Grudzień 13 2018 01:03:52
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
Nim wstanie dzień
Zawsze lubiłem lato i cieszyłem się każdą chwilą tej najcieplejszej z pór roku. Nastał już trzydziesty pierwszy sierpnia, wakacje się kończyły, a ja starałem się jak najlepiej wykorzystać ten ostatni dzień wolności. Jutro zaczynała się szkoła, ale teraz się to nie liczyło. Wraz z moją siostrą Sarą kąpaliśmy się w stawie, jakieś pięć kilometrów od naszego domu. Przyjeżdżaliśmy tu na rowerach ilekroć upał nam doskwierał. Odkąd pamiętam spędzałem z siostrą dużo czasu. Owszem, zdarzały się między nami sprzeczki i spięcia, ale generalnie dobrze się rozumieliśmy. Sara miała czarne włosy i ciemne oczy, i była moją bliźniaczką. Jakieś trzy miesiące wcześniej skończyliśmy piętnaście lat. Choć jeszcze trochę brakowało mi do pełnoletności, zaczynałem się już czuć dorosło.

Woda mnie orzeźwiła, aż poczułem w sobie nowe siły i zacząłem chlapać na Sarę. Odwdzięczyła się tym samym. Nie pamiętam kto pierwszy wybuchnął śmiechem, ale zabawę mieliśmy przednią.

Po kąpieli usiedliśmy pod pobliską wierzbą. Wyschliśmy momentalnie, a że nigdzie nam się nie spieszyło, nie ruszaliśmy się z miejsca. Lekki wietrzyk przynosił nieco chłodu, a na niebie nie widać było ani jednej chmurki. Pogoda wręcz wymarzona, do tego świerszcze grające w trawie. Ich muzyka działała na mnie kojąco.

- Eh, nie chcę żeby wakacje się kończyły – odezwała się w pewnym momencie Sara.
- Nadal możemy tu przychodzić – odparłem spokojnie.
- Ale będzie coraz zimniej.
- Mówiłem żeby teraz o tym nie myśleć. Ciągle narzekasz.
Sara popatrzyła na mnie, trochę zirytowana, ale szybko jej przeszło i chwyciła mnie za rękę, ciągnąc do wody.

Wróciliśmy na piechotę, prowadząc rowery. Zupełnie jakbyśmy wydłużając drogę powrotną, chcieli (jednocześnie) przedłużyć dzień. W myślach planowałem już kolejne wakacje. Chciałem pojechać nad morze. Ostatni raz byłem tam dziewięć lat temu, ale byłem wtedy mały, więc nie pamiętam zbyt wiele. Mała powtórka z tamtych wakacji bardzo by mnie uradowała. Podróże sprawiały mi przyjemność. Niestety musiałem pogodzić się z faktem, że w tym roku nigdzie już nie wyjadę, ale miałem jeszcze wiele czasu.

Skręciliśmy w boczną uliczkę i wkrótce ujrzeliśmy dom. Nie mieliśmy dużego sąsiedztwa, co zresztą mi nie przeszkadzało. Lubiłem naszą miejscowość i spokój, który w niej panował. Ludzie trzymali się razem i polegali na sobie. Myślę, że pod tym względem było tu lepiej niż w mieście. No i oczywiście miałem tu kolegów. Mój najlepszy przyjaciel, Izaak, mieszkał jakiś kilometr stąd i uczęszczaliśmy do tej samej szkoły w Krakowie. Co z drugiej strony pokazuje, że bliskość dużego miasta miała swoje plusy. Dojazd nie zajmował dużo więcej niż godzinę.

Weszliśmy do domu, gdzie zastaliśmy matkę, jak zwykle w pracowni, malującą.. Była malarką i właśnie tworzyła. Uśmiechnęła się na nasz widok.
- Jak minął dzień? – spytała.
- Jeszcze nie minął – odparłem.
- Chodziło mi o to jak spędziliście czas.
- Oj, przecież wiem – zaśmiałem się.
- Byliśmy nad jeziorkiem i było wspaniale. – Sara wtrąciła się podekscytowana. – Wakacje powinny trwać przynajmniej miesiąc dłużej.
- Gdzie jest tata? – zadałem pytanie.
- Musiał pójść do pacjenta.
Mój ojciec był lekarzem, co czyniło go wielce odpowiedzialnym. A że w okolicznych wioskach nie było innego, ludzie często się do niego zgłaszali. Gdybyśmy mieszkali w mieście, mój ojciec zapewne spotkałby się z zawiścią i niechęcią od strony innych, więc uważam, że mieliśmy sporo szczęścia żyjąc w naszym spokojnym zakątku.
Wieczór przyszedł zbyt szybko jak na mój gust. Dni nie były już tak długie jak w czerwcu. Czułem, że jesień zbliża się wielkimi krokami. Gdy kładłem się spać, starałem się myśleć o miłych rzeczach. Miałem jednak nadzieję, że jutrzejszy dzień nie będzie taki straszny.

Zbudziłem się rano. Jedno spojrzenie za okno wystarczyło, by zauważyć, że wciąż panuje wakacyjna pogoda. Poleżałem jeszcze przez pięć minut, nigdy nie lubiłem od razu zrywać się z łóżka. Miałem własny pokój, więc nikt mi nie przeszkadzał. Może nasza rodzina nie była specjalnie bogata, ale stać nas było całkiem na spory dom.

- Samuel, wstawaj! – usłyszałem głos siostry i pukanie do drzwi. Nawet własny pokój nie gwarantował całkowitego spokoju.

Zwlokłem się z łóżka i wyszedłem z pokoju. Sara przygotowywała śniadanie. Rodziców nie było w domu, więc domyśliłem się, że ojciec pewnie pracował, a matka poszła na zakupy.
Po śniadaniu wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy do miasta. Co prawda moja siostra chodziła do szkoły żeńskiej, a ja do męskiej, ale znajdowały się one niedaleko.

- Hej, czekajcie na mnie! – Po drodze usłyszeliśmy głos.
Był to mój przyjaciel, Izaak, który, jak już wspomniałem, uczęszczał ze mną do szkoły. Izaak miał czarne, kręcone włosy i niebieskie oczy. Był jeszcze niższy i drobniejszy ode mnie (a nie należałem do wysokich), przez co wyglądał na mniej niż piętnaście lat.
Dalej pojechaliśmy razem. Pogoda nam sprzyjała i w pewnym sensie wciąż czułem się jak na wakacjach. Wszakże lato jeszcze nie minęło, a zapach kwiatów unosił się w powietrzu. Jechaliśmy tak w błogiej nieświadomości, nie zdając sobie sprawy, że nadciąga burza. Lecz nie zwykła burza. Nie taka, która ustępuje po krótkiej chwili, aby na nowo wyszło słońce. Ta burza była inna. Istny tajfun, który miał zniszczyć wszystko co do tej pory znaliśmy i budowaliśmy. Ów tajfun rozprzestrzeniał się na całą Europę, a jego symbolem była swastyka.
- Dzieci, dzieci! – Zatrzymał nas głos jednego ze znanych mi miejscowych, który właśnie pracował w ogrodzie. Zmarszczyłem brwi, bo nie lubiłem, gdy nazywano mnie dzieckiem, ale mimo to się odwróciłem. – Wojna! Zaczęła się wojna! – rzekł z przejęciem, a ja popatrzyłem na niego zdezorientowany.
- Jaka wojna? – spytałem z niedowierzaniem.
- No jak to jaka? Z Niemcami.

