Grudzień 13 2018 00:48:13
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
To nie koniec - Rozdział VII
Doktor siedział na łóżku i za wszelką cenę próbował się uspokoić, co przychodziło mu z trudem. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuł tak intensywnych ruchów w brzuchu. Najwyraźniej niepokój udzielał się także nienarodzonemu dziecku. Szeptał więc kojące słowa i delikatnie gładził zaokrągloną część ciała, z nadzieją, że to pomoże.
- Mam już wszystkie potrzebne informacje – powiedział Jack, wchodząc do sypialni. - Źródło energii pochodzi z posiadłości niejakiego Demetriosa Karpusi. Facet wydał bestseller i dorobił się niezłej fortuny, ale wcześniej miał dość nieciekawą przeszłość. To fanatyczny ekolog o wyjątkowo radykalnych poglądach. Siedział w więzieniu za sabotowanie planów budowy elektrowni atomowej. Niektórzy nawet posądzali go o terroryzm. Najwyraźniej demonstracje i przywiązywanie się do drzew mu nie wystarczało. W swojej książce stwierdził, że ludzkość jest jak choroba tocząca Ziemię.
- No to z Mistrzem stanowiliby uroczą parę – stwierdził Doktor z sarkazmem.
- Nie mamy żadnych dowodów na to, że współpracuje z Mistrzem.
- Czyżby? - Pan Czasu nie podzielał optymizmu Jacka. - Właśnie przedstawiłeś niezbity dowód. Musimy ich jak najszybciej powstrzymać... cokolwiek planują.
- Zostaw to mnie, ty powinieneś odpoczywać. Zaparzyłem ci zioła uspokajające, zaraz przyniosę.
Gdy Jack na chwilę wyskoczył do kuchni, Doktor zdążył wstać z łóżka.
- Więc jaki jest plan? - spytał partnera, gdy ten wrócił z filiżanką.
- Wezmę drużynę i dokładnie zbadamy posiadłość. Mamy już opracowaną strategię.
- Jadę z wami – oznajmił Doktor głosem nie uznającym sprzeciwu i napił się ziół.
- Nie jedziesz – odparł Jack, tym samym tonem, co jego przedmówca.
- Nic mi nie grozi. Jemu zależy na tym dziecku, planował to, więc nie śmiałby mnie skrzywdzić. Proszę cię, on mnie potrzebuje, muszę mu pomóc.
- Jak możesz tak mówić po tym wszystkim co zrobił?
- A pamiętasz co zrobił twój brat? Pamiętasz jak z jego powodu zginęli Owen i Toshiko? Wyrządził tyle zła, a jednak mu wybaczyłeś.
Jacka zabolało, że Doktor postanowił poruszyć ten temat.
- To było co innego.
- Nie, to było dokładnie to samo! Mistrz był mi kiedyś bliski. Jesteśmy ostatnimi ze swego rodzaju. Nie mogę się od niego odwrócić, nawet po tym, co zrobił. Wierzę, że może się zmienić. Jest chory, dlatego muszę mu pomóc.
- Dlatego może być niebezpieczny.
- Nie powstrzymasz mnie – oznajmił Doktor pewny siebie i wziął kilka kolejnych łyków naparu.
- Powstrzymam i uwierz mi, to dla twojego dobra.
Pan Czasu zmierzył Jacka przenikliwym spojrzeniem, zastanawiając się, co ten zamierza zrobić. Przywiązać go do łóżka? Nie śmiałby. Wkrótce jednak znalazł odpowiedź na swoje pytanie. Zakręciło mu się w głowie, zrobił się senny i wiedział już, że Jack znalazł sposób, żeby go przechytrzyć.
- Zioła... - stęknął Doktor, czując że nogi się pod nim uginają.
Harkness złapał go, powstrzymując przed osunięciem się na podłogę.
- To tylko niegroźny środek nasenny, nic ci nie będzie. Przepraszam, musiałem to zrobić. - Jack położył partnera na łóżku.
- Nie... zabijaj... go... - z trudem wykrztusił z siebie Doktor, wiedząc że zostało mu góra pół minuty świadomości. - Powinieneś mi pozwolić...
