Grudzień 12 2018 23:56:15
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
To nie koniec - Rozdział VIII
Spełniły się jego największe obawy. Co prawda Mistrz jeszcze nie powiedział, do czego służy skomplikowana maszyneria, którą właśnie się chwalił, ale, nauczony doświadczeniem, Doktor od razu domyślił się, że musi to być jakaś broń masowej zagłady. Szczególną uwagę skupił na tajemniczym, sześciennym obiekcie. Nie znał tej technologii, ale miał już pewne teorie na jej temat.
- Zakładam, że to jakiś rodzaj baterii – powiedział z mieszanką fascynacji i trwogi.
- Jesteś błyskotliwy, jak zawsze – skomentował Mistrz. - Swego czasu udało mi się pozyskać wiele obcych urządzeń i pewnie użyłbym go już dawno, gdyby nie to, że było całkowicie wyładowane.
- A więc to pobiera tyle energii ze szczeliny. Znalazłeś wielki akumulator. - Zapewne Doktor cieszyłby się z odkrycia, gdyby przedmiot nie miał zostać użyty w niewłaściwym celu . - Co zamierzasz?
Mina Mistrza wskazywała na to, ze rozpiera go radość i duma
- To jest, mój drogi, bomba rzeczywistości. Najbardziej humanitarna broń wszech czasów. - Widząc trwogę w oczach Doktora, kontynuował: - Wyleczę tę planetę w bezbolesny sposób i z chirurgiczną precyzją. Wszyscy ludzie znikną, nastąpi całkowita dezintegracja.
- To niemożliwe! Żeby zrobić coś takiego na skalę planetarną, potrzeba by niesamowitych ilości... - Doktor zamilkł, gdy zdał sobie sprawę, że bateria jest w stanie zmagazynować tak ogromną energię. Mistrz nie użyłby jej, gdyby nie miał pewności, że się uda.
- Oczywiście, my jesteśmy bezpieczni, jak i ludzie znajdujący się w tym domu, gdy opuszczę osłony. Nie sądzisz, że stałem się wspaniałomyślny? Nie dość, że oszczędzę ludzkości cierpienia, to jeszcze ocalę twoich przyjaciół. Robię to wszystko dla ciebie i dla naszego dziecka.
Mistrz podszedł do Doktora i ujął jego dłonie. W jego oczach widać było szaleństwo wykraczające poza wszelkie znane dotąd granice. Zatracił się bez reszty w chorych dążeniach i trudno było przewidzieć, co jeszcze zrobi. Na razie zdawał się traktować pobratymca z czułością, ale nie wykluczało to możliwych napadów agresji. Doktor wolał mieć się na baczności.
- Godzisz się na to wszystko? - Z niedowierzaniem zwrócił się do Demetriosa.
- Nie muszę się godzić, ja tego pragnę – odparł Grek. - Zawsze chciałem stworzyć lepszy świat i wreszcie mogę to zrobić.
- Poprzez ludobójstwo?
- Ludzie umierają codziennie w strasznych mękach, ja wyświadczam im przysługę. Wojny, głód, przeludnienie... to wszystko zniknie w sekundę. Ziemia wreszcie będzie mogła stać się rajem.
Ponieważ mężczyzna zdawał się być święcie przekonany, że czyni dobrze, Doktor nie próbował już z nim dyskutować, wiedząc, że nic to nie da. Pozwolił poprowadzić się dalej, tym razem na górę. Wkrótce znalazł się w apartamencie, którego, gdyby nie kraty w oknach, nie powstydziłby się pięciogwiazdkowy hotel. Wiedział, że właśnie ogląda swoje luksusowe więzienie.
- Kiedy bateria w pełni się naładuje? - spytał z trwogą.
- Jutro – padła przerażająca odpowiedź.
Nie tylko tym przejmował się Doktor. Fakt, że został sam na sam z Mistrzem również napawał go strachem. Wciąż pamiętał wydarzenia sprzed pół roku. Nawet on nie mógł całkowicie wyzbyć się traumy, a jedynie częściowo zapanować nad swoimi lękami.
- Połóż się – rozkazał Mistrz, wskazując palcem na łóżko.
