Grudzień 12 2018 23:56:28
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
To nie koniec - Rozdział III
Nikt tak bardzo nie odmienił życia Jacka, jak Doktor. To z jego powodu niegdyś trafił do Torchwood i to z jego powodu nie mógł zasnąć poprzedniej nocy. Nie sądził, że któregoś dnia Doktor będzie zdany na jego pomoc, ale skoro już tak się stało, postanowił go nie zawieść. Dlatego ciągle zastanawiał się jak sprawy się potoczą i co może jeszcze dla niego zrobić. Tyle lat kiedyś na niego czekał, Doktor przychodził niespodziewanie, a potem równie niespodziewanie znikał, jednak tym razem zamierzał zatrzymać go przy sobie. Już nigdy nie chciał się z nim rozstawać, mimo że nie łączyło ich nic więcej poza przyjaźnią.
- Już prawie południe, czemu go jeszcze nie ma? - rzekł z niepokojem, pijąc trzecią tego dnia kawę. Ianto dosłownie stał nad nim z czajnikiem, gotów go w każdej chwili obsłużyć.
- Pewnie był zmęczony po podróży. Wyluzuj trochę. - Toshiko kompletnie nie rozumiała postawy szefa.
- Gdzie on w ogóle mieszka? - rzucił nagle Ianto, ale Jack za bardzo się denerwował, by zwrócić na niego uwagę.
- Przepraszam na chwilę – powiedział i oddalił się bez udzielania wyjaśnień.
Pozostali pracownicy siedzieli w ciszy, zbyt zdumieni by cokolwiek powiedzieć. Nie spodziewali się po Jacku takiego zachowania i zaczynali domyślać się, że coś ukrywa. Ich zdziwienie wzrosło, gdy Harkness wrócił równie szybko, co wyszedł, na dodatek o wiele bardziej zaniepokojony niż poprzednio.
- Nie ma go – wycedził, nerwowo przeczesał dłonią włosy, po czym zabrał skonsternowanemu Ianto czajnik i sam dolał sobie kawy. - Nie mogę w to uwierzyć... znowu to zrobił. Odszedł... - wymamrotał.
- Nie rozumiem jednej rzeczy. - Gwen zdawała się jeszcze myśleć racjonalnie. - Mamy sezon ogórkowy i akurat teraz przysłali nam konsultanta, który na dodatek zniknął bez słowa? Coś mi tu nie gra. O co chodzi, Jack?
Harkness zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, usilnie szukając sposobu na wybrnięcie z sytuacji.
- Uwierz mi, to skomplikowane – rzekł.
- Jack, powiedz im – przemówił nagle Owen, wzbudzając ogólne zainteresowanie.
Ponieważ wyglądało na to, że nie ma już odwrotu, Harkness oparł się o ścianę i westchnął.
- Doktor... nie jest zwykłym człowiekiem. W ogóle nie jest człowiekiem – wydusił z siebie w końcu. - Zawsze zwykł przychodzić i odchodzić niespodziewanie, ale myślałem... myślałem, że tym razem będzie inaczej.
- Powiedz im – naciskał Owen, widząc, że jego szef próbuje ominąć temat.
- Doktor przybył tu, bo... cholera to brzmi tak niedorzecznie. Przybył tu, bo... jest w ciąży i potrzebuje mojej pomocy. - Jack dał za wygraną, choć nie przyszło mu to z łatwością.
Reakcja kolegów była dokładnie taka, jak się spodziewał – kompletna konsternacja i niedowierzanie.
- Może nie mam najlepszego wzroku, ale wydawało mi się, że to facet – wtrąciła sarkastycznie Toshiko.
- Jak już mówiłem nie jest człowiekiem – wyjaśnił Jack, będąc przy tym tak śmiertelnie poważnym, że chyba udało mu się wszystkich przekonać.
- Tylko nie mów, że to ty mu to zmajstrowałeś? - rzekł Ianto zbulwersowany.
- Nawet palcem go nie tknąłem! - uspokoił Jack.
