, chamie!
- Ty mi zajęłaś huśtawkę!
- Bo była wolna!
- Dobra! Dość tego! Zazwyczaj nie biję dziewczyn, ale ty się nie zachowujesz jak dziewczyna. – Przyjąłem pozę bojową, ale zanim cokolwiek zdążyłem zrobić, dostałem w nos.
W tym momencie jakimś cudem nabrałem szacunku do nieznajomej. Wciąż byłem na nią zły, ale mi zaimponowała. Dotknąłem nosa. Na szczęście nie był uszkodzony.
- Posłuchaj, zróbmy tak – rzekłem już spokojniej. – Będziemy się huśtać na zmianę. Ja będę ciebie popychał, a ty będziesz mnie. Pasuje?
- Pasuje – przytaknęła dziewczyna, a ja wtedy po raz pierwszy ujrzałem jej uśmiech. – Jak się nazywasz?
- Ulrich, a ty?
- Estera.
- Dziwne masz imię.
- To mogę się wreszcie pohuśtać?
Pozwoliłem jej. Usiadła, a ja popchnąłem ją, żeby pomóc się jej rozbujać.
- Gdzie ty się nauczyłaś tak bić? – spytałem nagle. Nos i noga jeszcze mnie trochę bolały.
- Mam samych braci, więc przyzwyczaiłam się do zabaw chłopców.
Fakt, że ktoś znalazł moją kryjówkę przestał mi przeszkadzać. Dość szybko zaprzyjaźniłem się z Esterą i w wolnych chwilach spotykaliśmy się na huśtawce. Niewiele wiedziałem o tej dziewczynie, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Póki mogliśmy się bawić, nic nie miało znaczenia. Moje życie przypominało sielankę. Byłem szczęśliwy, niczego mi nie brakowało. Miałem wspaniałą rodzinę, dom, a przede wszystkim marzenia. Nie wiedziałem jednak, że aby je osiągnąć, będę musiał wyzbyć się niewinności bardzo szybko. Za szybko.
Wkrótce spadł pierwszy śnieg, minął listopad, przyszedł grudzień. Zbliżał się koniec roku 1932, a ja dalej marzyłem. Marzyłem że kiedyś będę taki jak mój brat, prawdziwy przedstawiciel rasy panów.


- Dzisiaj na kolację przyjdzie major Miller z rodziną, więc się zachowuj – zakomunikował mi ojciec przy śniadaniu.
Nie znałem zbytnio tego człowieka, spotkałem go może raz w życiu, ale nie miało to znaczenia. Wszyscy dorośli byli dla mnie podobni. Ich świat wydawał mi się tak odległy, że wręcz nieosiągalny, ale coraz bardziej się do niego zbliżałem.
Major przybył z żoną i z córką Heidi. Była w wieku mojego brata. Piegowata, z rudymi włosami zaplecionymi w warkoczyki. Miała na sobie błękitną sukienkę z białym kołnierzykiem  i dopasowane do niej kokardy we włosach. Jednak mylnym wrażeniem mogłoby być uznanie jej za grzeczną dziewczynkę. Przekonałem się o tym, gdy spadł mi widelec i schyliłem się by go podnieść. Ujrzałem jak stopa Heidi bezwstydnie porusza się wzdłuż nogi Eryka. Podniosłem się zmieszany i spojrzałem na brata, który skupiał swój wzrok na dziewczynie, bynajmniej nie zażenowany tym co dzieje się pod stołem, wręcz zadowolony. Obserwowałem tę wymianę spojrzeń między nastolatkami, jednocześnie nasłuchując rozmów dorosłych, którzy pochłonięci własnym światem, nie zwracali uwagi na dzieci.
- Ten rok nie należał do najlepszych – stwierdził major, bawiąc się kieliszkiem.
- Cała ta afera z Hitler-Jugend bardzo rozzłościła Eryka – powiedział ojciec. – Dobrze, że von Papen wziął się do roboty i cofnął ten irracjonalny zakaz.
- To drobiazg w porównaniu z kryzysem ekonomicznym. Jeśli będzie się pogłębiać, to odbije się na nas wszystkich. Szczerze liczę na to, że Hitler dojdzie do władzy i coś z tym zrobi.
- Cały problem polega na tym, że podatki są w dużej mierze marnowane. W naszym kraju żyją setki tysięcy kalek, nie wspominając już o ludziach starych. To ogromne obciążenie dla państwa i od tego należałoby zacząć. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie stać nas na utrzymywanie tych wszystkich bezużytecznych osób.
Kompletnie nie rozumiałem tej rozmowy i zastanawiałem się, czemu im się zawsze chce dyskutować o takich nudnych rzeczach. Ja wolałem się bawić, wszystko zdawało się takie proste, ale dopiero zaczynałem poznawać świat.