- Sto lat na ciebie czekałem. Pojawiłeś się nagle, a potem równie nagle odszedłeś. Gdy przybyłeś po raz kolejny, wszystko w moim życiu stało się lepsze – wyznał Jack, wykorzystując ostatnie chwile świadomości Doktora. - Wiesz do czego zdolny jest Mistrz i nie pozwolę byś cierpiał z jego powodu. Za bardzo cię kocham, by narażać cię na takie ryzyko – z tymi słowy pocałował Pana Czasu w usta. Gdy się od nich oderwał, ten już spał.
Jack rozebrał Doktora do podkoszulka i bokserek, po czym przykrył go kołdrą i pogłaskał z czułością po głowie.
- Śpij, zobaczymy się rano – szepnął. - Mam nadzieję.


Pod osłoną nocy zaparkowali samochód w ustalonym wcześniej miejscu, mając dobry widok na rezydencję, do której zamierzali się włamać.
- Ianto, pójdziesz ze mną. Dziewczyny, zostaniecie tutaj i poczekacie na ewentualne rozkazy – polecił Jack, przygotowując uzbrojenie.
- To nie sprawiedliwe – skomentowała żartobliwie Gwen, która liczyła na bezpośredni udział w akcji.
- Zapewniam cię, że nie kierowałem się płcią. Idziemy! - rzekł do Ianto i opuścili wóz.
Przyczaili się pod murem, obserwując wejście. Spodziewali się znacznie większej ochrony, tymczasem wypatrzyli zaledwie dwóch strażników patrolujących teren.
- Facet najwyraźniej nie boi się o swój majątek – skomentował Ianto.
- To nowobogacki, jeszcze nie przywykł – odparł Jack.
Dostanie się do środka było śmiesznie proste. Wystarczyło tylko poczekać na dogodny moment, by uniknąć wzroku ochroniarzy. Z zamkiem i alarmem poradziły sobie urządzenia obcego pochodzenia, które Jack wziął ze sobą. Wiedza Doktora i jego pomoc w Torchwood na coś się przydały.
- Odczyty wskazują, że to coś znajduje się na dole – szepnął Ianto, patrząc na przenośny wykrywacz zmian energii.
Kolejnym krokiem było znalezienie zejścia do podziemi. Zadanie również do trudnych nie należało, bo nie musieli przed nikim się ukrywać. Zachowywali jednak czujność, wiedząc że łatwość w wykonywaniu misji może okazać się zwodnicza. Jack liczył się z możliwością, że w każdej chwili mogą wejść w pułapkę, jednak nie zamierzał się wycofać. Musieli zbadać sprawę bez względu na wszystko.
- Co to jest do cholery? - zdziwił się Ianto, gdy weszli do rozświetlonego pokoju, który praktycznie w całości zajmowała jakaś skomplikowana maszyneria.
Pośrodku, w rdzeniu podłączonym do reszty komputerów, znajdował się sześcian wielkości dwóch sporych pięści. Kolorem i strukturą przypominał nieco lampę solną, ale bez wątpienia nią nie był.
- Nie wiem co to jest, ale właśnie to pochłania energię ze szczeliny – skomentował Ianto, sprawdzając odczyty.
- Cokolwiek to jest, mam przeczucie, że powinniśmy to wyłączyć – powiedział Jack, wpatrując się w dziwne urządzenie.
- Myślę, że zwiedzanie można uznać za zakończone – doszedł ich nagle głos.
Mężczyźni gwałtownie się odwrócili i wycelowali broń w stojąc w drzwiach osobę. Cała krew odpłynęła Jackowi z twarzy, gdy zdał sobie sprawę, że ma przed sobą Mistrza. Na chwilę zamarł, podczas gdy Pan Czasu zrobił kilka kroków do przodu. Był kompletnie nieuzbrojony, nikt mu też nie towarzyszył, a jednak nie okazywał ani cienia strachu. Miał ten sam, pewny siebie wyraz twarzy, który Jack zapamiętał i znienawidził.
- Mógłbym cię teraz zabić. Powinienem cię teraz zabić – wycedził Harkness, zaciskając palce na broni.
Jedno pociągnięcie za spust i pozbyłby się osoby, ze swych koszmarów, jednak coś go powstrzymywało.

- Nie... zabijaj... go...

- Nie zrobisz tego, nie śmiałbyś – uśmiechnął się Mistrz i podszedł bliżej. - Wiesz jak bardzo miałby ci to za złe.
