Grudzień 13 2018 00:17:52
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Sztuka krzywdzenia - Rozdział III
Po pamiętnym dniu wizytacji, zdobyłem niezwykłą popularność wśród kolegów. Początkowo bałem się, że będą zawistni, ale tak się nie stało. Owszem, zazdrościli mi trochę, ale również podziwiali i szanowali. Stałem się dla nich wzorem, tak jak niegdyś mój brat dla swoich kolegów i dla mnie. Karl cieszył się moim szczęściem i chyba rozpierała go duma, że to on jest moim najlepszym przyjacielem. Wiele osób zgłaszało się do mnie, bym i pomagał w różnych sprawach, ale Karlowi poświęcałem najwięcej uwagi.
Okazało się jednak, że nie wszyscy żywili do mnie szacunek. Pamiętam to dokładnie, jakby zdarzyło się wczoraj. Wracałem z prysznica, gdy Heinz zagrodził mi drogę. A należy tu zaznaczyć, że posturę miał imponującą. Przypominał mi trochę Eryka. Był wysoki, dobrze zbudowany, o typowo aryjskiej urodzie. Wyglądałem przy nim dość niepozornie.
- Wydaje ci się, że jak masz pieniądze, to jesteś lepszy od innych? – warknął.
Nie sądziłem, by chciał się wdawać ze mną w bójkę, bo groziła za to surowa kara, ale wyraźnie mnie zaczepiał.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. – Próbowałem przejść, ale mnie nie przepuścił.
- Ja muszę ciężko pracować, a tobie wystarczy nazwisko, co?
Zdenerwowałem się. Jeszcze raz spróbowałem przejść, ale wtedy dostałem pięścią w twarz. Siła ciosu sprawiła, że mnie zamroczyło i przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Upadłem na posadzkę i zauważyłem, że Heinz szykuje się do kolejnego ataku. Jedyne co mi pozostawało, to zrobić unik i oddać mu, co zresztą uczyniłem. Nie miałem szans w dłuższej walce, ale nim doszło do czegoś poważniejszego, rozdzielił nas jeden z nauczycieli.
- Właśnie się doigraliście! Do karceru! Obaj! – wrzasnął.


W hitlerowskiej szkole panowały surowe zasady, zwyczaje wręcz spartańskie. Każde przewinienie groziło poważnymi konsekwencjami. Choć karcer kojarzy się raczej z więzieniem, karanie nim uczniów nie było niczym niezwykłym. Jeśli ktoś był za słaby psychicznie by wytrzymać, to znaczyło, że nie był godzien noszenia munduru elitarnej szkoły.
Ja nie załamałem się ani razu. Odsiedziałem swoje ze stoickim spokojem. Co prawda uważałem, że ukarano mnie niesprawiedliwie, ale nawet przez myśl mi nie przeszło by kłócić się z nauczycielami. Tylko głupiec buntowałby się przeciwko wyższym stopniem. Gdyby nie moje posłuszeństwo i skrucha, możliwe, że skończyłbym znacznie gorzej.
Po wypuszczeniu zostałem zaprowadzony wraz z Heinzem do gabinetu naczelnika. Obawialiśmy się jego gniewu, ale przywitał nas spokój wskazując, że emocje trochę opadły.
- Jesteście jednymi z najlepszych uczniów w tej szkole. Możliwe, że jednymi z najlepszych od czasów jej założenia – mężczyzna zbliżył się do nas, po czym zwrócił się bezpośrednio do mnie. – Wybitne osiągnięcia twojego brata będą zawsze pamiętane. Stanowił wzór dla wszystkich kolegów. Teraz, jako oficer, wreszcie ma szansę zrobić coś ważnego dla Rzeszy. W tak młodym wieku, takie osiągnięcia. Niebywałe! Ale ty również możesz taki się stać. Musisz jednak wyzbyć się tych małych słabostek, przez które wpadasz w kłopoty.
- Tak jest! – odpowiedziałem z przekonaniem.
Naczelnik przeniósł wzrok na Heinza i podszedł do niego.
- Co zaś do ciebie, to masz wielki potencjał, ale jesteś zbyt impulsywny. Najwyższy czas byś zrozumiał, gdzie twoje miejsce. Naucz się panować nad emocjami, a gwarantuję ci wielką karierę.
Gdy już naczelnik skończył prawić nam morały, usiadł za biurkiem i przeszedł do konkretów.
- Dam wam szansę się zrehabilitować. Wreszcie będziecie mieli okazję sprawdzić się w akcji. Prawdziwej akcji. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie.
Serce zabiło mi szybciej. Tak długo na to czekałem. W końcu uda mi się udowodnić, że jestem godny nazwiska Richter.