- Nie – zaprotestował Doktor, starając się trzymać emocje na wodzy.
Drugi Pan Czasu zmarszczył brwi, oburzony faktem, że napotkał opór i spoliczkował pobratymca.
- Rób co mówię, albo przyprowadzę tu tego odmieńca i wypatroszę na twoich oczach – zagroził, mając na myśli Jacka.
Brutalna forma perswazji okazała się skuteczna, bo Doktor posłuchał. Ku jego uldze, obyło się bez molestowania. Mistrz po prostu położył się obok niego i podparł łokciem.
- Tak lepiej, prawda? - spytał. Jego głos z groźnego stał się nagle całkiem łagodny. - Powiedz mi, znasz już płeć dziecka?
Ta nagła zmiana podejścia bynajmniej nie uspokoiła Doktora. Utwierdziła go jedynie w przekonaniu, że ma do czynienia z kompletnym szaleńcem. Dlatego musiał uważać, by go nie zdenerwować.
- Tak, dziewczynka... - odpowiedział na pytanie najspokojniej, jak potrafił.
- Cudownie, marzyłem o córce – ucieszył się Mistrz.
- Powiedziałeś, że robisz to wszystko dla mnie i dla naszego dziecka. Nie musisz. - Doktor postanowił zaryzykować i spróbować przekonać dawnego przyjaciela do swoich racji.
- Nie rozumiesz? - Mistrz nachylił się nad nim i dotknął jego twarzy. - Daję ci jedyną szansę na odkupienie swoich grzechów. Możesz odbudować naszą rasę.
- Ale nie kosztem ludzkości.
- Dlaczego nie? Słyszałeś Demetriosa, wyświadczamy tej planecie przysługę. Tyle razy ratowałeś tę cywilizację i po co to wszystko? Po to, żeby dalej cierpieli i się zabijali. Naprawdę uważasz, że im pomagasz?
Nim Doktor zdołał cokolwiek powiedzieć, Mistrz zamknął mu usta swoimi. Nie przejął się zbytnio protestami znajdującego się pod nim mężczyzny i mimo że ten usilnie się szarpał, pogłębił pocałunek.
Przed oczami Doktora stanęły wydarzenia, które za wszelką cenę próbował zepchnąć do swojej podświadomości i odetchnął z ulgą, gdy Mistrz nagle się od niego oderwał.
- Uwierz mi, bardzo cię pragnę i chętnie zaspokoiłbym teraz to pragnienie, ale boję się, że w chwili uniesienia mógłbym nieopatrznie skrzywdzić ciebie i co za tym idzie, nasze dziecko. - Wstał i poprawił koszulę. - Pewne rzeczy muszą poczekać.
Doktor również się podniósł, czując się teraz choć odrobinę bezpieczniejszy. Bardziej martwił się o przyjaciół, nie mówiąc już o reszcie ludzkości, niż o samego siebie. Los świata znowu spoczywał w jego rękach.
- Obawiam się, że muszę cię na jakiś czas zostawić. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, wystarczy zadzwonić po służbę. Przy łóżku jest przycisk. I nie próbuj żadnych numerów.
Mistrz wyszedł z apartamentu, zamykając drzwi na klucz, a Doktor już zaczynał opracowywać plan. Miał dzień czasu, więc musiał działać szybko. Nie mógł sobie pozwolić na odpoczynek, zresztą zważywszy na sytuację, i tak nie dałby rady się zrelaksować, bez względu na to, w jakich luksusach obecnie przebywał. Cały czas, który miał do dyspozycji wykorzystał na przetrząśnięcie każdego zakamarka apartamentu. Zamierzał się z niego wydostać, bez względu na wszystko. Uznał, że przeciskanie się przez szyb wentylacyjny w obecnym stanie jest kiepskim pomysłem, więc pozostawało zastosować plan B – zdobyć sojuszników.
Wskoczył na gigantyczne łoże i zadzwonił po służbę. Był pod wrażeniem, że tak szybko ktoś przybył. Do pokoju weszło dwoje młodych ludzi, pokojówka i ochroniarz, który wcześniej przeszukiwał Doktora. Najwyraźniej jego rola sprowadzała się do uniemożliwienia ewentualnych prób ucieczki.