- Doktor nie jest moim przełożonym, zrobię to, co sam uznam za słuszne – syknął Jack i delikatnie przycisnął spust, szykując się do strzału.
- Nie bądź głupi! Chyba, że życie koleżanek ci niemiłe.
Nagle Harkness przypomniał sobie, że Martha i Gwen wciąż czekają w samochodzie. Taką przynajmniej miał nadzieję. Zaczął je usilnie wywoływać, ale brak odpowiedzi z ich strony oraz wredny uśmieszek Mistrza mówiły same za siebie.
- Naprawdę sądzisz, że się was nie spodziewałem? Że weszliście tu tak łatwo przez czyste szczęście? Odłóżcie broń, teraz! - rozkazał groźnie Pan Czasu.
Jack spojrzał porozumiewawczo na Ianto, dając mu do zrozumienia, że lepiej posłuchać. Wzbierała w nim jednak taka wściekłość, że przynajmniej częściowo musiał dać jej upust. Gdy tylko położył pistolet, szybko się podniósł i z zaskoczenia wymierzył Mistrzowi silny prawy sierpowy. Trysnęła krew, po czym Jack chwycił przeciwnika za ubranie i przycisnął go do ściany. Miał ochotę bić tak długo, aż zatłucze go na śmierć, powstrzymał się jednak, by nie narażać pojmanych koleżanek. Mógł jedynie powiedzieć, co myśli.
- Poczekaj, aż się role odwrócą. Urwę ci jaja i cię nimi nakarmię – syknął, a każde jego słowo ociekało jadem. - On ci może wybaczył, ale ja nigdy ci nie wybaczę tego co mu zrobiłeś, zwyrodnialcu!
Mimo krwawiącego nosa, Mistrz wyglądał na rozbawionego.
- Ciekawe, że bardziej przejmujesz się nim, niż losem całej ludzkości.
- Zgwałciłeś go! Wielokrotnie! Nawet nie chcę wiedzieć, co musiał czuć! - Gdyby nie to, że przeżył już tak wiele, Jack bez wątpienia by się rozpłakał.
- Och, proszę. Naprawdę sądzisz, że mu się nie podobało? Żebyś ty wiedział jak jęczał z rozkoszy, gdy brałem go, obserwując jak Ziemia płonie. Albo na małżeńskim łożu. Wił się pode mną jak wąż. - Mistrz podniecił się na samo wspomnienie i oblizał wargi.
Przez chwilę Jack zastanawiał się, czy jednak go nie zatłuc, bez względu na wszystko, ale wciąż starał się podchodzić do sprawy racjonalnie.
- Czyżby Doktor znaczył dla ciebie więcej, niż sądziłem? Posiadłeś go? - spytał Mistrz z podejrzliwością i oburzeniem.
- Nie, nie jestem taki jak ty – wycedził Jack, wciąż patrząc na wroga pogardliwie.
- To dobrze, bo nawet nie chcesz wiedzieć, co bym ci zrobił, gdybym się dowiedział, że wsadzałeś w niego swojego brudnego kutasa.
Po chwili do sali wkroczyła ochrona, a Mistrz z wyrazem satysfakcji wytarł krew spod nosa i obserwował jak pojmani zostają wyprowadzeni.


Tuż po przebudzeniu Doktor nie pamiętał wydarzeń z poprzedniego wieczora. Nie pamiętał też, jak zasnął, wiedział jedynie, że czuł się bardzo wypoczęty. Dopiero po chwili zaczął sobie uświadamiać, że coś jest nie tak. Promienie Słońca wpadały do sypialni, był już ranek, ale ani śladu Jacka.
W jednej sekundzie Doktor wszystko sobie przypomniał i zerwał się na równe nogi. Sięgnął po telefon i zadzwonił do partnera. Gdy nie doczekał się żadnej odpowiedzi, spróbował skontaktować się z Marthą, a następnie z pozostałymi pracownikami Torchwood, jednak nikt nie odbierał. Nie tracąc czasu na zbędne rozważania, pospiesznie się ubrał i wypadł z mieszkania. Ponieważ lubił mieć TARDIS przy sobie, zaparkował go wcześniej nieopodal kamienicy. Wbiegł do niego i w pierwszej kolejności udał się do centrali. Na chwilę ogarnęło go błogie uczucie, gdyż wreszcie, po tak długiej przerwie, mógł doświadczyć podróży swoim statkiem, nawet jeśli nie należała do odległych. Jednak dobry humor minął, gdy zdał sobie sprawę, że w bazie nie ma absolutnie nikogo.