Izaak i Sara spojrzeli na siebie. Potem Izaak spojrzał na mnie, a po chwili ja na Sarę. Staliśmy w całkowitym milczeniu. Słowo „wojna” wciąż pobrzmiewało w moim umyśle. Czy to działo się naprawdę?
- Jak to? – wybełkotała Sara.
Moja siostra najwyraźniej czuła dokładnie to samo co ja. Niby było wiadomo, że wojna wybuchnie prędzej czy później, ale wiadomość i tak nas zaskoczyła.
- To co teraz zrobimy? – Izaak spytał z wyraźnym przejęciem.
- To co mieliśmy zrobić. Pojedziemy do szkoły – odparłem i ruszyłem przed siebie.
- A jeśli coś się stanie?
- Nic się nie stanie. Na początku nigdy nic się nie dzieje.
- Wszystko może się stać! – wtrąciła się Sara, dogoniwszy nas.
- Wojna czy nie, życie musi toczyć się dalej – stwierdziłem krótko.
- Jak możesz być taki spokojny? – tym razem mój przyjaciel sprawiał wrażenie wzburzonego. – Zaczęła się wojna, a ty zachowujesz się jak gdyby nigdy nic.
Prawda jest taka, że przejmowałem się tak samo jak oni, ale nie chciałem tego okazywać. Zawsze uważałem, że w tego typu sytuacjach należy zachować zimną krew i myśleć racjonalnie. Nie wiem czy mi się udało, ale przynajmniej się starałem.
Tego dnia bez przeszkód dotarliśmy do szkoły. Dowiedzieliśmy, że lekcje będą odbywać się normalnie, póki sytuacja na to pozwoli. Zastanawiałem się co będzie dalej. Wszyscy się zastanawiali. Jedno jest pewne, nie czułem już się jak na wakacjach i nie miało to nic wspólnego ze szkołą.

Lekcje odbywały się jeszcze przez jakiś czas. Przyznam szczerze, iż po raz pierwszy w życiu spędzanie czasu w szkole naprawdę sprawiało mi przyjemność. Nauka dawała mi jako takie poczucie normalności i odwracała moją uwagę od poważniejszych spraw. Wojny na razie zbytnio nie odczułem, ale wiedziałem, że to tylko kwestia czasu. Byłem młody i nie miałem wielkiego pojęcia o świecie, ale słuchałem radia, czytałem gazety i nie miałem wątpliwości, że sytuacja się pogarsza.
Czasami, na przerwach, wpatrywałem się w okno, z obawą, że ujrzę wrogie samoloty. Czasami siadałem na parapecie i wyjmowałem książkę. Czytając starałem się uciec od otaczającego mnie świata, zapomnieć, ale ukojenie było tylko chwilowe.

- Coś się stał takim odludkiem? – Izaak położył dłoń na mej lekturze, zwracając na siebie uwagę.
- To wszystko mnie przytłacza – odparłem. – Nie jestem w humorze na rozmowy.
- Zaraz, z tego co pamiętam, to ty powiedziałeś, że życie musi toczyć się dalej.
I tu mnie miał. Rzeczywiście tak powiedziałem. Tak bardzo starałem się ukryć swój niepokój, że przestałem zachowywać się naturalnie. Speszony spojrzałem na kolegę.
- Nie martwcie się. Mój tata jest oficerem. Powiedział, że rozwalą Szwabów – powiedział jeden z kolegów.
- Mój tata jest naukowcem to na pewno wynajdzie jakąś broń i ich zmiecie – powiedział inny chłopak.
Doszło do tego, że wszyscy zaczęli się licytować kto ma mądrzejszego ojca. Nie interesowało mnie to zbytnio, ale nagle padło pytanie skierowane do mnie.
- A kim jest twój ojciec, Uhlmann?
- Może być tylko prawnikiem, albo lichwiarzem – odpowiedział za mnie Władziu Kędzierski, człowiek, którego wyjątkowo nie lubiłem, bo zawsze mi dogryzał. Nie zrozumcie mnie źle. Nie robił tego ponieważ byłem Żydem, tylko dlatego, że byłem od niego mądrzejszy. Właśnie takich ludzi nie tolerował.
Jego komentarz oczywiście wywołał salwy śmiechu, ale ja zareagowałem szybko i zdzieliłem Władzia książką po głowie. Lekko, bo nie chciałem zrobić mu krzywdy, ale zajście zauważył nauczyciel.
- Co tu się wyprawia?! – krzyknął.
- Nic, to tylko zabawa – wytłumaczyłem się w przestrachu.
Nauczyciel zmierzył nas tylko surowym spojrzeniem i sobie poszedł. Tym razem mi się upiekło.