Opuściliśmy mury szkoły i zaprowadzono nas do człowieka, który miał nam wydawać rozkazy. Był nim młody oficer SS, który przedstawił się jako porucznik Kuhn. Choć wyglądał na zaledwie dwadzieścia pięć lat, jego masywna sylwetka budziła szacunek. Przy nim i Heinzu czułem się jak chucherko, mimo że moje osiągnięcia wyraźnie wskazywały, że nie należę do słabeuszy.
- Otrzymaliśmy donos o młodej, żydowskiej parze ukrywającej się w opuszczonym domu nieopodal. Waszym zadaniem jest ich pojmać – oznajmił oficer.
Dostaliśmy po karabinie i to już wystarczyło by podskoczyła mi adrenalina. Czułem się jak profesjonalista. Udaliśmy się, wraz z porucznikiem, na miejsce zdarzenia. Mimo, że zadanie wyglądało na bardzo typowe, przez całą drogę serce waliło mi jak młot. Ogarnęła mnie podekscytowanie. Fakt, że pozwolono mi wziąć udział w prawdziwej akcji napawał mnie dumą. Niech no tylko opowiem wszystko Erykowi. Na pewno się ucieszy.
Dom znajdował się na obrzeżach miasta i nie należał do dużych, ale miał dwa piętra, wliczając parter. Gdy się zbliżyliśmy, padły strzały z górnej kondygnacji. Nie ukrywam, wystraszyłem się, ale na szczęście żadnemu z nas nic się nie stało. Ukryliśmy się za wielkim dębem, rosnącym nieopodal i rozpoczęliśmy ostrzał domu. Tym razem moje podekscytowanie połączył się z niepokojem. Zrozumiałem, że to nie zabawa, jeden fałszywy ruch mógł być tragiczny w skutkach.
Sądzę, że wymiana ognia nie miała większego sensu, ale porucznik liczył na to, że przeciwnikowi skończy się amunicja. Tak się jednak nie stało i wyglądało na to, że wróg jest lepiej uzbrojony niż myśleliśmy. Nie sposób było dostać się do środka, gdyż groziło to trafieniem. Jednak nasz obecny dowódca był sprytnym człowiekiem i zaświtała mu w głowie myśl.
- Richter, podpal dom. Będziemy cię osłaniać – padł nagle rozkaz.
Zawahałem się. Nie chodziło bynajmniej o strach, po prostu nie spodziewałem się takiego polecenia.
- Słyszysz co do ciebie mówię?! – porucznik się zdenerwował.
- Ja to mogę zrobić! – z dumą oznajmił Heinz i spojrzał na mnie kpiąco.
- Poradzę sobie – zreflektowałem się nagle. Nie mogłem wyjść na tchórza.
Wykonałem rozkaz bez mrugnięcia okiem, a w zasadzie wykonaliśmy, bo Heinz skoczył do sąsiedniego domu po materiały. Wziąłem duży kij, obwiązałem szmatami i polałem benzyną, a następnie podpaliłem. Tak przygotowaną pochodnię cisnąłem w stronę wiadomego budynku. Ogień rozprzestrzenił się bardzo szybko i wkrótce cały dom płonął jak gigantyczna pochodnia. Sądziłem, że ukrywająca cię w środku para podda się i wybiegnie na zewnątrz, unikając płomieni, ale to nigdy nie nastąpiło. Obserwowałem palący się budynek w coraz większym szoku. Nie mogłem uwierzyć, że oni naprawdę tam zostali, że wybrali śmierć w płomieniach. Śmierć, którą sam im zgotowałem. Wykonywałem tylko rozkazy, ale to moja ręka podłożyła ogień. Ta myśl nie dawała mi spokoju.
Kiedy płomienie ustały, porucznik nakazał Heinzowi wejść do zniszczonego domu i zrzucić z góry ciała. Wiedziałem, że czuł obrzydzenie, ale nie okazał tego.
Nagle poczułem okropny swąd i ujrzałem dwa, koszmarnie opalone trupy. Widok był tak potworny, że poczułem jak żołądek odwraca mi się do góry nogami. Przyłożyłem sobie rękaw do nosa by nie czuć smrodu.
Oficer ani trochę nie okazywał niesmaku. Widziałem wręcz jak się uśmiecha. W pewnym momencie stanął na zwłokach należących do kobiety, a na jego twarzy odmalował się niebywały wyraz satysfakcji. Zaczął deptać trupa z takim zadowoleniem, jakby dopiero to pozwalało mu w pełni napawać się zwycięstwem.
Przez pewien moment byłem jakby nieobecny duchem. Do rzeczywistości przywołał mnie dopiero głos porucznika, który zarządził powrót.
- Czy mogę... iść za potrzebą? – wydukałem.
- Byle szybko!
Pobiegłem w krzaki, ale wcale nie po to, żeby się wysikać. Jak tylko znikłem reszcie z pola widzenia, zwymiotowałem. Kompletnie pozbyłem się zawartości żołądka, choć wiele w nim nie było. Zrobiło mi się słabo, ale za nic nie mogłem dać tego po sobie poznać. Postarałem się oczyścić umysł i opanować emocje. Wróciłem, kiedy byłem pewny, że nie skompromituję się przed innymi.