- Jak macie na imię? - Pan Czasu popatrzył na ludzi przyjacielskim wzrokiem.
- Anita – odpowiedziała kobieta.
- Edward – dodał mężczyzna.
Doktor mógł uznać pierwsze lody za przełamane.
- Czy czegoś pan potrzebuje? - spytała pokojówka.
Wyglądała na miłą dziewczynę, a Edward nie sprawiał wrażenia mordercy. Jeśli nie byli fanatykami, tak jak Demetrios, ich lojalność musiała opierać się na strachu. Istniał tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić.
- Podoba wam się to, co zamierza zrobić wasz pan? - spytał bezpośrednio Doktor.
Chwila ciszy, oraz wyraźne zmieszanie i zakłopotanie na twarzach ludzi, było dla niego wystarczającą odpowiedzią.
- Proszę mnie wezwać, jeśli będzie pan czegoś potrzebować – oznajmiła Anita, z trudem zachowując spokój i skinęła na współpracownika by opuścić pokój.
Doktor jednak nie zamierzał im na to tak łatwo pozwolić.
- Mogę wszystkich uratować, musicie mi tylko pomóc. Wiem, że boicie się przeciwstawić, ale drugiej szansy nie będzie. Odzyskajcie mój śrubokręt dźwiękowy, proszę – powiedział, gdy zmierzali do drzwi.
Nie odwrócili się, nie odezwali ani słowem, po prostu wyszli, jednak Doktor nie tracił nadziei.


Mistrz lubił obserwować więźniów. Przypominały mu się wesołe czasy, gdy z lubością wykorzystywał nieśmiertelność Jacka i torturował go, zabijając na różne sposoby. Chętnie by to powtórzył, właściwie chętnie poznęcałby się nad całą czwórką, ale to musiało poczekać. Na razie zamierzał dotrzymać złożonej Doktorowi obietnicy i zaskarbić sobie jego zaufanie. Co nie zmieniało faktu, że mógł chociaż pomęczyć swych więźniów psychicznie.
- Skąd te markotne miny? Pozwalam wam przeżyć. Powinniście się cieszyć – zadrwił. - Pomożecie mi zbudować drugą Gallifrey, niewielu spotyka ten zaszczyt.
- W niczym ci nie pomożemy – odparła oschle Martha.
- Pomożecie. Uwierzcie mi, mam swoje sposoby – rzekł złowieszczo Mistrz.


Doktor leżał na wznak i rozmyślał. Rozważał wszystkie możliwe formy ucieczki. Mógł użyć wielu podstępów i nawet miał parę pomysłów, ale musiał liczyć się z tym, że w razie niepowodzenia jego przyjaciele będą w niebezpieczeństwie. Zamierzał wcielić w życie jedynie dobrze dopracowany plan.
Niestety negocjacje nie wchodziły w rachubę, nie sądził, by Mistrz zgodził się na jakikolwiek kompromis. Tym razem jednak nie zamierzał go stracić. Może zbyt wiele od siebie wymagał, ale postanowił, że ocali nie tylko Ziemię, ale też jego. Musiał mu pomóc. Co prawda nie sądził, by po wszystkim, co się stało, mogli stać się normalną rodziną i nawet do tego nie dążył, ale chciał mieć pewność, że jeszcze kiedyś zdoła go nazwać swoim przyjacielem.
Zdziwił się, kiedy drzwi się otworzyły, nie wzywał przecież służby. Jednak do apartamentu weszła Anita, trzymając tacę z posiłkiem, towarzyszył jej Edward.
- Kazano przynieść mi panu kolację – oznajmiła pokojówka i postawiła tacę na stole.
Szybko jednak okazało się, że chodzi o coś więcej. Gdy Doktor usiadł, Edward wyjął z kieszeni śrubokręt dźwiękowy i rzucił zdumionemu kosmicie.
- Chcemy pomóc. Powiedz, co mamy robić – powiedział z powagą.