Podczas lekcji poczułem nagłe ukłucie w plecy. Odwróciłem się i ujrzałem Władzia, trzymającego pióro, uśmiechającego się perfidnie. Miałem nieszczęście, że ów idiota siedział tuż za mną.
- To za to, że uderzyłeś mnie książką – powiedział.
- Następnym razem przyłożę ci słownikiem – dogryzłem mu.
- Cisza! – przerwał nam głos nauczyciela. – Co się dziś z tobą dzieje, Samuel? Same z tobą problemy.
- Przepraszam – rzekłem pokornie i ponownie skupiłem się na lekcji.
Nie na długo jednak, bo Władziu znowu mnie dźgnął piórem.
- Przestań, kretynie. To boli – powiedziałem trochę za głośno.
- Dość tego! Samuel, natychmiast wyjdź! – uniósł się profesor.
- Ale...
- Wyjdź! Będziesz miał obniżoną ocenę ze sprawowania.
Posłuchałem, ale byłem wściekły, co zresztą nie przeszło mi do końca lekcji. Uważałem, że zostałem potraktowany niesprawiedliwie. Oczywiście, sam byłem sobie winien, że wyleciałem z sali, ale dopiero później to sobie uświadomiłem. Nie podobał mi się fakt, że profesor potraktował Władka ulgowo, podczas gdy mi się dostało. Po zajęciach ze złości wsiadłem na rower i zacząłem jechać przed siebie. Izaak mnie dogonił i próbował przemówić mi do rozsądku.
- Gdzie się wybierasz, Sam? – spytał.
- Nie chcę mi się wracać do domu. Wkurzyłem się – mruknąłem.
- O taki drobiazg?
- Przecież widziałeś, że to nie była moja wina.
- Po części była twoja, bo się dałeś sprowokować.
- Ale to Władek zaczął, a nawet nie dostał upomnienia.
- Miałeś pecha, zdarza się, możemy już wracać? – Izaak skręcił za mną w ulicę Piłsudskiego i dogonił mnie.
- Zawsze byłem dobrym uczniem. To niesprawiedliwe. Myślisz, że profesor nie lubi Żydów?
- Zwariowałeś? Ty naprawdę myślisz, że on... No bez przesady. Po prostu jest ci głupio i szukasz wymówki.
Trochę zwolniłem. Izaak miał rację. Najzwyczajniej w świecie nie chciałem się przyznać do błędu. Teraz zawstydził mnie fakt, że zareagowałem jak obrażone dziecko, które po raz pierwszy dostało klapsa. Już miałem przeprosić kolegę za swoje fochy, gdy nagle zatrzymałem się gwałtownie, a Izaak uczynił to samo. Przed naszymi oczami maszerowało wojsko niemieckie. W całkowitej ciszy obserwowaliśmy jak najeźdźca kroczy miastem. Nie chciałem tego widzieć, a mimo to nie potrafiłem oderwać wzroku. Czułem, że jestem świadkiem czegoś co na zawsze zmieni świat, w którym żyłem i nie będzie to zmiana pozytywna. Scena rozgrywająca się na naszych oczach momentalnie przywróciła nas do rzeczywistości. Nie kłóciliśmy się już, nie wspominaliśmy nic o szkole, bo poprzedni incydent stał się nagle nieistotny.
- Lepiej chodźmy do domu – rzekłem cicho.

Pogoda była nienajlepsza, ale nie padał deszcz, więc wraz z siostrą i Izaakiem postanowiliśmy spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Sara i ja stanęliśmy pod jabłonią, a mój przyjaciel, który wspinał się najlepiej z nas wszystkich, wdrapał się na drzewo, by strząsnąć trochę owoców.

Po chwili jabłka posypały się z gałęzi, problem w tym, że prosto na moją głowę.

- Izaak, idioto! – wrzasnąłem, a gdy zszedł w odwecie rzuciłem w niego jabłkiem.
- Sam jesteś idiota! Nie trzeba było stawać pode mną.

- Dajcie sobie spokój – Sara załagodziła sytuację.
Wzięliśmy po jabłku i udaliśmy się do domu. Zbierało się na deszcz, więc zjedliśmy owoce i przyspieszyliśmy kroku. Po drodze rozmawialiśmy o przeróżnych błahostkach i przez chwilę czuliśmy się naprawdę beztrosko, gdy nagle Izaak chwycił mnie i Sarę, i wciągnął w krzaki przy drodze. Uczynił to tak gwałtownie, że zupełnie nie wiedziałem co się dzieje.
- Zwariowałeś? – spytałem zdenerwowany, choć i tak miałem szczęście, że nie wylądowałem w pokrzywach.
Izaak uciszył mnie przykładając palec do ust. Wskazał w stronę drogi i gdy wychyliłem się nieco z zarośli, ujrzałem na zakręcie zbliżających się dwóch niemieckich żołnierzy. Poczułem wzbierający we mnie strach i momentalnie znieruchomiałem.
- Myślicie, że mogą nam zrobić krzywdę? – palnęła Sara.
- Ale z ciebie głupia gęś. Oczywiście, że mogą nam zrobić krzywdę – rzekł Izaak.
- Hej, nie nazywaj mojej siostry głupią.
Tym razem Izaak uciszył mnie zatykając mi usta ręką. Żołnierze jednak zauważyli poruszenie w zaroślach, wiem, bo usłyszeliśmy ich zaaferowane głosy i szybkie kroki. Siedzieliśmy sparaliżowani strachem, zastanawiając się co się stanie, jeśli nas znajdą. W zasadzie nawet nie chciałem tego wiedzieć, ale przerażające myśli przychodziły mi do głowy mimowolnie. Pierwszy raz w życiu tak się bałem. Każda sekunda zdawała się godziną i już zaczynałem tracić nadzieję, gdy znowu usłyszałem głosy. Nie potrafiłem powiedzieć o czym rozmawiali, bo jeszcze wtedy nie znałem niemieckiego, ale sądzę, że uznali nas za jakieś zwierzę, bo w pewnym momencie się oddalili. Wstaliśmy dopiero godzinę później, tyle zajęło nam dojście do siebie.