Wieczorem usiadłem przy szafce i postanowiłem napisać list do brata. Brakowało mi go, bardzo potrzebowałem z nim porozmawiać, ale jedyne, co mogłem zrobić, to przelać swoje uczucia na papier i czekać, aż dostanę odpowiedź.

Drogi Eryku

Napisałem nagłówek i zacisnąłem dłoń na piórze. Szukałem odpowiednich słów, zastanawiałem się, co powinienem powiedzieć, a co lepiej opuścić i zrozumiałem, że czeka mnie trudne zadanie, bo ścierały się we mnie tak sprzeczne emocje, że w żaden sposób nie umiałem ich wyrazić.

Co czujesz, gdy zabijasz człowieka? Czy dręczy cię potem ta myśl?

Znowu się zawahałem. Eryk nigdy nie wspominał o wyrzutach sumienia, więc pytanie wydało mi się głupie, ale postanowiłem pisać dalej.

A może odebranie życia komuś gorszemu sprawia ci radość? Tak powinno być, prawda? Ale mi nie sprawiło. Zabiłem dzisiaj, a właściwie przyczyniłem się do czyjejś śmierci. Dostałem taki rozkaz i go wykonałem, to dobrze, prawda? Powiedz, że moje rozterki są normalne, proszę. Powiedz, że to minie. Boję się. Boję się, że nigdy nie będę taki jak ty, że to mnie przerośnie...

Nagle urwałem i zmarszczyłem brwi. Jak mogłem wygadywać takie rzeczy? Przecież Eryk mnie wyśmieje, będzie ze mnie szydził. Przecież to bzdury, wypisuję bzdury.
Zmiąłem kartkę w dłoni i wyrzuciłem. Wziąłem nową i zacząłem pisać od początku.

Drogi Eryku
Myślę, że będziesz ze mnie dumny. To był dla mnie ważny dzień. Pozwolono mi wziąć udział w prawdziwej akcji. Tak się cieszę, że wreszcie zrobiłem coś pożytecznego...

-----------

Drogi Ulrichu
Cieszę się, że mam takiego brata jak ty. Przynosisz chlubę naszej rodzinie. Musisz mieć znakomite wyniki skoro już teraz powierzają ci takie zadania. Wróżę ci szybką karierę. Pamiętaj, rób co ci mówią przełożeni, a będzie dobrze. Kiedyś sam zaczniesz wydawać rozkazy.
Zbliżają się święta, a to znaczy, że wkrótce się zobaczymy. Wtedy wszystko mi opowiesz. Już nie mogę się doczekać...


Czytałem list od Eryka i czułem jak wstępują we mnie nowe siły. Tęskniłem za rodziną i niecierpliwie wyczekiwałem dnia, gdy znowu się z nią spotkam. Często o nich myślałem. Matka musiała czuć się bardzo samotna, opuszczona przez synów i męża. Wyobrażałem sobie jej szczęście, kiedy ujrzy nas wszystkich.
Leżałem na łóżku, nie wypuszczając listu z rąk. Przeczytałem go jeszcze dwa razy, delektując się każdym słowem brata. Stanowiły dla mnie jedyne ukojenie, bo nie ukrywam, że pomimo mej wytrzymałości, przeżywałem w szkole wiele ciężkich chwil, jak wszyscy pozostali i pragnąłem, by już się skończyła.
- Twój brat pewnie cieszy się na myśl o spotkaniu z tobą – odezwał się nagle Karl. – Musi być z ciebie dumny.
- Starałem się go nie zawieść.
- Chciałbym być taki jak ty. Mnie pewnie nie powitają z otwartymi ramionami – chłopak zwiesił głowę.
- No co ty, twoja rodzina pewnie już się nie może doczekać aż wrócisz – poklepałem go po plecach, ale odpowiedział mi tylko wymuszonym uśmiechem.