Był bardzo wczesny ranek i na zewnątrz panował jeszcze mrok. Jednak w posiadłości, nie licząc pomieszczeń sypialnych, paliło się światło, a ochrona pełniła swoje warty. Jeden ze strażników przechadzał się to w jedną, to w drugą stronę, strzegąc apartamentu Doktora. Monotonię przerwało nagłe pojawienie się ubranej w koszulę nocną Anity.
- Co tu robisz o tej porze? Wracaj do łóżka – odezwał się strażnik niezbyt przyjacielskim tonem.
- Słyszałam jakiś hałas, chyba ktoś próbuje się włamać – rzekła kobieta z przejęciem.
- Nonsens! Wiesz, jak pilnie strzeżona jest ta posiadłość? Nikt się tu nie przedostanie.
- A jeśli Torchwood wysłało posiłki? Albo jakaś inna organizacja dowiedziała się, co tu się dzieje? Co wtedy?
Ponieważ pokojówka brzmiała przekonująco, ochroniarz westchnął i zmienił zdanie.
- Dobra, chodźmy to sprawdzić.
Gdy się oddalali, w apartamencie Doktor bacznie obserwował wskazówki zegara. Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, miał wolną drogę. Na jego szczęście, Mistrz nie postanowił spędzić z nim nocy, pewnie po to, by uniknąć pokusy, więc Doktor sięgnął po śrubokręt i otworzył drzwi.
W tym samym czasie Edward obezwładniał pilnującego celi strażnika, co wywołało wśród więźniów niemałe poruszenie. Jednak jeszcze bardziej ożywiło ich pojawienie się Doktora.
- Wiedziałam, że coś wymyślisz – rzekła Martha z wielkim poczuciem ulgi.
Nie tracąc ani chwili, Pan Czasu otworzył celę przy użyciu swego niezawodnego urządzenia. Nie musiał tłumaczyć przyjaciołom dalszego planu działania, wiedzieli co mają robić. Jack zabrał broń obezwładnionemu strażnikowi i podążył za resztą. Gdy natknęli się na ochroniarza, Edward od razu postrzelił mężczyznę w nogę i odebrał mu radio, uniemożliwiając skontaktowanie się ze zwierzchnikami. Już tylko parę kroków dzieliło drużynę od sterowni.
Gdy znaleźli się w środku, Jack zamierzał podziurawić kulami całe urządzenie, ale Doktor go powstrzymał.
- Niczego nie dotykajcie. Pozwólcie, że załatwię to po swojemu, lepiej żebyście nie majstrowali przy tak niebezpiecznej machinie – z tymi słowy usiadł przy klawiaturze i zabrał się do pracy. - Jest mądry. Genialny! Zawsze był – stwierdził, próbując wyłączyć urządzenie, dając do zrozumienia, że czeka go niełatwe zadanie.
- Do aktywacji zostało pięć minut – oznajmił głos z komputera.
- Ty zamiast się ekscytować, lepiej coś z tym zrób – ponagliła Gwen.
- Próbuję.
Największą obawą Doktora nie było to, że może nie zdążyć na czas, tylko fakt, że Mistrz prędzej czy później zorientuje się, że doszło do sabotażu. I tak, jak przypuszczał, nastąpiło to prędzej, niż później.
- Niezła sztuczka, bardzo w twoim stylu – oznajmił Pan Czasu stając w drzwiach. - Lubisz narażać Bogu ducha winnych ludzi, co?
Mistrz trzymał przerażoną pokojówkę za ramię, a towarzyszył mu Demetrios i paru uzbrojonych ochroniarzy.
- Rzućcie broń, albo dziewczyna zginie! – zwrócił się do Edwarda i Jacka.
Mężczyźni nie mieli wyjścia, wykonali polecenie, choć z wielkimi oporami. Wtedy Mistrz uśmiechnął się złowieszczo.
- Na kolana! - krzyknął do kobiety, a następnie zwrócił się do jednego z ochroniarzy. - Zabij ją!
- Nie! - krzyknął Doktor, czując że wszystko wymyka mu się spod kontroli.
Ponieważ ochroniarz się zawahał, Mistrz postanowił użyć ostatecznej formy perswazji.
