Grudzień 10 2018 21:50:15
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
To nie koniec - Rozdział XI
UNIT mógł poczekać i tak też się stało. Co prawda Doktor rozważał wznowienie współpracy, ale dopiero po narodzinach dziecka. W międzyczasie udało mu się udobruchać Mickey'ego, który wciąż miał żal do Marthy. Krasomówstwo Doktora nie tylko doprowadziło do ich pojednania, ale także do ślubu, który wzięli niespełna trzy miesiące później. Nie był to może najlepszy moment, ale to już ich nie obchodziło. Przełożyli jednak termin podróży poślubnej, mimo że Doktor nalegał, by się nim nie przejmowali. Martha wyszła z założenia, że miesiąc w te, czy we w te nie robi im różnicy, a Doktor może jej potrzebować.
Życie jednak nie stało się tak różowe, jak mogło się wydawać. Torchwood czekało kolejne wyzwanie, znacznie większe od tych, z którymi radzili sobie w ostatnim czasie. A najgorsze było to, że nikt nie wyobrażał sobie proszenia Doktora o pomoc. Choć niezbyt mu się to podobało, ostatnie tygodnie spędzał w domu. Marcie udało się go do tego przekonać, choć i tak zdarzało mu się od czasu do czasu składać niespodziewane wizyty w bazie. Jednak w gruncie rzeczy, w trosce o dziecko, skłaniał się ku zaleceniom przyjaciółki.
- Wróciłem! A gdzie jest mój megacudowny chłopak z kosmosu? - spytał pieszczotliwie Jack, gdy tylko wszedł do mieszkania. - Kupiłem ci czekoladę, ptysie z kremem i biszkopty o smaku bananowym, a wieczorem możemy zamówić pizzę.
Kiedy Jack próbował rozpieszczać partnera, znaczyło to, że coś ukrywa i Doktor dobrze o tym wiedział. Leżał na sofie, gdy Harkness wszedł do pokoju i widać było, że coś go dręczy.
- Wszystko w porządku? - spytał Jack, próbując dociec przyczyny złego humoru partnera. - Chyba nie czujesz się... no wiesz... grubo? Nie jedna ciężarna mogłaby ci pozazdrościć. Masz idealny brzuszek, perfekcyjna kuleczka. - Jack pocałował Doktora we wspomnianą część ciała.
Ten nie zareagował zbyt entuzjastycznie. Popatrzył na mężczyznę ponurym wzrokiem.
- Dlaczego nic mi nie mówisz? - spytał z wyrzutem.
- O co ci chodzi?
- Oglądam wiadomości, myślisz, że nie wiem, co się dzieje? Jakaś zaawansowana technologicznie rasa, możliwe, że niebezpieczna, używa wszystkich dzieci na świecie jako przekaźnika, a ty udajesz, że wszystko jest w porządku. Zgodziłem się siedzieć w domu, ale to nie znaczy, że mam zignorować cały świat zewnętrzny. Co jest grane, Jack? - Doktor wstał i tym razem spojrzał na partnera z troską.
- Nad wszystkim panujemy, nie martw się.
- Nie sądzę. Wydaje mi się, że nad niczym nie panujecie. Mogę pomóc i nie muszę wcale robić tego w bazie. Po prostu powiedz mi wszystko, co wiecie, a może uda mi się coś poradzić.
Jack położył Doktorowi ręce na ramionach i spojrzał mu prosto w oczy.
- Nic o nich nie wiemy – wyznał.
- Kłamiesz.
- Naprawdę! Posłuchaj, poradzimy sobie sami. To nie czas, żebyś zajmował się takimi rzeczami. Martha powiedziała, że możesz urodzić lada dzień. Może i należysz do wyższej rasy, może i jesteś silny, odporny i wyjątkowy, ale cholera, nawet ty musisz czasem dać sobie na wstrzymanie.
- Taka pomoc nic mnie nie kosztuje.
- A właśnie, że kosztuje. Wiem, że nie poprzestałbyś na analizowaniu informacji, i gdyby przyszło co do czego, chciałbyś wkroczyć do akcji. To nasza planeta i nie możemy wiecznie polegać na tobie, zwłaszcza, gdy powinieneś odpoczywać.
Wykorzystując chwilę milczenia, Jack pocałował partnera w czoło, a potem mocno przytulił.
- Zaraz przyniosę ci coś dobrego do jedzenia – uśmiechnął się i Doktor był już święcie przekonany, że Harkness coś przed nim ukrywa.