Gdy weszliśmy do domu, od razu poczułem, że coś jest nie tak. Zazwyczaj o tej porze w powietrzu unosił się zapach obiadu. Tym razem było zupełnie inaczej, nawet w kuchni nikt się nie krzątał. Niemożliwe, żeby mama zapomniała o posiłku, zawsze była bardzo sumienna, a gotować lubiła. Pomyślałem, że może gdzieś wyszła, ale po chwili zastałem ją w pokoju rodziców. Siedziała na łóżku, wyglądając na załamaną, a ojciec obejmował ją i pocieszał. Przekroczyliśmy próg pokoju, a oni spojrzeli na nas w milczeniu. Zdawali się szukać odpowiednich słów by wyrazić to, co mieli nam do przekazania.
- Co się stało? – spytałem zaniepokojony
- Musimy się przeprowadzić – odezwał się wreszcie ojciec.
- Jak to przeprowadzić?
- Wyszło zarządzenie, że wszyscy Żydzi z Krakowa i okolic mają przenieść się do Podgórza – wyjaśniła matka, nie ukrywając rozgoryczenia.
Siostra była tak zaskoczona, że zupełnie ją zatkało. Ja natomiast nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mam się wynieść z własnego domu.
- Nigdzie nie idę. Zostaniemy tutaj – powiedziałem stanowczo.
- Nie możemy. Zostalibyśmy surowo ukarani – matka rzekła z rezygnacją.
- Nie mogą tego zrobić! Nie wyprowadzę się!
- Nie mamy w tej kwestii nic do powiedzenia, synu – dodał ojciec.
- Zostaję tutaj! Słyszycie? Zostaję! – zdenerwowany wybiegłem z domu.
Nie obchodziło mnie, że pada deszcz. W zasadzie nic mnie w tej chwili nie obchodziło, poza tym, że chciałem dalej mieszkać w miejscu, gdzie się wychowałem. Rodzice za mną nie pobiegli, pewnie uznali, że muszę odreagować. Biegłem przed siebie, przeklinając w myślach wszystkich, którzy byli odpowiedzialni za wydanie tak niedorzecznego nakazu. Nie potrafiłem wyobrazić sobie życia gdzie indziej, po prostu nie potrafiłem. Do tego zastanawiałem się jakim cudem ci wszyscy ludzie mieliby się zmieścić w jednej dzielnicy? To nie mogło dziać się naprawdę, musiała zajść jakaś pomyłka. Cały czas to sobie powtarzałem, mając nadzieję, że wszystko okaże się zwykłą bzdurą.
Przebiegłem obok domu Izaaka, nie zdając sobie sprawy, że przyjaciel dojrzał mnie przez okno. Chwilę później usłyszałem, że mnie woła. Zatrzymałem się i odwróciłem tylko po to by ujrzeć, że biegnie w moją stronę.
- Zobaczyłem jak biegniesz w deszczu i trochę się zaniepokoiłem – oznajmił. – Spójrz na siebie, jesteś cały mokry.
Przez chwilę wpatrywałem się w niego jak osłupiały. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo dałem się ponieść emocjom. Naprawdę musiałem wreszcie zacząć nad sobą panować.
- Nic się nie stało, po prostu... – nie za bardzo wiedziałem co powiedzieć. – Właściwie to się stało – westchnąłem. – Właśnie się dowiedziałem, że...
- Mamy się wyprowadzić – Izaak dokończył za mnie.
Przytaknąłem. Kiedy dowiedzieliśmy się o wybuchu wojny, to ja zachowywałem się spokojnie. Tym razem role się odwróciły.
- I dlatego biegłeś w deszczu jak pomylony? Przecież to jeszcze nie koniec świata.
- Nie rozumiesz. Kocham to miejsce, kocham swój dom, nie zamierzam się stąd wynosić tylko dlatego, że ktoś ma taki kaprys.
- Ja też nie chcę i czuję się podobnie jak ty, ale złość nic tu nie da. Posłuchaj, to na pewno tylko tymczasowe rozwiązanie. Musimy to jakoś przeczekać. Gdy już się to skończy, wrócimy do siebie.
- Tak myślisz?
- A jak sobie to inaczej wyobrażasz? Że tyle ludzi będzie mieszkać na tak małym obszarze? Przecież to absurd. Pewnie za nim się obejrzymy będziemy z powrotem.
Stałem wpatrując się w kolegę, myśląc nad tym co powiedział. Nie czułem się przekonany, ale jego słowa brzmiały logicznie.
- Obyś się nie mylił – powiedziałem.
Dopiero wtedy zauważyłem, że Izaak jest już równie mokry co ja, mi natomiast zrobiło się zimno. Nie chciałem się przeziębić, a już na pewno nie chciałem ryzykować zdrowia przyjaciela, więc wróciliśmy do domu.

Ten dzień niezwykle mocno zapadł mi w pamięć, gdyż wtedy widziałem mój dom po raz ostatni. Spoglądałem na niego, starając się zapamiętać każdy szczegół. Chciałem nosić ten obraz w pamięć, z nadzieją, że kiedyś wrócę i zastanę wszystko niezmienione. Jednak miałem dziwne przeczucie, że będzie zupełnie inaczej. Mimo zapewnień rodziców, miałem wrażenie, że udaję się w miejsce, z którego już nie ma powrotu. Nie chciałem tego przyznawać, ale bałem się. Moje życie ulegało tak gwałtownym zmianom, że nie miałem czasu się przystosować. Nie rozumiałem nawet jaki jest cel tego co się dzieje, dlaczego zmuszają mnie do życia w innym miejscu, po co to wszystko? I cieszę się, że wtedy tego nie rozumiałem, bo gdybym rozumiał, strach odebrałby mi zdolność racjonalnego myślenia.
Dla postronnego przechodnia to musiał być osobliwy widok, setki osób, idące przez miasto z całym swoim dobytkiem. Ludzie patrzyli na nas zmieszani. Nie wiedzieli co się dzieje, choć w tamtym momencie nie obchodziło mnie co myślą. Przeszedłem całą drogę na piechotę, tak jak inni. Rower sprzedałem. Może i byłem naiwny, może nie zdawałem sobie w pełni sprawy z tego co mnie czeka, ale miałem na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, że już niebawem czekają nas problemy z pieniędzmi. Rzeczy już niepotrzebnych należało się pozbyć.
Sara nie odzywała się przez całą drogę i wcale jej się nie dziwiłem. Sytuacja nie sprzyjała rozmowom, każdy przeżywał podobne rozterki, obawy, zastanawiał się jak to będzie dalej.
- Może mają rację, może będzie nam tam lepiej? – niespodziewanie zagadał do mnie Izaak.
- Co ty pleciesz? – nie mogłem uwierzyć własnym uszom.
- Będziemy wśród swoich. O to w tym chodzi, no nie?
- Mylisz się. Nie będziemy tam wśród swoich. Wiesz, gdzie jestem wśród swoich? W domu, w szkole, właśnie tam. A nie z tysiącami obcych ludzi, w obcym miejscu – trochę się zdenerwowałem.

Izaak spuścił wzrok i zamilkł. Chyba sam do końca nie wierzył w to co powiedział. Chciał mnie po prostu pocieszyć.
Z każdym krokiem coraz bardziej zbliżałem się do miejsca, które miało się stać moim nowym domem. Domem, którego nigdy nie chciałem i o który nigdy nie prosiłem. Otworzył się zupełnie nowy rozdział w moim życiu. Jedno jestem w stanie stwierdzić z całą pewnością, tego dnia skończyło się moje dzieciństwo.

Nasze nowe mieszkanie składało się z jednego, średniej wielkości pomieszczenia. Jakoś trudno było mi sobie wyobrazić, że cała rodzina ma w nim mieszkać. Byłem przyzwyczajony do dużych przestrzeni i umieszczanie nas w takiej ciasnocie zdawało mi się kompletnie irracjonalne. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to co otrzymaliśmy było luksusem, w porównaniu z tym co miało nastąpić później. Póki co starałem się nie narzekać, bo wiedziałem, że nic przez to nie osiągnę. Wciąż jeszcze miałem nadzieję, że cały ten absurd szybko się skończy i wrócę do domu. Jednak z dnia na dzień zanikała. Gdy przybyłem do getta, od świata zewnętrznego odgradzał nas drut kolczasty, ale nim się obejrzeliśmy zostaliśmy zmuszeni do budowy muru. Z każdą cegłą coraz bardziej separowałem się od reszty społeczeństwa. Budowałem własne więzienie. To co działo się wewnątrz było całkowicie poza zasięgiem wzroku innych ludzi.