Pamiętam, że jak wysiadłem z pociągu i zobaczyłem rodzinę, moje serce natychmiast zabiło szybciej. Pognałem w ich kierunku i rzuciłem się bratu na szyję. Wiem, że grzeczność nakazywała najpierw przywitać się z rodzicami, ale nie mogłem się powstrzymać. Gdyby Eryk nie był taki wielki i silny, pewnie bym go przewrócił. Stęskniłem się ogromnie i z trudem się od niego oderwałem. Następnie przywitałem się z pozostałymi.
- Coraz bardziej upodabniasz się do Eryka. Cieszę się, że mam takich silnych i przystojnych synów – matka mnie wycałowała i po raz pierwszy nie czułem się tym zażenowany. Chyba brakowało mi rodzinnego ciepła.
W domu powitał mnie herr Miau Miau. Stare kocisko trzymało się bardzo dobrze, jak tylko wziąłem go na ręce zaczął mruczeć. Dostałem go na święta, gdy miałem sześć lat, więc mijała jedenasta rocznica sprowadzenia kota do naszego domu. Zastanawiałem się co dostanę tym razem, ale starałem się jakoś specjalnie nie ekscytować, wszakże nie byłem już dzieckiem. Żałowałem, że nie jestem w stanie niczego kupić bliskim, ale z drugiej strony, wiem, że nie oczekiwali tego po mnie. Zresztą, mieli wszystkiego pod dostatkiem. Choć panowała wojna, moja rodzina pławiła się w przepychu bardziej niż kiedykolwiek. A może to właśnie dzięki wojnie?
- Mam coś dla ciebie – matka zwróciła się do mnie przy wigilijnej kolacji i sięgnęła do szafy. – Wiem, że chłopcy w twoim wieku wolą dostawać inne rzeczy, ale pomyślałam, że przyda ci się coś praktycznego.
Wręczyła mi czapkę, rękawiczki i szalik, bardzo eleganckie i wysokiej jakości. Uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w policzek.
- W tej waszej szkole musi być strasznie zimno. Nie chcę żebyś przemarzł – wyjaśniła.
- Oni tam mają hartować ciało i ducha, a nie wygrzewać się – skwitował ojciec, ale matka posłała mu takie piorunujące spojrzenie, że szybko zamilkł i wrócił do jedzenia.
- Ja też mam dla ciebie coś ciepłego, mamo – powiedział Eryk i udał się do innego pokoju.
Zastanawialiśmy cię cóż to może być i wyczekiwaliśmy w skupieniu, najbardziej oczywiście niecierpliwiła się matka. Kiedy Eryk wrócił z futrem z norek, rozdziawiła usta w zdumieniu.
- Eleganckie futro, dla eleganckiej damy – Eryk pomógł jej się ubrać.
- Jest piękne. Och, dziękuję ci! – mama była w siódmym niebie, dostała coś, o czym marzyła każda kobieta.
Sam nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Takie futro musiało kosztować fortunę. Wiedziałem, że oficerom się powodzi, ale nie sądziłem, że aż tak. Czułem, że Eryk jeszcze nie raz mnie zaskoczy w te święta.