Wszedłem do pokoju brata nieco zakłopotany. Nie chciałem mu przeszkadzać, ale musiałem go o coś zapytać. Taki już byłem, że prawie z wszystkimi pytaniami udawałem się do Eryka. Wydawał mi się taki dojrzały, taki doświadczony, a poza tym mu ufałem i zadawałem pytania, które wstydziłbym się zadać komuś innemu. Widziałem, że jest zajęty pisaniem, ale gdy wszedłem, spojrzał na mnie i nie było w jego oczach gniewu. Doszedłem do wniosku, że mogę mu zająć chwilę.
- Jak było dziś w szkole? – spytał. Chyba przeczuwał, że czegoś od niego chcę. Znał mnie na wylot.
- W porządku. Był dziś u nas jakiś pan z ministerstwa i mieliśmy wykład o czystości rasowej – odparłem.
- I czego się nauczyłeś?
- No właśnie... ja to nie do końca rozumiem – zarumieniłem się. Tym razem bałem się, że nawet brat uzna mnie za głupka.
- Powiedz z czym masz problem, to ci wszystko wyjaśnię.
- Chodzi mi o to, że... czy to prawda, że Żydzi się tak od nas różnią, bo mi się zawsze wydawali podobni? – czułem, że palnąłem głupotę na poziomie pięciolatka i tylko czekałem aż Eryk zacznie się śmiać. To jednak nie nastąpiło.
Na chwilę odłożył kartkę i pióro.
- Ulrich, ja wiem, że to ci się może wydawać skomplikowane. Pewnie myślisz, że wszystko co ma głowę, ręce i nogi to jedno i to samo, ale tak nie jest. Nie wszyscy ludzie są tacy sami. Powiedziałbym nawet, że nie wszystkich można nazwać ludźmi.
- Nie?
- Powiedz mi, słyszałeś kiedykolwiek o konspiracji?
- Jakiej konspiracji? – zaniepokoiłem się. Wszystko co mówił mi Eryk brałem bardzo na poważnie.
- Żydowskiej oczywiście. Myślisz, że to przypadek, że zajmują tak ważne zawody? Oni nas chcą po prostu wyprzeć. Pomijając już fakt, że co drugi to lichwiarz. Bogacą się naszym kosztem, podczas, gdy wielu Niemców głoduje.
- Nie wiedziałem – rzekłem z jeszcze większym przejęciem.
- To teraz już wiesz. I lepiej weź sobie moje słowa do serca żebyś potem nie żałował. Niech cię nie zwiedzie jeśli któryś z nich będzie chciał wejść w twoje łaski. Każdy z nich tylko czeka żeby wbić ci nóż w plecy.
Gdyby brat mi powiedział, że Ziemia ma kształt banana, a Księżyc jest wielkości piłki to też bym mu uwierzył. Nie chodziło o to, co on mówi, czy jak, tylko o to, że on to mówi. Byłem wobec niego całkowicie bezkrytyczny i Eryk umiał to wykorzystać, choć wiem, że w głębi duszy chciał dla mnie dobrze. Jak zobaczył moje przerażenie zrobiło mu się wręcz przykro.
- Hej, ale się nie martw. My sobie poradzimy z tym problemem – poczochrał mi włosy swoim zwyczajem.
Postanowiłem nie poruszać już więcej tego tematu i zająć się czymś innym.
- Co to jest? – chwyciłem częściowo zapisaną kartkę.
- Oddawaj!
- Droga Heidi, już nie mogę się doczekać, kiedy się z tobą spotkam i... – zdążyłem przeczytać tylko tyle nim Eryk wyrwał mi kartkę.
- Lepiej wracaj już do siebie. Pobaw się z kotami albo coś. – Chyba pierwszy raz widziałem jak Eryk się rumieni. Zachichotałem i zgodnie z sugestią poszedłem do kotów.