Wspominałem już jak nadzieja powoli zanikała. W przeciwieństwie do niej rósł niepokój. Po raz pierwszy w życiu widziałem jak umierają ludzie, widziałem jak giną rozstrzelani zupełnie bez powodu. Każdy mógł podzielić ich los. Tutaj nie miało znaczenia czy jesteś dzieckiem, starcem, kobietą, czy mężczyzną. Nie miałem już złudzeń i gotów byłem walczyć o życie każdym możliwym sposobem.
Nie przeludnienie było największym problemem, lecz głód. Niegdyś nie przypuszczałem do czego jest zdolny zdesperowany człowiek. Nie sądziłem, że dla chleba można porwać się na wszystko. Przekonałem się o tym dopiero, gdy sam stałem się zdesperowany.
Wraz z Izaakiem pracowaliśmy w jednej z szop poza gettem, gdzie szyliśmy mundury. Każdy dostawał przydział pożywienia, które mógł ze sobą zabrać z powrotem do getta. Oczywiście przydział ów był zbyt mały, by móc z niego wyżyć, więc ludzie uciekali się do różnych innych sposobów. Najmłodszy z braci Izaaka wymykał się często przekopem pod murem i przynosił jedzenie. Wiele dzieci to praktykowało, gdyż tylko one były na tyle małe, by móc się przecisnąć. Chyba nie muszę wyjaśniać na jakie niebezpieczeństwo się narażały. Kolejny dowód na to, że człowiek z głodu zrobi wszystko.
Wracając jednak do szop, pobicie kogoś bez powodu lub zastrzelenie było tam normalną praktyką. Każdego dnia modliłem się żeby to nie na mnie trafiło. Nic dziwnego, że gdy Niemiec mnie zawołał, serce zaczęło łomotać mi w piersi jak oszalałe. Czy to koniec? Czy umrę? Czy zrobiłem coś źle, czy po prostu mam pecha? Wszystko mogło się wydarzyć, a ja nie miałem na to żadnego wpływu. Zaczynałem szczerze wątpić czy człowiek rzeczywiście jest panem swojego losu.
- Wy dwaj, chodźcie ze mną! – wskazał na mnie i Izaaka. Zdążyłem już trochę poznać ich język, więc go zrozumiałem.
Byliśmy przerażeni, ale nie śmieliśmy się sprzeciwić. Zostaliśmy zaprowadzeni na zaplecze.
- Jesteście przyjaciółmi? – spytał Niemiec.
Zastanawialiśmy się czemu go to interesuje, ale przytaknęliśmy. Po chwili żołnierz położył na stole dwa chleby i dwie kiełbasy, a my spojrzeliśmy na niego zmieszani. Chodziłem głodny prawie bez przerwy, więc jedyne co mnie powstrzymywało przed rzuceniem się na jedzenia, była świadomość, że za każdy niewłaściwy ruch mogę stracić życie. Ależ byłem głodny, ileż bym dał za choć jedną kromkę.
- Dostaniecie to jak zrobicie coś dla mnie – oznajmił żołnierz.
Oczywiście zgodziliśmy się bez zastanowienia. Nie mieliśmy pojęcia czego od nas chce, ale to nie było ważne. Byliśmy gotowi zrobić wszystko. Jednak zdziwiłem się, gdy mężczyzna wręczył Izaakowi bat.
- Pobij przyjaciela! – padł rozkaz.
Zupełnie tego nie rozumiałem. Owszem, każdego dnia byłem świadkiem bezsensownej przemocy, ale tym razem zdziwiłem się, że zamiast najzwyczajniej w świecie się na mnie wyżyć, ów mężczyzna zlecił pobicie mojemu najlepszemu przyjacielowi. Dlaczego to zrobił? Przecież mógł uczynić ze mną co chciał, mógł nawet mnie zabić, a już tym bardziej nie musiał nam niczego oferować. Ale mimo wszystko to co nim kierowało, nie było teraz istotne. Przytaknąłem, dając koledze przyzwolenie. Wolałem pracować z siniakami, niż umrzeć z głodu. Izaak wahał się znacznie dłużej, ale gdy Niemiec go pogonił, uderzył mnie delikatnie. Powtórzył to kilka razy i wyraźnie czułem, że stara się nie wyrządzić mi krzywdy, co zdenerwowało żołnierza, bo zdzielił go w twarz i odebrał mu bat.
- Tak się to robi. – Wymierzył mi cios i wtedy poczułem co to znaczy prawdziwy ból.
Upadłem, a po każdym uderzeniu następowało kolejne, jeszcze silniejsze. Potworny ból sprawił, że nie mogłem się ruszyć, krzyczałem natomiast tak głośno, że chyba w całym budynku mnie słyszano.

W pewnym momencie ujrzałem oczy oprawcy i wtedy wszystko stało się jasne. Wyrażały przyjemność i chorą satysfakcję z zadawania mi bólu. Zrozumiałem czemu zaoferował nam pożywienie. Uczynił to, gdyż w ten sposób odarł nas z resztek godności. W końcu mogliśmy się nie zgodzić, a jednak uczyniliśmy to. Dałem przyzwolenie na własną torturę.

Czułem jak moja skóra pęka pod wpływem uderzeń, a z ran cieknie krew. Nie wiem jak długo trwała kaźń, bo w pewnym momencie straciłem przytomność. Obudziłem się na taczkach, w drodze do getta. Ból znowu przeszył moje ciało, ale byłem zbyt słaby by jęknąć. Jednak gdy dowiedziałem się, że dostaliśmy chleb, wcale nie żałowałem.

W drodze jeszcze raz straciłem przytomność, której nie odzyskałem aż do powrotu. Gdy się obudziłem, poczułem przyjemny chłód na twarzy. Ojciec przemywał mi ją zmoczoną szmatką. Uśmiechnąłem się tyle na ile pozwolił mi mój stan. Może zabrzmi to dziwnie, ale czułem się szczęśliwy. Zupełnie nie myślałem o obrażeniach, mimo że bardzo je odczuwałem. Liczył się tylko fakt, że wreszcie nie pójdę spać głodny.
Izaak również znajdował się w pokoju. Jak tylko ojciec skończył, zajął jego miejsce siadając przy mnie. Widząc jego spuszczoną głowę i smutną twarz nie miałem wątpliwości co czuje.