Siedziałem z bratem w moim pokoju. Jakże mi tego brakowało - własnego łóżka, własnej szafy, własnych książek no i oczywiście zapachu domu. Siedzieliśmy na posłaniu, o którym marzyłem każdej nocy przez ostatnie miesiące i przeglądaliśmy zdjęcia z dzieciństwa. Moją rodzinę zawsze było stać na aparat, więc album był obszerny.
- Popatrz, to chyba pierwsze nasze zdjęcie razem – powiedział Eryk. – Miałeś chyba z rok. Lubiłeś siedzieć mi na kolanach. I wpychałeś do buzi wszystko co znalazłeś.
- Więcej nie opowiadaj. Nie chcę wiedzieć, co jeszcze robiłem.
Eryk się zaśmiał i sięgnął po coś do kieszeni.
- Zapomniałbym, przecież mam dla ciebie prezent. – Wyciągnął złoty zegarek kieszonkowy na łańcuszku.
- To prawdziwe złoto? – zdumiałem się, biorąc przedmiot w dłonie.
- Najprawdziwsze.
Zatkało mnie. Najpierw futro, teraz zegarek... Eryk zawsze miał gest, ale tym razem przeszedł samego siebie. Podarek wyglądał na niezwykle drogi. Co jednak przykuło moją uwagę, to inicjały J.R. na odwrocie. Nagle pojąłem w jaki sposób Eryk zdobył ten prezent. Wcale nie potrzebował do tego celu pieniędzy, bo go nie kupił.
- To futro i ten zegarek... to łupy, prawda?
- Owszem. Przeszkadza ci to?
- Nie, skądże.
- Bo jak chcesz nowy, to mogę wymienić. Chociaż ten wydaje się chodzić bez zarzutu.
- Nie, nie trzeba. Po prostu dziwnie jest mieć coś, co należało do osoby, której nie znałeś.
- Tobie się bardziej należy, więc po co w ogóle o tym myśleć?
Uśmiechnąłem się i schowałem prezent do kieszeni. Przypomniałem sobie, że była pewna rzecz, o której chciałem z Erykiem porozmawiać. Chciałem poruszyć ten temat w listach, ale zawsze się wahałem i w rezultacie rezygnowałem. Uznałem, że teraz nadszedł dobry moment, by opowiedzieć o moich rozterkach.
- Eryk, jest coś co chciałbym ci powiedzieć, ale proszę... nie bądź na mnie zły, ani nie śmiej się ze mnie.
- Czemu miałbym być zły?
- Bo widzisz... – zacząłem nerwowo przebierać palcami. – Wtedy, jak podpaliłem ten dom... to nie było miłe uczucie... żałowałem tego.
Nerwowo spuściłem głowę, gdyż bałem się spojrzeć bratu prosto w oczy. Spodziewałem się, że uniesie się w gniewie, albo mnie nawet trzepnie w twarz, ale to nie nastąpiło. Położył mi rękę na ramieniu i wtedy spojrzałem na niego. Nie wyglądał na zdenerwowanego.
- Ubieraj płaszcz, idziemy na spacer – oznajmił ku mojemu zdumieniu.
- Po co?
- Bo jest biało i ładnie, a ja lubię rozmawiać spacerując. Chodź, odpowiem na twoje pytania i wyjaśnię ci wszystko.
Za jego namową ubrałem się i razem poszliśmy na spacer. Udaliśmy się do lasku nieopodal, na polankę, gdzie wciąż stała moja stara huśtawka. Nagle przypomniała mi się Estera i zastanawiałem się jaki spotkał ją los, ale szybko zepchnąłem tę myśl na dalszy plan. To nie było już istotne.
Napadało sporo śniegu, ale nie było ani dużego mrozu, ani wiatru, więc spacerowało się bardzo przyjemnie. Księżyc zbliżał się do pełni i oświetlał nam drogę. Dotarliśmy do niewielkiego wzgórza, z którego wspaniale było widać światła miasta. Pokryte śniegiem drzewa sprawiały, że sceneria zdawała się wręcz magiczna.
- Pięknie tu, nie sądzisz? – spytał Eryk.
- To prawda – odparłem, wdychając czyste, mroźne powietrze.
- To dzięki ludziom takim jak ja czy ojciec, to wszystko wciąż należy do nas.
- A co ze mną?
- Niebawem do nas dołączysz. Właśnie to staram ci się uświadomić. To wszystko zdaje się piękne, ale tak naprawdę nasz świat niewiele różni się od świata zwierząt. Życie to nieustanna walka o przetrwanie. Albo zjadasz, albo jesteś zjadany.
- Ale to nie tłumaczy zabicia kogoś, kto nic ci złego nie uczynił.
- Jeszcze nie uczynił. Ale wolisz poczekać aż uczyni i będzie za późno? – Eryk spojrzał na mnie i chyba zacząłem rozumieć o co mu chodzi. – To co robię może ci się wydać radykalne, ale uwierz mi, że to jedyny sposób. Przyszłe pokolenia będą mi kiedyś za to wdzięczne.
- Ale nie miewasz czasem wyrzutów sumienia?
- A ty miewasz wyrzuty sumienia jak zabijesz komara?
- Nie.
- Dlaczego?
Pytanie zdawało mi się trochę dziwne i oczywiste, ale postanowiłem odpowiedzieć.
- Bo to tylko komar. Poza tym gdybym go nie zabił, to by mnie ugryzł.
- Widzisz? Sam odpowiedziałeś na moje pytanie. Z Żydami jest dokładnie tak samo. Powiem wprost, bez owijania w bawełnę. Albo my się pozbędziemy ich, albo oni nas. Kim wolisz być? Zjadającym, czy zjadanym?
Trudno było dojrzeć oczy brata w tak słabym świetle, ale myślę, że patrzył na mnie typowym dla siebie, penetrującym spojrzeniem. Powoli docierało do mnie znaczenie jego słów. Do tej pory zawsze ufałem Erykowi i dobrze na tym wychodziłem. Czemu miałbym mu nie zaufać i tym razem? Przecież był starszy, mądrzejszy i doskonale wiedział co robi.
- A co jeśli następnym razem znowu się zawaham? – spytałem z niepokojem.
- Z czasem to minie. Początki zawsze są trudne – brat uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu, a ja wreszcie poczułem się spokojny.