Sądziłem, że po tym jak parę razy dostał ode mnie w pysk, Kevin wreszcie sobie daruje i przestanie mnie przezywać, ale chyba go nie doceniłem. W wielu dziedzinach zostawał w tyle, ale nadrabiał uporem. Myślę, że wykład o czystości rasowej jeszcze bardziej go rozjuszył.
Siedziałem spokojnie w szatni, przed zajęciami z wychowania fizycznego i wiązałem buty, gdy nagle usłyszałem:
- Ty, kundel bury i kocury, posuń się.
Spojrzałem na Kevina z mieszanką złości i niedowierzania, a on dalej robił swoje.
- Przepraszam, kocury są w domu, został tylko kundel – dodał.
Wstałem, a Kevin odruchowo się odsunął. Wiedział do czego jestem zdolny, ale chyba nie sądził, że jeszcze odważę się mu przylać, znając konsekwencje. W zasadzie dobrze myślał. Nie zamierzałem go bić, nie teraz. W końcu zdobyłem się na racjonalne myślenie i dokładnie przeanalizowałem sytuację zanim zdecydowałem się działać.
- Zmierzmy się poza szkołą – zaproponowałem.
- Słucham? – Kevin się zdziwił.
- Wyzywam cię na pojedynek, idioto.
Chłopak przez chwilę wpatrywał się we mnie. Widziałem, że się waha, że chce coś powiedzieć, ale nie wie co.
- A co jeśli się nie zgodzę? – wreszcie rzekł stanowczo i skrzyżował ręce na piersi.
- To wtedy będziesz tchórzem – odezwał się inny chłopiec, który usłyszał naszą rozmowę.
- Największym tchórzem z wszystkich tchórzy – zawtórował mu inny.
- A do tego słabeuszem.
- I mięczakiem.
- I nikt nie będzie chciał się z tobą bawić.
- Ani dzielić się ciastkami.
Zauważyłem, że zebrała się wokół nas spora grupka kolegów. Uśmiechnąłem się, bo wygrałem. Nie ważne czy Kevin się zgodzi, czy nie, miałem go w szachu.
- W porządku, zmierzę się z tobą – jednak chłopak nie wytrzymał presji. – Tylko kiedy?
- Niech będzie w przyszłym tygodniu. Dam ci trochę czasu na przygotowanie się – powiedziałem kpiącym tonem. I tak nie miał ze mną szans. Wreszcie dopiąłem swego.


Uwielbiałem śnieg, pewnie wiązało się to z jazdą na sankach. Wciąż spotykałem się z Esterą przy huśtawce, tylko zamiast się huśtać, ostatnio bardziej upodobaliśmy sobie zjeżdżanie. Czasem urządzaliśmy wyścigi, a czasem wsiadaliśmy na jedne sanie i sunęliśmy z najwyższego pagórka. Taką przyjemność sprawiała nam zabawa na powietrzu, że nigdy nawet nie odwiedzaliśmy się w domach. Dopiero po pewnym czasie przyszło mi do głowy, że może powinienem to zaproponować.
- Nie chciałabyś do mnie wstąpić? Mam dwa koty i inne ciekawe rzeczy. Mielibyśmy świetną zabawę – zasugerowałem, otrzepując się z śniegu.
- Mama nie pozwala mi chodzić do obcych domów.
- Ale jak raz tam przyjdziesz, to już nie będzie obcy.
- Musiałabym się spytać.
Wtedy przyszedł mi do głowy inny pomysł.
- A może ja mógłbym do ciebie wpaść?
Estera przez chwilę się zastanawiała, po czym na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Właściwie czemu nie? Chodźmy!
Ucieszony ruszyłem za dziewczynką. Mieszkała trochę dalej ode mnie, ale dotarliśmy na miejsce w mniej niż pół godziny. A tak przynajmniej sądziłem, że jesteśmy na miejscu, bo do środka nigdy nie wszedłem. Estera zatrzymała się gwałtownie, jakieś dwadzieścia metrów przed rzędem domów i zamarła. Nie wiedziałem o co jej chodzi póki nie zobaczyłem antyżydowskich napisów na jednym z nich. Takie rzeczy zdarzały się już wcześniej i nie były mi obce. Pamiętam nawet jak raz Eryk mi się chwalił, że obsmarował dom jakiejś żydowskiej rodziny.
Zauważyłem, że sznurek od sanek wypadł dziewczynce z rąk, a po jej policzkach spływają łzy. Domyśliłem się wszystkiego, ale nie zdobyłem się na jakiekolwiek słowo. Patrzyłem jak Estera pochyla głowę, a łzy zaczynają płynąć coraz obficiej. Nie pamiętam jak długo tam stałem, ale wiem, że nie powiedziałem nic. Nie wiedziałem co powiedzieć, nawet nie wiedziałem co myśleć. W pewnym momencie po prostu powoli się oddaliłem, ciągnąc za sobą sanki. Szedłem w kierunku domu, wlepiając wzrok w pokryty śniegiem chodnik.