Martha bywała w Torchwood coraz rzadziej, ale odwiedzała Doktora regularnie. Miała na niego bardzo pozytywny wpływ: przekonała go, by zajął się wreszcie przygotowaniami do przyjścia dziecka na świat, co uczynił, choć większość rzeczy i tak załatwił Ianto, z polecenia Jacka, oczywiście.
- Mickey nie ma nic przeciwko, że spędzasz z nim tak niewiele czasu? - spytał Doktor, składając koszule. Ostatnio zrobiły się niepraktyczne, więc przerzucił się na czarny podkoszulek.
- Rozumie sytuacje, zresztą, już niedługo wszystko wróci do normy.
- Chodźmy do parku, mam dosyć tych czterech ścian – zaproponował mężczyzna.
- Jak chcesz. Sąsiedzi nie zadają pytań na twój widok?
- Mój widok ich nie dziwi. Nie chcesz wiedzieć, co Jack im naopowiadał. - Doktor przewrócił oczami na samo wspomnienie i ubrał marynarkę, nie próbując jej nawet zapinać.
Narzucił płaszcz, który teraz spełniał głównie funkcję maskującą i po chwili wraz z Marthą opuścił mieszkanie. Na zewnątrz było dość chłodno, ale dla Doktora pogoda nie miała znaczenia. Wolał wszystko od siedzenia w domu.
- Rozumiem, że problem obolałych stóp cię ominął? - Martha podjęła rozmowę.
- Panowie Czasu nie mają takich problemów.
- Czasem odnoszę wrażenie, że nie mają żadnych problemów.
- Wiesz, że to nieprawda. Moje życie dalekie jest od idealnego. Jack ma przede mną sekrety, na świecie dzieją się dziwne rzeczy, a on chce, żebym nie zwracał na to uwagi.
- Próbuje cię chronić. - Martha postanowiła bronić kolegi, bo w wielu kwestiach się z nim zgadzała.
- Nie wiem, może ciągłe bohaterstwo stało się moim uzależnieniem, ale nic na to nie poradzę, że brakuje mi mocnych wrażeń.
Mniej więcej wtedy, gdy Doktor wypowiedział ostatnie słowo, okolicą wstrząsnęła potężna eksplozja. Ziemia zadrżała, ludzie zaczęli panikować, a nad budynkami uniosły się kłęby dymu. Co prawda fala uderzeniowa do nich nie dotarła ale nawet Martha i Doktor przestraszyli się, gdy zdali sobie sprawę, gdzie miała miejsce eksplozja.
- Torchwood... wymamrotał Pan Czasu i pobiegł w kierunku miejsca zdarzenia, z wrażenia zapominając o dodatkowym obciążeniu.
Długo biec nie musieli, zniszczenia ciągnęły się przynajmniej na kilometr, z bazy Torchwood zostały gruzy. Obserwowali zgliszcza z przerażeniem, a jedyna myśl jaka im się nasuwał, to czy ich przyjaciołom udało się uciec. Martha aż zasłoniła sobie usta w szoku i zaczęła drżeć..
- Coś mi podpowiada, że tu nie jest bezpiecznie. - Jako pierwszy otrząsnął się Doktor.
Chwycił koleżankę za rękę i odciągnął z miejsca zdarzenia, prowadząc prosto do TARDIS.


Wszelkie próby skontaktowania się z członkami Torchwood zawiodły, nawet UNIT nie mógł pomóc w tej kwestii. Jedynym wsparciem dla Marthy był jej mąż, który trzymał ją w ramionach i próbował uspokoić.
- Nie martw się, Jacka jest nieśmiertelny, a reszcie na pewno udało się uciec – powiedział i pogłaskał ją po głowie.
- Doktor też tak uważa. - Pociągnęła nosem, nie próbując nawet powstrzymać łez.
- No widzisz, skoro razem tak twierdzimy, to znaczy, że coś w tym musi być.
Kobieta uśmiechnęła się, ale nie przestała płakać. Widziała ogrom zniszczeń, które spowodowała bomba i ten straszliwy obraz co chwilę stawał jej przed oczami. Nie umiała podzielić optymizmu Doktora, który był święcie przekonany, że drużyna wyszła cało z opresji.
- Co tam w ogóle u naszego kosmity? Wciąż jakoś trudno mi pojąć, że będzie miał dziecko. Radzi sobie jakoś? - Mickey postanowił zmienić temat, z nadzieją, że to odciągnie myśli jego żony od tragedii.
- Znasz go, poradzi sobie ze wszystkim – westchnęła. - Zresztą sam możesz go spytać, jak skończy rozmawiać z brygadier.