- Przepraszam – szepnął, mimowolnie odwracając ode mnie wzrok.
- Za co? – zdumiałem się.
- Przecież zrobiłem ci krzywdę.
- To Niemiec zrobił mi krzywdę, nie ty. Poza tym dostaliśmy chleb, a to najważniejsze.
- Nic nie wiesz, bo straciłeś przytomność. Zrobiłem co mi kazał... skrzywdziłem cię... – Izaak zaczął płakać.
Poczułem się niezręcznie, bo zupełnie nie wiedziałem jak się zachować. Nie żywiłem wobec niego absolutnie żadnej urazy. Przecież zrobił to co musiał i to na naszą korzyść.
- Ale się zgodziłem, więc nie masz czym się przejmować.
- Ale dlaczego ty? Dlaczego nie ja? – Izaak rozpaczał jeszcze bardziej.
Martwiłem się o niego, bo był bardzo wrażliwy i bałem się, że może stracić jakąkolwiek nadzieję.
- Przestań się mazgaić. Właśnie tego od nas chcą. Chcą nas złamać żeby potem łatwiej nami manipulować. Nie wolno ci się poddać, rozumiesz? – może zabrzmiałem trochę zbyt stanowczo, ale podziałało, bo Izaak otarł łzy i spojrzał na mnie.
Wciąż pociągał nosem, ale starał się nie płakać. Uśmiechnąłem się, na chwilę zapominając o bólu.
- Właśnie tak – złapałem go za rękę. – Obiecaj, że razem to przetrwamy, a jak już będzie po wszystkim, to pojedziemy nad morze.
Mój przyjaciel skinął twierdząco głową. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że najgorsze jeszcze przed nami.

Rany się zagoiły, ale walka o przetrwanie trwała nadal. Oczywiście niekiedy życie nabierało kolorów. Nawet pośród najczarniejszej nocy zdarzają się przebłyski światła.
Miło wspominam chwile, gdy w każdy możliwy sposób staraliśmy się uprzykrzyć Niemcom życie. Uliczni grajkowie z premedytacją grali muzykę, która denerwowała najeźdźców, a od czasu do czasu zdarzało się, że ktoś puścił plotkę, że III Rzesza przegrała wojnę. Niekiedy taka plotka potrafiła obejść cały kraj.

Każdy żywił nadzieję, że wreszcie nadejdzie świt, ale niestety noc zdawała się być coraz czarniejsza. Izaak odczuł to bardziej ode mnie. Pamiętam jak przyszedł do mnie bardzo zaniepokojony i roztrzęsiony, a ja od razu wiedziałem, że stało się coś złego.
- Nie widziałeś Daniela? – spytał z desperacją w głosie.
Daniel był jego najmłodszym bratem, jednym z dzieciaków, które przemycały pożywienie przez tunel pod murem. Każdego dnia wystawiał się na ogromne niebezpieczeństwo, więc jak tylko Izaak powiedział mi że zaginął, po plecach przeszedł mi zimny dreszcz.
- Jak długo nie wraca? – spytałem.
- Zbyt długo.
Bez tracenia czasu na zbędne rozważania, zacząłem się ubierać.
- Pomogę ci go szukać – zaoferowałem się, ale mimo to uważałem, że rezultat poszukiwań jest już przesądzony.
Nie mówiłem Izaakowi o tym co naprawdę myślę, bo wiedziałem, że i tak nie przyznałby mi racji. Chciałem dać mu resztkę nadziei, ale sam nie wiem czy miało to jakikolwiek sens, bo prędzej czy później i tak musiał zmierzyć się z prawdą.
Krążyliśmy przeludnionymi ulicami i wypytywaliśmy się przechodniów. Osobiście uważałem to za bezcelowe. Każdy miał własne problemy i nikogo nie obchodził los jakiegoś obcego chłopaka. Wciąż jednak dawałem przyjacielowi fałszywe poczucie nadziei. Na ulicy widziałem wiele zwłok, ale żadne nie należały do brata Izaaka. Kiedyś sama myśl spoglądania na trupa napawała mnie obrzydzeniem, ale teraz byłem już przyzwyczajony. Każdego dnia oglądałem ten sam obraz, ludzie umierający wprost na ulicy, rozkładające się zwłoki, nie uprzątnięte, bo nie zmieściły się już na taczki. Za to kompletny brak jakichkolwiek zwierząt. Swego czasu Sara i ja urządzaliśmy polowania na szczury, ale teraz nie zostało już nic co można by złapać i skonsumować. Brzmi to obrzydliwie, ale zapewniam, że zdarzały się znacznie potworniejsze procedery, o których nie śmiem nawet wspominać. W tak skrajnych warunkach człowiek zaczyna sobie uświadamiać jak niewiele różni go od zwierzęcia.
Nasze poszukiwania zakończyły się przy murze i z trudem muszę przyznać, że tak jak to przewidziałem. Do ostatniej chwili modliłem się w duchu, żebym się pomylił, żeby ciało dziecka leżące pod murem należało do kogoś innego. Ale gdy podszedłem bliżej rozpoznałem w nim brata kolegi, mimo że liczne ślady pobicia to utrudniały. Choć przyzwyczaiłem się do takich rzeczy, poczułem jak robi mi się nie dobrze. Widok martwej osoby, której nie znasz to jedno, ale kiedy jest to rodzina kolegi, na dodatek ktoś tak młody... to było straszne.
- Daniel! Daniel, powiedz coś! – zdesperowany Izaak próbował obudzić brata, choć było to już niemożliwe.
Przez chwilę nie reagowałem. Przygryzłem wargę, moje pięści się zacisnęły i ogarnęło mnie okropne uczucie niemocy. Izaak rozpaczał nad zmasakrowanym ciałem brata, wciąż starając się go ocucić, a ja nie byłem w stanie zrobić absolutnie nic, by ulżyć w jego cierpieniu. Mogłem jedynie zabrać go z powrotem do domu.
- Już wystarczy, chodź – kucnąłem, kładąc mu ręce na ramionach. – On nie żyje. Nic nie można już zrobić.
- Musimy iść po twojego ojca, on mu pomoże.
- Nie pomoże, Izaak i ty dobrze o tym wiesz – szepnąłem i objąłem kolegę od tyłu. – Przykro mi, naprawdę mi przykro – mój głos drżał.
- On miał tylko dziesięć lat – szloch przyjaciela wypełnił moje uszy.
Musieliśmy dziwnie razem wyglądać, ja, obejmując kolegę, a on obejmując ciało brata, ale mimo to żaden przechodzień nie zwrócił na nas uwagi. Zupełnie jakbyśmy się wkomponowali w otaczającą nas codzienną rzeczywistość.
Nie wiem jak długo tkwiliśmy w niezmienionej pozie, chyba długo, bo gdy wstałem poczułem, że nogi mi zdrętwiały. Gdy wracaliśmy, Izaak nie odezwał się ani słowem.

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, gdyż dwa najtragiczniejsze zdarzenia podczas mojego pobytu w getcie wydarzyły się jednego dnia. To pierwsze wstrząsnęło mną najbardziej. Moja matka zmarła na tyfus i choć mój ojciec był lekarzem, nie był w stanie jej pomóc. Wciąż cierpię, gdy wspominam tamten dzień, a najbardziej boli, że nie było mnie przy niej, gdy wydawała ostatnie tchnienie. Pamiętam, że gdy się dowiedziałem, płakałem po raz pierwszy od wielu miesięcy. Choć było mi ciężko niemal każdego dnia, starałem się być twardy, nieugięty, nie poddawać się. I wcale nie robiłem tego z poczucia dumy, lecz ze względu na siostrę. Ona mi ufała, podziwiała mnie, było jej lżej, gdy widziała mnie z podniesioną głową. Dawałem jej nadzieję, przekonywałem, że wszystko będzie dobrze i nie ma powodu się załamywać. Ale w końcu nie dałem rady, śmierć matki mnie przerosła. Siedziałem pod ścianą, z twarzą ukrytą w kolanach i szlochałem. Nie mogłem przestać, gdyż coś we mnie pękło.