- Powiedz kim on dokładnie jest. Wiem, że ty tu rządzisz, ale mamy prawo wiedzieć – powiedziała stanowczo Gwen.
- To długa historia.
- A mamy coś lepszego do roboty?
Więc opowiedział im wszystko, bo i tak nie było już sensu niczego ukrywać. Opowiedział im o Panach Czasu, o swoich przygodach z Doktorem, o Mistrzu i o „roku, który się nie wydarzył”. Choć były to nieprawdopodobne historie, ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że nie kłamie i koledzy od razu mu uwierzyli. Nie kryli zaskoczenia i poruszenia, w końcu nie często słyszy się takie wyznania.
- Może wróci? - Toshiko pocieszyła szefa, kładąc mu rękę na ramieniu.
Jednak Jack nie odpowiedział, tylko oddalił się, wzdychając głośno.


Kiedyś trzymał zakonserwowaną rękę jako „wykrywacz Doktora”. Teraz całe jego ciało stało się takim wykrywaczem. Trudno było to wytłumaczyć, ale umiał wyczuć, kiedy przybywał Pan Czasu. Gdy tylko jego szósty zmysł dał o sobie znać, rzucił wszystko i jak burza opuścił swoje miejsce pracy.
TARDIS pojawił się w tym samym miejscu, co ostatnio, a gdy Jack tylko go ujrzał, poczuł jak wzrasta mu tętno. Z zapartym tchem czekał aż drzwi się otworzą i będzie mógł rzucić się Doktorowi w ramiona. Mimo że minęło zaledwie kilka godzin, stęsknił się za nim bardziej, niż gdy czekał całe stulecie.
- Jack... chyba trafiłem w dobry rok i dobry dzień? - wydukał Pan Czasu, trochę zdziwiony reakcją przyjaciela, który trzymał go w uścisku przez dobrą minutę.
- Myślałem, że odszedłeś na dobre, tak jak kiedyś – wyjaśnił Harkness, uspokoiwszy się trochę.
- Po prostu pomyślałem, że zrobię sobie małą wycieczkę do Rzymu – wyjaśnił niewinnie Doktor. - To znaczy, do teraźniejszego Rzymu, nie starożytnego. Doszedłem do wniosku, że skoro mam się nie narażać na niebezpieczeństwa, to mogę chociaż pobawić się w zwykłego turystę. Nawet przywiozłem pizzę, najlepszą na świecie.
Jack nie wiedział, czy się śmiać, czy zdenerwować jeszcze bardziej.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - rzekł z wyrzutem.
- Bo jestem dorosły? - Doktor odpowiedział retorycznym pytaniem.
Harknessa ogarnęło poczucie wstydu. Zdał sobie sprawę, że zaczyna się robić nadopiekuńczy. Zamilkł i pomógł przyjacielowi zanieść pizzę na górę. Pozostali wyglądali na dość zaskoczonych i lekko zakłopotanych. Tak jakby nie wiedzieli, co powiedzieć na widok Doktora. Ten naturalnie zauważył różnicę w ich zachowaniu.
- Powiedziałeś im – stwierdził poważniejąc. Co prawda nie wyglądał na zdenerwowanego, ale na specjalnie zadowolonego też nie.
- Musiałem – odparł krótko Jack.
- Dobrze postąpiłeś... - wymamrotał Doktor.
Z jednej strony czuł się obnażony i zakłopotany, z drugiej wiedział, że towarzysze Jacka mają prawo znać prawdę.
- Gratuluję – wypaliła nagle Gwen, próbując rozładować atmosferę, ale po chwili sama z zawstydzeniem odwróciła wzrok. W końcu sytuacja była trochę niezręczna.
- Dzięki – odpowiedział Doktor, lekko zmieszany, po czym wziął kawałek pizzy. - Częstujcie się.