W pokoju obok Doktor zdążył dokładnie nakreślić sytuację. Na temat zjawiska, które dotknęło Ziemię, dowiedział się niewiele, ale zawsze istniała szansa, że wspólnymi siłami uda się rozwikłać sprawę.
- Niestety nie wiemy nic o pańskich przyjaciołach – rzekła oficer. - Cokolwiek zaszło, UNIT nie miał z tym nic wspólnego.
- Jednak zamach i kwestia dzieci zdają się ze sobą powiązane. Zupełnie jakby Torchwood coś wiedziało, a ktoś za wszelką cenę chciał zamknąć im usta. - Doktor przypomniał sobie zachowania Jacka, które ewidentnie wskazywało, że coś ukrywa.
- Rząd? - zasugerowała brygadier.
- Może... Jeśli moja teoria jest słuszna, ci kosmici musieli już kiedyś dać o sobie znać. Jeśli oczywiście to kosmici, a wydaje mi się to najbardziej prawdopodobne.
- Na orbicie nie wykryliśmy absolutnie niczego.
- Skoro ich technologia umożliwia im kontrolowanie wszystkich dzieci na Ziemi, to na pewno umieją też się zamaskować. Musimy poprzeglądać stare raporty, może UNIT już zetknął się z czymś podobnym? Szukajcie też pod kątem Jacka Harknessa. On chyba był w coś podobnego zamieszany
- Czy pan zdaje sobie sprawę ile tego jest? - Brygadier sceptycznie podeszła do pomysłu Doktora.
- A mamy coś lepszego do roboty?


Był już późny wieczór, gdy Martha zapukała do tymczasowego biura Doktora. Brak odpowiedzi nie zniechęcił jej przed wejściem do środka. Tak jak się spodziewała, Pan Czasu siedział wśród stosów starych raportów, pogrążony w lekturze. Martha odniosła wrażenie, że Doktor w ogóle jej nie zauważył.
- Ja i Mickey będziemy się zbierać do domu – oznajmiła.
- Ok - padła bardzo lakoniczna odpowiedź.
- Byłoby miło, gdybyś poszedł z nami. Mamy wolne łóżko, mógłbyś się przespać – zaproponowała.
- Nie, dzięki. Jeszcze tu posiedzę. - Doktor ani myślał oderwać się od papierów.
- Czy ty w ogóle dzisiaj coś jadłeś?
- Straciłem apetyt.
Martha nie zamierzała tracić więcej czasu na rozmowę. Podeszła do Doktora, zamknęła akta, które właśnie studiował i odłożyła na bok.
- Jeśli chcesz się głodzić i przemęczać, proszę bardzo. Ale nie póki masz dziecko w brzuchu – powiedziała stanowczo.
- Nic jej nie będzie. Zdrzemnę się potem w TARDIS.
- Nie!
- Obiecuję, że nie ucieknę.
- Pójdziesz z nami! Skoro sam chciałeś, żebym była twoim lekarzem, postępuj zgodnie z moimi zaleceniami.
Upór Doktora zaczynał Marthę denerwować. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie przy nim taka władcza, ale gdy w grę wchodziło zdrowie pacjenta, nie cofała się przed niczym. Jej postawa zaimponowała Doktorowi i w końcu jej uległ, sugerując się myślą, że trochę odpoczynku może zwiększyć jego wydajność.


Następnego dnia praca Doktora znowu została przerwana, ale nie przez Marthę, tylko przez obcego człowieka. Był młody, nawet bardzo, jak na członka UNIT, a jego twarz zdawała się Doktorowi znajoma.
- Sierżant Arthur Lethbridge-Stewart, mam do pana bardzo ważną sprawę. - Młodzieniec zasalutował.
- Lethbridge-Stewart? - nazwisko zaintrygowało Pana Czasu.
- Jestem wnukiem generała Lethbridge-Stewarta. Dziadek wiele mi o panu opowiadał. Nawet pan nie wiem, jak się cieszę, że mogę pana poznać. - Arthur darował sobie formalności, zrzucił wojskową maskę beznamiętności i pokazał, że jest bardzo podekscytowany.
- Udało ci się coś znaleźć w archiwach? - Doktor powrócił do głównego tematu.
- Nie, ale opowiedziałem o wszystkim dziadkowi, a on stwierdził, że być może będzie mógł pomóc. Chce z panem jak najszybciej porozmawiać.
- No to na co czekamy? - Doktor zerwał się z krzesła i chwycił płaszcz.