- Za chwilę każda ludzka istota na tej planecie ulegnie dezintegracji. Chyba, że opuszczę osłony, do których tylko ja znam kod. Wtedy ludzie w tym domu przeżyją. To jak będzie?
- Zrób to! - rozkazał Demetrios.
Padły strzały i wtedy Doktor poczuł ból, którego miał nadzieję nigdy już nie doświadczać. Ból spowodowany utratą osoby, która była gotowa się dla niego narazić. Ledwo ją znał, a jednak nie umiał opisać tego, co w tej chwili czuł. To przez niego Anita zginęła, przez to, że poprosił ją o pomoc. Mógł jedynie stać i obserwować jej śmierć.
- Teraz on. - Mistrz wskazał na Edwarda bez najmniejszego cienia wątpliwości.
- Nie! - ponownie krzyknął Doktor i zasłonił młodzieńca własnym ciałem.
Drugi Pan Czas czuł, że wzbiera w nim furia.
- Odsuń się, albo następni będą twoi przyjaciele.
Przez chwilę Doktor stał bez ruchu, zrozpaczony i bezradny. Edward położył mu rękę na ramieniu, jakby dając do zrozumienia, że pogodził się ze swoim losem i wyłonił się zza jego pleców. Pan Czasu zamknął oczy, by nie widzieć tej rzezi, ale dźwięk strzałów wystarczył, by jego duszę przeszyła kolejna fala bólu. Przecież tym razem miało być inaczej, miał wszystkich uratować, a jak na razie sprowadzał jedynie nieszczęście. Nie mógł się z tym pogodzić, nie mógł pozwolić by to wszystko tak się skończyło.
- Do aktywacji zostały trzy minuty – dało się słyszeć.
Doktor podniósł wzrok i spojrzał na Mistrza tak morderczym spojrzeniem, że ten aż przestał się uśmiechać. Po raz pierwszy pokazywał się od takiej strony. Wyglądał jak osoba gotowa na wszystko. Determinacja w jego oczach wręcz przerażała.
- Wiesz jaki jest plus mojego obecnego stanu? - spytał bardzo niepokojącym tonem. - Mam więcej energii niż normalnie, moje hormony szaleją, a wściekłość dodaje mi tylko siły. Dlatego mogę zrobić coś takiego! - krzyknął i dokonał rzeczy, która nawet u potężnej rasy wymagała niezwykłej koncentracji i niesamowitej mocy.
Skierował dłonie w stronę rdzenia i wystrzelił z nich czystą, skoncentrowaną energią, doszczętnie niszcząc baterię i wyłączając wszystkie systemy. Ponieważ wymagało to od niego niesamowitego wysiłku, gdy skończył, z trudem powstrzymał się przed upadkiem, ale czuł, że jeśli się skoncentruje, zdoła utrzymać się na nogach.
- Nie... to niemożliwe... - wymamrotał Demetrios. - Tyle pracy... dzieło mojego życia... Zniszczyłeś dzieło mojego życia!
Nagle Grek wyjął broń z wewnętrznej kieszeni marynarki i w szale wystrzelił, trafiając Doktora w bark. Kolejne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Mistrz odebrał pistolet jednemu z ochroniarzy i powstrzymał Demetriosa przed dalszymi strzałami, zużywając na niego cały magazynek. W tym samym czasie Jack znalazł się przy Doktorze i złapał go nim ten upadł. Po chwili dołączyła do niego Martha. Zaś Ianto i Gwen wykorzystali chwilę zamieszania by obezwładnić Mistrza.
- Zabierzcie mnie do TARDIS... - stęknął Doktor, podczas gdy lekarka próbowała zahamować krwawienie.
- Chyba nie zamierzasz się regenerować? - spytała z trwogą.
- Jeśli się pospieszycie to nie...
Jęknął z bólu, gdy przyjaciele oparli jego ręce o swoje ramiona i pomogli mu wstać. Choć przed chwilą uratował świat, teraz kompletnie o tym nie myślał. Musiał całą uwagę skupić na jednym zadaniu – jak najdłużej zachować przytomność.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,460 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.