Pozostawało mu tylko jedno miejsce do sprawdzenia i dwa razy się nie zastanawiał. Nie miał żadnego planu, nie był uzbrojony, ale to się nie liczyło. Wystarczała mu determinacja. Przeniósł się wprost do rezydencji Demetriosa Karpusi i nie zważając na nic, opuścił statek.
Idąc korytarzem mijał ochroniarzy i pokojówki, a ci kompletnie nie zwracali na niego uwagi, jakby zostali uprzedzeni o jego wizycie. Kierując się zapachem śniadania wkroczył do jadalni i ujrzał dwóch mężczyzn, siedzących przy długim, suto zastawionym stole. Na widok Mistrza zmarszczył brwi, zacisnął pięści i poczuł jak wzbiera w nim złość. Najbardziej przerażało go to, że wszystko zdawało się przebiegać zgodnie z ustalonym wcześniej planem, bo jego wizyta bynajmniej nikogo nie zaskoczyła.
- Usiądź, proszę, na pewno jesteś głodny. - Słowa Mistrza zdawały się potwierdzać jego obawy. - To jest pan Karpusi, mój wspólnik.
- Doktorze, to prawdziwy zaszczyt pana poznać. - Mężczyzna wstał. Był całkiem młody, mógł mieć niewiele ponad trzydzieści lat. Cechował się typowo grecką urodą.
- Co to wszystko ma znaczyć? - spytał Doktor z oburzeniem. - Gdzie są moi przyjaciele?!
- W bezpiecznym miejscu, nic im nie zrobiłem. A teraz usiądź i coś zjedz. Musisz się dobrze odżywiać – powiedział Mistrz.
- Natychmiast zaprowadź mnie do moich przyjaciół! Chcę wiedzieć czy nic im nie jest! A potem masz mi wyjaśnić, co tu się dzieje! - Doktor potrafił być bardzo stanowczy i właśnie to pokazał. Dawno już nie przybrał tak groźnego wyrazu twarzy.
- Najpierw zjedz, a potem obiecują, że cię do nich zaprowadzę i odpowiem na wszystkie twoje pytania – odparł spokojnie Mistrz.
Nie chcąc tracić czasu na zbędną wymianę zdań, Doktor usiadł i zaczął się częstować. Robił to szybko nie dlatego, że był głodny, tylko by prędzej spotkać się z Jackiem i resztą. Czuł na sobie wzrok pozostałych mężczyzn, ale to ignorował i jadł w milczeniu.
Gdy skończył, Mistrz skinął na jednego z ochroniarzy, a ten przeszukał Doktora i zabrał mu śrubokręt dźwiękowy.
- Środki bezpieczeństwa – skomentował Pan Czasu, po czym schował urządzenie do szuflady i zamknął ją na klucz. - Uprzedzam, nie próbuj żadnych głupstw. Za każdą próbę ucieczki, czy sabotowanie mojego planu dostanie się twoim przyjaciołom. Jednak jeśli będziesz grzeczny, pozwolę im żyć.
Doktor nic nie powiedział, tylko pozwolił się poprowadzić do podziemi. Znajdowało się tam kilka pokoi, w tym jeden przeznaczony na celę, przypominającą trochę tę z bazy Torchwood. Nie było w niej krat, jedynie gruba, szklana szyba. Kamień spadł Doktorowi z serca, gdy ujrzał za nią swych przyjaciół, całych i zdrowych. Jednak Jackowi bynajmniej nie ulżyło na widok partnera.
- Nie powinno cię tu w ogóle być – powiedział, przerażony myślą, że bliską mu osobę może spotkać krzywda.
- Mówiłem ci, że mnie nie powstrzymasz – odparł ze spokojem Doktor. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze – zapewnił.
- Jeśli go choćby tkniesz, będziesz zdychał w męczarniach, rozumiesz?! Jeśli go choćby tkniesz! - warknął Jack, posyłając Mistrzowi mordercze spojrzenie.
- Uspokój się. - Martha położyła koledze rękę na ramieniu i odprowadziła wzrokiem odchodzących mężczyzn. - Jestem pewna, że Doktor coś wymyśli. Miał taki wzrok, jakby dobrze wiedział, co robi.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,608 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.