Sądził, że do spotkania dojdzie w bazie, jednak generał uznał, że woli porozmawiać u siebie w domu. Pan Czasu domyślał się, że nie chodziło o lenistwo, czy czystą wygodę, lecz o pewność, że nikt nie usłyszy ich rozmowy. Były brygadier upewnił się, że znajdują się całkowicie sami i że żadne słowo, które wypowiedzą, nie wydostanie się z czterech ścian salonu.
- Poznałem kiedyś Jacka Harknessa. To było w latach sześćdziesiątych – powiedział, gdy Doktor się rozgościł i usiadł przy filiżance herbaty.
Jego słowa zaskoczyły Pana Czasu, który nie za bardzo wiedział, do czego generał zmierza.
- Jak dobrze się znaliście? - spytał, na co oficer odruchowo posłał mu mordercze spojrzenie.
Dopiero teraz Doktor zdał sobie sprawę, że źle sformułował pytanie. Wcale nie chciał zabrzmieć dwuznacznie, choć Jack miał w zwyczaju sprowadzać porządnych mężczyzn na złą drogę, o czym generał zdawał się wiedzieć, sądząc po reakcji.
- To jak dobrze się znaliśmy nie ma tu nic do rzeczy. Liczą się informacje, które posiadam – oznajmił oficer. - Niedawno zginęło kilku byłych członków Torchwood, okoliczności ich śmierci są nieznane. Kiedy dowiedziałem się, że był zamach na Jacka Harknessa, od razu zacząłem podejrzewać, że ma to ze sobą jakiś związek. I miałem rację. Jest coś, co łączy ich wszystkich – pracowali dla Torchwood w latach sześćdziesiątych.
Powoli wszystko zaczynało robić się coraz bardziej jasne, elementy łączyły się, tworząc jedną całość.
- Czyli jednak coś się wtedy wydarzyło. Coś, co rząd stara się za wszelką cenę zatuszować – powiedział Doktor, nie do końca zadowolony, że jego teoria się potwierdza.
- Gdyby ktokolwiek wiedział, że pomagałem wtedy Torchwood, już bym nie żył. Dokładnie wiem, co wtedy się stało i uświadomiłem sobie, że musi to mieć jakiś związek z rzekomym „opętaniem” dzieci na całym świecie. W 1965 roku nawiązaliśmy kontakt z obcą rasą, nazwaliśmy ich 456, po częstotliwości, której używali. Kosmici nigdy się nie pokazali, ale ostrzegli nas przed wielką epidemią, która miała opanować Ziemię. Nasze badania wykazały, że to prawda. Zaoferowali szczepionkę w zamian za osobliwy podarunek...
Nastąpiła chwila ciszy, a Doktor spojrzał przenikliwie na generała, dając do zrozumienia, że chce wiedzieć absolutnie wszystko.
- To co zaraz powiem ci się nie spodoba – ostrzegł oficer i popatrzył na kompana ze współczuciem. - Zażądali dwunastu dzieci. Nikt nie wiedział po co, ale Torchwood się zgodziło. Jak myślisz, kto przekazał te dzieci kosmitom?
Sprawdziły się największe obawy Doktora. Czuł, że Jack coś ukrywał, bo bał się do tego przyznać. Spodziewał się, że chodziło o coś mrocznego i psychicznie przygotował się na wszystko, ale i tak nie uniknął wstępnego szoku. Nie ważne, jak bardzo starał się ukryć, co czuje, widać było, że jest wstrząśnięty.
- Dziękuję, że mi powiedziałeś – wyznał cicho.
- Niestety to wszystkie informacje, jakie posiadam. Przykro mi, że musiałeś się tego dowiedzieć ode mnie. Domyśliłem się, że ty i Jack...
- Dobrze postąpiłeś. - Doktor jeszcze raz podziękował i dopił herbatę.
Miał zamiar się zbierać, ale posiedział jeszcze chwilę, dając sobie czas na oswojenie się z nowymi wieściami.
- Pewnie słyszałeś to już od wszystkich, ale ja powiem to po raz pierwszy: ten jeden raz daj sobie na wstrzymanie. - Generał niespodziewanie zmienił temat, wyglądając przy tym bardzo poważnie. - Na kiedy masz termin?
- Minął dwa dni temu – oznajmił beznamiętnie Doktor, ubierając płaszcz.
- Weź sobie moją radę do serca i nie pchaj się na pierwszą linię frontu.
Pan Czasu z trudem zdobył się na uśmiech, a potem pożegnał się cicho i nic już więcej nie powiedział.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,258,457 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.