Po świętach wstąpiły we mnie nowe siły. Z każdym dniem rozumiałem lepiej, co chciał mi uświadomić Eryk. Pojąłem, że świat jest bardziej skomplikowany niż myślałem do tej pory i że zamiast tracić czas na bezproduktywne rozważania, należy pracować nad sobą, tak by stawać się coraz silniejszym i zdecydowanym. Nie mogłem pozwolić sobie na chwile wahania, czy rozterki. Musiałem dążyć do celu, który sobie postawiłem i nie dawać się zwieść słabostkom. Chciałem budować nowy wspaniały świat razem z Erykiem.
Oczywiście nie mogłem dorosnąć z dnia na dzień i zdarzały mi się jeszcze potknięcia. Czasem odruchowo postępowałem w sposób niezgodny z zasadami. Wciąż zapominałem o tym, co powiedział mi brat o pomaganiu innym.


- Jestem beznadziejny, nawet tego nie umiem zrobić jak należy – westchnął Karl i odłożył karabin.
Właśnie odbywaliśmy zajęcia praktyczne i kazano nam czyścić broń na czas, co wbrew pozorom nie było to takie proste, bo wymagało jej rozłożenia i ponownego złożenia. Na dodatek ciągle nas kontrolowano i poganiano.
- Przecież robisz to jak należy, tylko trochę za wolno. Daj, pomogę ci – powiedziałem, chwytając za części broni Karla.
- Nie, zostaw. Nie chcę żebyś miał przeze mnie kłopoty.
- Przecież to tylko głupie czyszczenie broni. Ja już swoją złożyłem, więc mogę...
- Co ty wyprawiasz, Richter?! – prowadzący tak huknął, że dostałem gęsiej skórki.
- Pokazywałem koledze skuteczniejszą technikę – starałem się zachować spokój.
- W okopie też mu będziesz pokazywał? Natychmiast opuśćcie moje zajęcia!
Obaj zamarliśmy na chwilę, ale widząc rozzłoszczoną twarz oficera postanowiliśmy nie zwlekać i jak najszybciej spełnić jego żądanie.


Znowu wylądowałem w gabinecie naczelnika. Zżerał mnie strach, ale starałem się tego nie okazywać. Siedziałem wyprostowany, z dumnie podniesioną twarzą, ale serce dudniło mi w piersi i czułem, że zaczynam się pocić.
- Słyszałem, że nie pierwszy raz pomagałeś koledze na zajęciach, mimo, że regulamin tego zabrania – rzekł ze spokojem mężczyzna. Przyznam szczerzę, już wolałem być okrzyczany, niż słuchać tego wyważonego głosu.
- Karl to mój przyjaciel. Nie mogłem go zignorować – wyjaśniłem.
- Przyjaciel, czy nie, reguł się przestrzega, zwłaszcza w elitarnych szkołach, takich jak ta. W normalnych okolicznościach poinformowałbym twojego ojca, ale na twoje szczęście jest wojna i ma ważniejsze sprawy na głowie.
- Przysięgam, że już więcej pana nie zawiodę – powiedziałem wlepiając wzrok w ścianę.
- Spójrz mi prosto w oczy i powtórz to.
Bałem się patrzeć naczelnikowi w oczy, ale zmusiłem się do tego.
- Przysięgam, że już pana nie zawiodę! – podniosłem głos, by wiedział, że mówię prawdę.
- Obyś był ze mną szczery. Szkoda by było, gdyby zmarnował się taki utalentowany chłopak jak ty. Musisz zrozumieć, że tę szkołę mogą ukończyć tylko najlepsi. To jak selekcja naturalna. Tylko wyeliminowanie słabych jednostek pozwoli nam wygrać wojnę.
- Czy mogę już odejść? – spytałem beznamiętnie.
- Idź i lepiej weź sobie moje słowa do serca.


Poczucie ulgi nie trwało długo. Kiedy wszedłem do pokoju, zaniemówiłem. Karl pakował walizkę, a mundur zmienił na strój cywilny. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- Karl, co ty wyprawiasz? – spytałem wreszcie.
- Nie widać? – chłopak odpowiedział takim głosem, jakby już kompletnie stracił nadzieję.
- Wyrzucili cię?
- Sam zrezygnowałem. Niepotrzebnie tu zdawałem. Kompletnie tu nie pasuję.
- Hej, nie postępuj tak pochopnie. Daj sobie szansę.
- Prawdę mówiąc, już od dawna zastanawiałem się, czy nie zrezygnować. Dalsze zwlekanie nie ma sensu.
- Nie rób tego! Wytrzymałeś tak długo. Zobaczysz, że ci się uda – próbowałem go za wszelką cenę zatrzymać.
- Nic nie potrafię. W niczym nie jestem dobry. Tu takich nie potrzebują.
- Bzdura! Każdy jest w czymś dobry, ty też.
- Tak? Na przykład w czym? – Karl spytał z sarkazmem i chwycił spakowaną walizkę.
- Na przykład w sztuce. Widziałem twoje rysunki. Są świetne. Masz talent.
Moje słowa w ogóle nie zrobiły na nim wrażenia.
- A możesz mi wyjaśnić w jaki sposób rysunki pomogą wygrać wojnę?
Zamilkłem, bo kompletnie nie wiedziałem co odpowiedzieć. Karl mnie zaskoczył i muszę przyznać, że miał rację, choć nie chciałem tego przyznawać. Żyliśmy w czasach, w których pewne zdolności nikomu nie były potrzebne. Liczyła się siła i szybkość podejmowanych decyzji, coś, w czym nigdy dobry nie był.
Chłopak westchnął i ruszył w kierunku drzwi. Kiedy wyszedł na korytarz, pognałem za nim.
- Poczekaj! Wciąż jeszcze możesz zmienić zdanie!
- Nie chcę, żebyś miał przeze mnie jeszcze jakieś problemy – powiedział mi na odchodnym. – Nie martw się. Będę do ciebie pisał.
Wtedy widziałem go po raz ostatni.