Po kilku dniach życie zaczęło wracać do normy, co dla pracowników Torchwood, krótko mówiąc, oznaczało pakowanie się w kłopoty. Nikogo nie zaskoczyło, że Doktor próbował się włączyć do przeróżnych misji i zadań, argumentując, że z nim efektywność ich pracy wzrośnie trzykrotnie. Jednak Jack nie chciał o tym słyszeć. Tłumaczenie przyjacielowi, że narażałby nie tylko siebie trochę pomogło, ale na wszelki wypadek, gdy tylko się dało, nie zdradzał mu, gdzie udaje się z drużyną. Dobrze robił, bo naprawdę bywało niebezpiecznie.
- To szlachetne, że stanąłeś w mojej obronie, ale następnym razem weź pod uwagę fakt, że to ja jestem tym nieśmiertelnym – powiedział Jack, prowadząc kulejącego Ianto, który dodatkowo miał nieco nadszarpane ucho.
Gdy zeszli do centrum, zauważyli, że Doktor siedzi przy komputerze i zajada się bananami.
- Świeże, prosto z Afryki – wyjaśnił. - Potrzebuję dużo witamin – z tymi słowy wyrzucił skórkę do kosza. - Jak tam polowanie na kosmitów?
- Bywało lepiej – wyjaśnił Jack, po czym zaprowadził rannego do ambulatorium.
Złapał Ianto za rękę, gdy Owen zaczął opatrywać jego rany.
- Obiecuję, że w ten weekend pójdziemy do kina – uśmiechnął się. - Właściwie to...
Przez myśl mu przeszło, żeby zaprosić też Doktora i już miał o tym powiedzieć, ale urwał, gdy uświadomił sobie, że raczej nie tego oczekiwał jego partner.
- Co? - spytał Ianto.
- Nic, jesteśmy umówieni.
Oddalił się i wkrótce przyszedł mu lepszy pomysł do głowy. Upewniwszy się, że Doktor jest sam, podszedł do niego i od razu zagadał.
- Zapraszam cię na kolację. - Jak zwykle nie miał żadnych oporów.
- Proponujesz mi randkę? - Pan Czasu wcale nie sprawiał wrażenia zaskoczonego.
- Jeśli chcesz, żeby to była randka, to nie ma sprawy. - Jack skrzyżował ręce na piersi i oparł się o biurko, szczerząc zęby w swym pewnym siebie uśmiechu. - A tak serio, uznałem, że trochę cię zaniedbuję. Obiecałem, że ci pomogę i oznaczało to coś więcej niż tylko parę ciepłych słów. Chcę, żebyś się tu dobrze czuł, żebyś był szczęśliwy. Rozerwijmy się trochę.
- W porządku, ale ty stawiasz.


Początkowo Jack planował zabrać przyjaciela do drogiej restauracji, ale biorąc pod uwagę wilczy apetyt Doktora, uznał, że to może nie najlepszy pomysł. W końcu wylądowali w zwykłej, przytulnej knajpce. Nie należała do wykwintnych, ale za to jedzenie w niej było wyśmienite. Jack z zafascynowaniem obserwował, jak jego kompan pochłania całkiem spory deser po wyjątkowo sutej kolacji. Nie sądził, że to jak ktoś je, zwłaszcza tak łapczywie, może być piękne. Ostatnio jednak przyłapał się na tym, że dla niego wszystko co robił Doktor zdawało się piękne.
- Niedługo będę potrzebował nowych spodni – stwierdził Pan Czasu, połykając ostatni kawałek ciasta.
- Powiem Ianto, żeby ci coś załatwił.
- Nie traktuj go jak służącego.
- Taką ma pracę. Poza tym to lubi.
- Nie chcę wiedzieć, co jeszcze lubi.
Doktor był na tyle bystry, by domyślić się, że Jacka łączy coś z jego podwładnym. To jednak nie speszyło Harknessa, choć postanowił zmienić temat.
- Kiedy właściwie zacząłeś coś podejrzewać? - spytał poważnie. - I nie, nie chodzi mi o mnie i Ianto. Chodzi mi o twój stan.