Gdy uniosłem głowę, zauważyłem, że Sara stoi w drzwiach i patrzy na mnie zrezygnowana. Szybko otarłem łzy trzęsącymi się dłońmi. Nie mogła mnie tak widzieć, miała wiarę tylko dzięki mnie.
- Sam... – podjęła i prawie natychmiast urwała. Widziałem jak wszystkimi siłami walczy z napływem łez.
- Wszystko będzie dobrze... nie martw się... wszystko będzie dobrze... – powtarzałem, ale sam już sobie nie wierzyłem.
Izaak również w to nie wierzył. Po śmierci brata zmienił się nie do poznania. Nie uśmiechał się już wcale, rzadko się odzywał i odnosiłem wrażenie, że stracił chęć do życia. To nie był już Izaak, którego pamiętałem jako wesołego, wrażliwego chłopaka, lecz zaledwie jego cień. Ale nieszczęścia jeszcze się nie skończyły. Tego samego dnia, gdy umarła moja matka, rodzina Izaaka została wywieziona do miejsca, z którego już nigdy nie wróciła, do Auschwitz. Jakimś cudem Izaakowi udało się wtedy uniknąć wywózki, ale on sam wcale nie uważał tego za dar niebios. Wręcz przeciwnie, wolałby zostać wśród bliskich bez względu na to dokąd by trafił i co by się z nim stało.
Tym sposobem mój przyjaciel w pewnym sensie umarł. Znikła w nim wola życia i zacząłem się obawiać, że prędzej czy później zechce popełnić jakieś głupstwo. Nie myliłem się.

- Ucieknijmy – zaproponował pewnego dnia, a mi zdawało się, że się przesłyszałem. Spoglądał na mnie pustym, nieobecnym spojrzeniem aż ciarki przechodziły mnie po plecach.
- Bredzisz. Czy ty już do reszty oszalałeś? Jak niby mielibyśmy uciec?
- Gdy wracamy z pracy do getta, jest już po zmroku. Wtedy się oddalimy i nikt nas nie zauważy.
- I co dalej? Dokąd chcesz pójść? Przecież nikt nam nie pomoże. Umrzemy.
- Tutaj też umrzemy.
- Wcale nie. Uda się nam! – chwyciłem przyjaciela za ramiona i potrząsnąłem nim. Wciąż jeszcze tliła się we mnie iskierka nadziei i nie chciałem się poddać. – A może nas również wywiozą? Skąd wiesz czy tam nie będzie nam lepiej.
- Jesteś taki naiwny. Nie słyszałeś plotek?
- Jakich plotek?
- Że stamtąd już się nie wraca.
Plotki czy nie, bynajmniej nie zamierzałem uciekać.
- Wciąż mam siostrę i ojca. Nie mogę ich zostawić.
- Jak chcesz. Mnie już nic tu nie trzyma. Jutro zamierzam postawić wszystko na jedną kartę.
Nie powstrzymywałem go już więcej, bo wiedziałem, że nic nie wskóram, ale w głębi duszy cierpiałem. Znaliśmy się od dawna, trudno było mi sobie wyobrazić, że to koniec. Istniała niewielka szansa, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę. Dałbym wiele by zmienił zdanie, ale było za późno. Uciekł zgodnie z planem, a mi pozostawało jedynie się modlić, by przeżył.

Nie wiem ile tygodni minęło od ucieczki Izaaka. Czas zdawał się płynąć inaczej. Nie godziny nadawały rytm życiu, ale coraz to nowsze siniaki, do których zdążyłem się przyzwyczaić. Nie dni się liczyły, lecz momenty, gdy można było zjeść godziwy posiłek. Czasami spoglądałem na otaczające nas mury i myślałem o rodzinnej miejscowości. Czy jeszcze kiedykolwiek usłyszę szum drzew i śpiew ptaków? Tutaj nie było ani drzew, ani ptaków. Tutaj nawet myszy już nie zaglądały.
Pewnego razu, idąc ulicą, omijając liczne ludzkie zwłoki, do których widoku już przywykłem dawno temu, doznałem szoku. Z początku myślałem, że się przewidziałem, że głód powoduje u mnie omamy. Ale po krótkiej chwili zrozumiałem, że to co widzę jest prawdziwe. Pod murem jednego z budynków siedział Izaak. Przez moment bałem się, że nie żyje, bo zupełnie się nie ruszał, ale gdy zwrócił oczy w moją stronę poczułem się jakby moje ciało przeszył elektryczny impuls. Rzuciłem mu się na szyję i popłakałem z radości. Przeżył. Mój najlepszy przyjaciel przeżył i był teraz tuż przy mnie. Już dawno nie miałem okazji poczuć czym jest szczęście.
- Co się stało? Jak wróciłeś? – spytałem, gdy się nieco uspokoiłem. Popatrzył na mnie, a jego wzrok zdawał się jeszcze bardziej nieobecny niż przed ucieczką.
- Poczekałem do zmroku i wmieszałem się w grupę robotników.
- Nie rozumiem? Dlaczego wróciłeś?
- Tam nic nie ma... nic... żadnej nadziei... – wybełkotał.
Uświadomiłem sobie, że od samego początku nie okazywał żadnych emocji. Zupełnie jakby ucieczka pozbawiła go resztek człowieczeństwa. Nie cieszył się na mój widok, ani nie smucił. Jemu już było wszystko jedno. Nie chciałem się z tym faktem pogodzić, ale stało się to czego najbardziej się obawiałem, jego psychika nie wytrzymała.

Chaos, to pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl, gdy wracam wspomnieniami do ostatniego dnia spędzonego w getcie. Pakowali nas do pociągu jak zwierzęta, ludzie panikowali, czasami słychać było strzały. Pośród tego obłędu zdołałem dostać się do wagonu wraz z rodziną i Izaakiem. Sara płakała, a ja przez całą drogę trzymałem ją w ramionach. Była przerażona i dokładnie ją rozumiałem. Wszyscy rozumieli. Każdy z nas, bez wyjątku, dzielił ten sam los.
Gdy nas rozdzielano, przeżywałem istny koszmar. Sara krzyczała, wyrywała się i wyciągała ku mnie dłonie. Czyniłem to samo, ale nie mogliśmy w żaden sposób powstrzymać tego co działo się wokół nas.