Zgodnie z obietnicą, Karl pisał listy. Opowiadał co u niego słychać w taki sposób, jakby był na wakacjach. Można by odnieść wrażenie, że jego życie przypominało sielankę, bo wspominał tylko o przyjemnych rzeczach, jakby troski nie istniały. Ale ja doskonale wiedziałem, że nie zdradza wszystkiego. Chyba chciał, bym myślał, że u niego wszystko w porządku, ale zbyt dobrze go znałem, by dać się zwieść. Nawet kiedy wspominał, że jedzie na front, robił to w taki sposób jakby w ogóle mu to nie przeszkadzało i w ogóle się nie bał. Nawiasem mówiąc, to był ostatni list, jaki od niego otrzymałem. Potem słuch o nim zaginął.
Czułem się jakby część mojego życia wypełniła pustka. Byłem samotny, bardzo samotny. Już nawet listy od brata nie przynosiły ulgi. Miałem dosyć szkoły. Dosyć tych grubych murów i ponurego zamczyska. Zastanawiałem się czy wszystkie szkoły Rzeszy takie są – zimnie i mroczne? Ale musiałem wziąć się w garść i wytrzymać. W końcu  nie mogłem zaprzepaścić ambitnych planów.
Czasami monotonii ustępowały miejsce szczególne wydarzenia. Do nich należały coroczne zawody w pięcioboju. Zjeżdżało się na nie wielu dygnitarzy i oficerów, by podziwiać umiejętności najzdolniejszej niemieckiej młodzieży. Byłem jednym z faworytów. Nauczyciele pokładali we mnie ogromne nadzieje, choć nie liczyłem na zwycięstwo. Oczywiście zależało mi na prestiżu, ale nie wierzyłem, że mógłbym wygrać z Heinzem. Chłopak trenował od tygodni, zwycięstwo stało się jego priorytetem. Jeszcze nigdy nie widziałem człowieka tak zdeterminowanego. Byłem pewien, że wygraną ma w kieszeni.
W szermierce wyraźnie wyróżniałem się na tle innych i raczej nie czułem się zagrożony. W strzelaniu i jeździe konnej też należałem do ścisłej czołówki. Z pływaniem było trochę gorzej. Dobrze sobie radziłem, ale do ideału sporo mi brakowało. Najgorzej sprawy się miały z biegiem przełajowym. Szybkość nie była moją mocną stroną. Co prawda i tak radziłem sobie dobrze, ale to wciąż nie wystarczyło by wygrać. Jakkolwiek w poprzednich dyscyplinach poradziłem sobie świetnie, co do biegu miałem spore wątpliwości. Wyprzedzał mnie nie tylko Heinz, ale i paru innych zawodników. Właściwie pogodziłem się już z przegraną i niewiele brakowało mi do mety, gdy nagle totalnie zdębiałem widząc co się dzieje. Heinz zatrzymał się, zgiął się w pół i zwymiotował. Już wcześniej zauważyłe, że coś z nim nie tak, ale sądziłem, że uda mu się z tym walczyć do samego końca.
Odruchowo się zatrzymałem i skierowałem w jego stronę, by mu pomóc, ale nim zdążyłem cokolwiek zrobić usłyszałem głosy kibiców nakazujące mi biec dalej. Poczułem się tak jak osiem lat temu, gdy biłem się z Kevinem. Wrzaski kolegów nie pozwoliły mi wtedy przerwać walki. Teraz było tak samo. Poddałem się nawoływaniom tłumu i pobiegłem dalej, dając z siebie wszystko. Pierwszy nie byłem, ale na pewno skończyłem z niezłym wynikiem.
Wyczerpany usiadłem na ławce, a trener przyniósł mi wody. Nauczyciele podchodzili do mnie i klepali mnie w plecy, gratulując mi. Nawet nie spojrzeli na Heinza, którego właśnie wynosili sanitariusze.
- Doskonała robota, synu – sam naczelnik podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.
Jakoś nie zwróciłem na niego uwagi. Byłem zbyt zmęczony i oszołomiony tym, co się działo wokół mnie. Już mnie nawet nie obchodziły wyniki. Ludzie oczekiwali zniecierpliwieni, a ja nawet nie wiedziałem, kiedy komisja zdążyła się naradzić. Pamiętam tylko, że nagle usłyszałem swoje nazwisko i nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wygrałem.
W ułamku sekundy zapomniałem o zmęczeniu. To było jak sen, który się ziścił. Wygrałem. Uznano mnie za najlepszego. Zyskałem podziw nie tylko ze strony kolegów, ale i ze strony wysokich rangą oficerów, którzy nie przestawali składać mi gratulacji. Żałowałem, że nie było wśród nich ojca i brata. Brakowało mi ich.