- Cóż... podróżowałem luksusowym promem kosmicznym, gdy został zaatakowany przez handlarzy niewolników. Istoty te mają ściśle określony sposób działania, nie biorą ułomnych, chorych, ogólnie tych, którzy się nie nadają. Jeden z nich chwycił mnie za gardło i przeskanował. Byłem pewien, że wpadłem jak śliwka w kompot, ale po chwili mnie puścił i odszedł. Zszokowało mnie to, bo nie byłem ani ranny, ani chory. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że nie wziąłem pod uwagę jeszcze jednej możliwości.
- Miałeś szczęście w nieszczęściu... w pewnym sensie. Nie wiem, czy to dobrze ująłem. - Jack napił się wody, by przepłukać gardło. - Jesteś szczęśliwy? Odpowiedz mi szczerze.
Pytanie do łatwych nie należało, więc Doktor potrzebował chwili, by się nad nim zastanowić.
- Trudno powiedzieć, wciąż nie wiem, co o tym wszystkim myśleć – odparł, wlepiając wzrok w szklankę.
- Po prostu ciesz się życiem. Nie musisz w tym celu podróżować przez czas i przestrzeń. Miałeś kiedyś rodzinę, prawda?
- Tak – rzekł beznamiętnie Doktor. - Dawno temu.
- Byłeś wtedy szczęśliwy?
- Tak – tym razem wydusił z siebie z bólem, jakby samo wspomnienie przychodziło mu z trudem.
- Więc czemu miałbyś teraz nie być?
Po chwili Jack zdał sobie sprawę, że trochę zagalopował się z pytaniami, bo najwyraźniej zaczął rozdrapywać stare rany, a nie o tu mu przecież chodziło.
Do domu udali się spacerem, bo noc była pogodna i ciepła. Nie poruszali już trudnych tematów, przez co powróciły im dobre humory. Przez całą drogę Jack miał ochotę złapać Doktora za rękę lub otoczyć go ramieniem. Właściwie miał ochotę na znacznie więcej, ale na tyle szanował swego przyjaciela, by nie popełnić żadnego głupstwa. Co nie znaczy, że nie próbował podchodów.
- Pójdziemy do mnie? Mam sporą kolekcję filmów – zaproponował.
- Doceniam to, co dla mnie robisz, ale najchętniej położyłbym się spać.
- Przysięgam, że się na ciebie nie rzucę. - Jack najwyraźniej podejrzewał, że Doktor próbuje się wykręcić.
- Wiem, że się na mnie nie rzucisz. Gdybym ci nie ufał, nie obarczałbym cię swoimi problemami. Po prostu chce mi się spać.
- W takim razie dobranoc.
Pewnych rzeczy Jack nigdy by sobie nie odmówił, więc ujął w dłoń twarz Doktora i cmoknął go w usta, szybko, ale czule. Pan Czasu nie wyglądał ani na zszokowanego, ani na zawstydzonego, ani na zdenerwowanego. Można by wręcz powiedzieć, że spodziewał się pocałunku i nie uważał go za coś zobowiązującego.
- Dobranoc – odpowiedział.


Pewne rzeczy wychodziły poza ludzkie pojmowanie, pewne rzeczy wymykały się spod kontroli. Świat nie był tak prosty, jak można by przypuszczać. Wciąż potrafił zaskakiwać i to w coraz bardziej pokrętny sposób. Niekiedy koniec okazywał się początkiem i pewnych wydarzeń nikt nie mógł powstrzymać. Nawet śmierć dało się oszukać, trzeba tylko było wiedzieć za jakie sznurki pociągnąć. Nic nie działo się bez przyczyny, we wszystkim tkwił jakiś cel. Czasem prostszy do osiągnięcia, niż mogłoby się wydawać.
- Wiem, że spotkamy się ponownie. Nawet nie zamierzam cię szukać, bo wiem, że ty znajdziesz mnie. A gdy tak się stanie, będziemy razem na zawsze, bo mamy tylko siebie i sobie jesteśmy przeznaczeni. Już wkrótce, już wkrótce się spotkamy. Będę na ciebie czekał, bo wiem, że po mnie przyjdziesz. To nie koniec, to dopiero początek.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,472 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.