Nie spodziewałem się, że tylu uczniów przyjdzie zobaczyć mój pojedynek z Kevinem. Wolałbym to załatwić po cichu i mieć spokój. Nie zamierzałem się popisywać i ignorowałem doping kolegów. Dla nich to było wielkie widowisko i dobra zabawa. Może gdyby ktoś inny się bił, zachowywałbym się podobnie jak oni, ale z mojej obecnej perspektywy chciałem, by ta walka jak najszybciej się skończyła.
Ku zaskoczeniu wszystkich Kevin zaatakował pierwszy. Pewnie chciał udowodnić, że się nie boi, choć widziałem nerwowość w jego oczach. Nie był kompletnym słabeuszem, bo udało mu się mnie parę razy uderzyć, jednak głównie dlatego, że grał nieczysto. Kiedy zupełnie się tego nie spodziewałem, sypnął mi piaskiem w oczy, a wtedy zacząłem otrzymywać cios za ciosem. To mnie tylko rozwścieczyło. Jak mogłem dostać od takiego śmiecia? Nie mogłem pozwolić by mnie skompromitował. Walnąłem go w brzuch, zgiął się w pół, a wtedy położyłem go na łopatki prawym sierpowym. Właściwie mogłem go tak zostawić, bo i tak nie był już w stanie kontynuować walki, ale powstrzymywały mnie przed tym okrzyki kolegów.
- Dołóż mu!
- Tak żeby nie wstał!
- Pokaż mu gdzie jego miejsce!
Sprowokowany uderzyłem go jeszcze raz, a potem kolejny. Przestałem, gdy zdałem sobie sprawę, że jest nieprzytomny. Normalnie bym się zaniepokoił, próbował go ocucić, ale jakimś cudem wtedy nie czułem nic. Być może to przez napływ adrenaliny stałem tam wyjałowiony z wszelkich ludzkich odruchów, z krwią rozmazaną na wciąż zaciśniętej pięści. Nie docierały do mnie głosy z zewnątrz, przez chwilę wręcz wydawało mi się, że czas spowolnił. Do nikogo nie odezwałem się ani słowem, nawet nie wiem czy ktokolwiek się o coś pytał. Po prostu obróciłem się na pięcie i odszedłem z miejsca bójki. Dopiero później dotarło do mnie co zrobiłem i zacząłem się bać konsekwencji. Kevin nie przyszedł następnego dnia do szkoły i miałem obawy, że wieści o bójce mogą jakoś dotrzeć do mojego ojca. O dziwo, to nie nastąpiło.


Zazwyczaj chodziłem na huśtawkę kilka razy w tygodniu, ale tym razem musiało minąć więcej czasu bym się wreszcie zdecydował. Co jeśli spotkam Esterę? Co powinienem jej powiedzieć? Nie umiałem przestać zadawać sobie pytań. Jeszcze nigdy nie czułem się tak rozdarty. Z jednej strony chciałem dalej się z nią przyjaźnić, ale z drugiej wciąż pamiętałem słowa Eryka i nie dawały mi one spokoju. A jeśli miał rację? A jeśli Estera cały czas udawała moją koleżankę? Naprawdę straciłem do niej zaufanie. Czułem się zagubiony, sam nie wiedziałem komu wierzyć.
Kiedy przybyłem nad huśtawkę, Estera już tam siedziała. Bardzo nieznacznie bujała się w tył i w przód, wlepiając wzrok w ziemię. Podszedłem bardzo powoli, pełen niepewności i obaw. Spojrzała na mnie i przez chwilę widziałem lekki uśmiech na jej twarzy. Zrobiło mi się głupio. Zacisnąłem pięści zastanawiając się jakby to było gdybym o niczym się nie dowiedział. Czasami prawda okazywała się złem.
- Nie przychodź już tu więcej. Tata zabronił mi się z tobą spotykać – skłamałem. Stwierdziłem, że tak będzie dla niej lepiej, może nie znienawidzi mnie kompletnie. Estera momentalnie przestała się bujać.
- Przecież nie musi o niczym wiedzieć – rzekła z nadzieją w głosie.
- Nie znasz go. Jest bardzo surowy.
Więcej już nie umiałem powiedzieć, rozmowa i tak zupełnie się nie kleiła. Przez sekundę jeszcze zastanawiałem się co dalej robić, aż zdecydowałem, że najlepiej będzie po prostu wrócić do domu. Zostawiłem Esterę na huśtawce, a następnego dnia już tam nie przyszła. Ani kolejnego, ani jeszcze kolejnego. Właściwie, nie przyszła już nigdy.

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,309,796 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2019 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.