Szkołę skończyłem z wyróżnieniem. Co prawda nie jako najlepszy, bo sporo chłopców poszło za moim przykładem, ostro biorąc się do roboty, ale w czołówce. Zgodnie z planem wstąpiłem do SS.
Nie wiem jak potoczyły się dalsze losy Heinza. Przegrał zawody, bo dostał przepukliny i musiał jak najszybciej trafić do szpitala. Wyzdrowiał, ale zmienił się nie do poznania. Myślałem, że będzie mi dokuczał, bo odebrałem mu zwycięstwo, ale on nawet nie zwracał na mnie uwagi. Kompletnie zamknął się w sobie i pozostał odludkiem aż do końca szkoły.
Wracając do mojej kariery w SS, nabrała zawrotnego tempa już na samym początku. Szybko awansowałem, co na pewno po części zawdzięczałem doskonałemu szkoleniu. Byłem sumienny, zdecydowany i wszystkie rozkazy wykonywałem bez mrugnięcia okiem. Tylko raz kompletnie złamałem wszelkie panujące zasady. Ten jeden raz mógł na zawsze przekreślić moją karierę, ba, nawet zaważyć na moim życiu.
Zdarzyło się to podczas jednej z pierwszych misji. Dostałem bardzo typowe zadanie. Miałem pomóc w przeszukaniu jednego domu, gdyż otrzymaliśmy zawiadomienie, że może się ktoś w nim ukrywać. To była zwykła berlińska rodzina. Zaprzeczali jakoby mieli kogokolwiek ukrywać i muszę przyznać, że brzmieli dość przekonywująco, ale nam to nie wystarczyło. Zabrałem się za przeszukiwanie sypialni, obstukując wszystkie ściany i podłogę. Pamiętam, że znalazłem wtedy ukrytą wnękę w ścianie, a w środku sparaliżowaną strachem dziewczynę. Normalnie w takich sytuacjach od razu sięgałem po pistolet, ale wtedy zamarłem. Znałem ją. Znałem jej twarz.
- Ulrich? – dziewczyna szepnęła z niedowierzaniem.
Wtedy mnie olśniło. To była Estera. Ta sama, z którą, jako dziecko, chodziłem na chuśtawkę. Kompletnie odebrało mi mowę i wpatrywałem się w nią jak idiota.
- Znalazłeś coś? – usłyszałem głos oficera, pod którym służyłem.
- Nie! – oznajmiłem wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi i zamknąłem wnękę. Przez chwilę stałem jak oszołomiony.
Estera przeżyła. Udało mi się jej załatwić fałszywe dokumenty. Jednak to był pierwszy i ostatni raz, kiedy podjąłem tak ogromne ryzyko. Szybko zapomniałem o tym incydencie i dalej wykonywałem swoją pracę. Nie ukrywam, że przynosiła mi satysfakcję, czułem się dumny, że mogę służyć Führerowi. Nie zamierzam wdawać się w rozważania jak inni oceniają moje postępowanie, bo tak naprawdę nie obchodzi mnie co myślą. Robiłem to czego mnie nauczono i to co chciałem. Budowałem nowy, wspaniały świat, o którym tak bardzo marzyłem, nie zdając sobie sprawy, że kiedyś poniesie klęskę.
Eryk (podobnie jak wujek Hans) został skazany w Norymberdze za zbrodnię przeciwko ludzkości. Ta wieść wstrząsnęła mną mniej, niż można by się spodziewać. Z jednej strony wypełniała mnie gorycz, a z drugiej nie byłem zaskoczony. Chyba już wcześniej przeczuwałem, że tak się to skończy. Do egzekucji jednak nigdy nie doszło. Jakimś cudem Eryk zdołał uciec i słuch o nim zaginął.
Jeśli zaś chodzi o mnie... cóż, to już zupełnie inna historia.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,529 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.