Ojca już nigdy więcej nie ujrzałem. Wtedy nie miałem pojęcia, gdzie go zabrali i co się z nim stało. Ja i Izaak z jednego piekła trafiliśmy w drugie. Ten okres mego życia jest jak zatarta taśma. Pamiętam tylko urywki. Zresztą wspominanie owego czasu wywołuje u mnie tak wielką gorycz, że pragnę go przemilczeć i wspomnieć tylko o jednym jedynym wydarzeniu, które stanowiło zwrot w moim życiu.
Izaak był słaby. Zbyt słaby żeby przetrwać i nie miałem co do tego żadnych złudzeń. Pewnego razu po prostu zasłabł przy pracy i upadł na ziemię. Chcąc nie chcąc wydał na siebie wyrok śmierci. „Zaszczyt” jego dobicia nie przypadł jednak podrzędnemu żołnierzowi lecz samemu standartenführerowi. Eryk Richter budził strach. Był młody, silny i miał sporą władzę. Już na zawsze pozostał moim nemezis. Wszystko przesądziła ta jedna chwila, gdy nacisnął spust, a kula przeszyła czaszkę Izaaka, raz na zawsze kończąc jego cierpienia. W tym momencie przestałem racjonalnie myśleć. Rzuciłem się do ciała przyjaciela, obejmując go, łudząc się, że jeszcze mnie usłyszy. Nie wiem jak długo płakałem, bo w pewnym momencie poczułem szarpnięcie i ktoś z wielką siłą cisnął mnie na ziemię. Przelotem ujrzałem zimne, błękitne oczy Eryka, a potem był już tylko ból. O dziwo nie padł z moich ust ani jeden krzyk. Czułem każde uderzenie, każde kopnięcie, ale myślałem tylko o Izaaku.
Gdy kaźń ustała, resztką sił otworzyłem oczy i ujrzałem, że Eryk wyciąga broń.

Może to i dobrze - pomyślałem - tak będzie szybciej.

Ale nie zginąłem. Po prostu w pewnym momencie Richter się rozmyślił i postanowił nieco dłużej pobawić się moim kosztem.
- Umówmy się tak, jak doczołgasz się do baraku to będziesz żył, a jeśli nie... cóż.
Nie doszukiwałem się już sensu w jego postępowaniu. Nauczyłem się, że ludzie potrafią czerpać przyjemność z najokrutniejszych wręcz czynów. Tylko czy można ich nazwać ludźmi?
Wiem, że Eryk się oddalił, bo słyszałem jego kroki. Nie było mowy bym mógł się ruszyć, choć kiwnąć palcem. Wolałem, by zastrzelił mnie na miejscu, by tego nie przeciągał. Zamroczyło mnie w końcu, ale potem nastąpiło coś niebywałego. Pamiętam, że pierwsze co zarejestrowały moje zmysły to fakt, że ktoś mnie niesie. Potem poczułem, że ląduję na czymś miękkim, a potem otworzyłem oczy i... ujrzałem go. Miał piwne tęczówki, długie rzęsy i pewnie byłby całkiem przystojny, gdyby nie wyniszczające warunki. Przez chwilę wpatrywałem się w niego oszołomiony, aż usłyszałem jego głęboki głos.
- Możesz mówić?
- Yh... – moja odpowiedź była ni to twierdząca, ni przecząca.
- Jestem Beniamin.
- Sa.. Samuel – wydusiłem z siebie.
- Mieliśmy cholerne szczęście, że nikt nas nie zauważył. Nie wiem jak długo będę w stanie cię tu ukrywać, ale nie mogłem tak po prostu cię tam zostawić.
W ten sposób zaczęła się moja największa i najdłuższa przyjaźń. W jeden dzień straciłem przyjaciela i zyskałem nowego. Horror jednak się nie skończył. Niedługo później staliśmy się obiektem pseudo-medycznych eksperymentów. Prawie nic z tego nie pamiętam, jedynie przebłyski. Sądzę, że mój umysł najzwyczajniej w świecie zablokował to co było tak straszne, że szybko doprowadziłoby mnie do obłędu. Pamiętam jednak, że w końcu, po najdłuższej z nocy, nastał dzień. Nie miałem złudzeń, że życie już nigdy nie będzie takie jak kiedyś, ale na nowo rozbudziła się we mnie nadzieja.

Było lato 1946. Życie powoli wracało do normy. Ostatni rok ja i Ben spędziliśmy na szukaniu mojej siostry, ale bez skutku. Wciąż żywiłem jednak nadzieję, że się odnajdzie. Jednocześnie próbowałem się ustatkować, odnaleźć w odmienionym świecie. Pracowałem jako zmywający w jednej z krakowskich restauracji. Nie była to praca moich marzeń, ale dobre i to na początek

- Hej, Sam, słyszałem, że byłeś w obozie – spytał pewnego dnia jeden ze współpracowników o imieniu Jan.
- Byłem – odparłem beznamiętnie, nie przerywając pracy.
- To naprawdę straszne co się wtedy działo. Świat jest taki mały. Moja dziewczyna też była w obozie. Prawdziwy cud, że przeżyliście.

- Jak ma na imię?
- Sara.
Talerz wypadł mi z ręki i rozbił się o posadzkę. Wpatrywałem się w Jana z rozdziawionymi ustami. To nie mógł być zbieg okoliczności. Po prostu nie mógł.
- Hej, uważaj – powiedział widząc co czynię.
- Zaprowadź mnie do niej. Błagam, zaprowadź – zdesperowany chwyciłem go za koszulę.
Zgodził się i po pracy udaliśmy się prosto do jego domu. Kiedy otworzył drzwi pokoju, ujrzałem ją, siedzącą przy otwartym oknie i malującą obraz. Poznałem ją od razu, nic się nie zmieniła.
- Sara?
Spojrzała na mnie i zauważyłem, że jej oczy robią się mokre od łez.
- Braciszku! – rzuciła mi się na szyję.
Uściskałem ją mocno, tak mocno jakbym nigdy już nie chciał jej wypuścić. Płakaliśmy i śmialiśmy się jednocześnie. W tym jednym momencie życie na nowo we mnie wstąpiło. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu.

Komentarze
#1 | Rockula dnia sierpień 09 2009 21:48:02
Brutalnie troszkę .
Ale świetne.
^^ Smile
#2 | Feliks dnia styczeń 29 2010 22:08:32
Opowiadanie troszkę takie jakby smutne. Ale się w sumie dobrze kończy i to jest najważniejsze Wink
Jak je czytałem, miałem tylko wrażenie, że gdzieś już coś podobnego widziałem... I później mnie olśniło: film! Film "Pianista"! Jeżeli go nie znacie, to naprawdę - jest czego żałować. Film jest smutny, momentami okrutny, ale tez się "w sumie dobrze" kończy.
Polecam serdecznie Smile
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,651 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.