Grudzień 12 2018 23:56:25
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
To nie koniec - Rozdział XII
Za każdym razem, gdy Jacka spotykała jakaś wyjątkowa nieprzyjemność, zastanawiał się, czy może być gorzej i zawsze prędzej czy później okazywało się, że tak. Nieśmiertelność miała swoje minusy, sprawiała, że wrogowie wymyślali coraz to dziwniejsze metody na pozbycie się go. Wciągu ostatnich dni działo się to zdecydowanie za często. Najpierw zaszyto w nim bombę, eksplozja zniszczyła całą bazę, naturalnie wraz z nim. Potem zregenerował się ze szczątków, co nie należało do miłych doświadczeń, następnie zalano go betonem, w którym tkwiłby do tej pory, gdyby Ianto mu nie pomógł. Do plusów należał fakt, że jego drużyna przetrwała, do minusów, że wciąż ich poszukiwano, a problem obcych bynajmniej nie zamierzał sam się rozwiązać.
Dla Jacka niebezpieczeństwo z kosmosu nie było jedynym powodem do zmartwień. Przejmował się tym, że zostawił Doktora samego, że nie mógł nawet do niego zadzwonić. Wiedział, że Pan Czasu umie sam o siebie zadbać, ale nie chciał opuszczać go w takim momencie. Nie mógł przewidzieć ile czasu upłynie, nim będą mogli się spotkać. Bał się, że Doktor będzie go potrzebować akurat wtedy, gdy on nie będzie mógł pomóc. Mimo wielu lat doświadczeń, wielu niebezpieczeństw, którym stawił czoło, czuł, że tym razem na jego barki spadło zbyt wiele.



Rano Martha obudziła się sama w łóżku. Sięgnęła po kartkę, która leżała na stoliku i przeczytała: „Wypadła mi nagła misja, wracam jutro. Nie chciałem cię budzić”. Prawdopodobnie każda inna żona by się zdenerwowała lub zmartwiła, ale dla Marthy nie była to pierwsza taka sytuacja, więc zbytnio się nie przejęła, jedynie westchnęła i odłożyła kartkę.
Po porannej kawie i toalecie poszła sprawdzić, czy Doktor wstał. Poprzedniego dnia obudził się jako pierwszy, więc przypuszczała, że już jest na nogach. W pokoju jednak nie zastała nikogo, jedynie niepościelone łóżko. Doktor na pewno nie był w toalecie, bo sama przed chwilą z niej wyszła, nie zauważyła go też w żadnym innym pomieszczeniu, a to znaczyło, że opuścił mieszkanie. Oczywiście nie był to powód do paniki, ale teraz Martha nie wiedziała, czy na niego czekać, czy udać się do UNIT. W pierwszej kolejności postanowiła pościelić łóżko, chwyciła za kołdrę i wtedy zauważyła świeżą krew na prześcieradle. To zadecydowało o wszystkim. Pięć minut później była już w drodze do bazy.
Na miejscu zaczepiła pierwszego napotkanego pracownika.
- Czy Doktor się dzisiaj pojawił? - spytała z przejęciem.
- Tak, przyszedł niedawno.
- Gdzie jest? - powiedziała z jeszcze większą desperacją w głosie.
- Skąd mam wiedzieć?
Z reguły Doktor przesiadywał w dwóch miejscach: albo w swoim tymczasowym biurze, albo w TARDIS, którą i tak zdążył „przeparkować” do tymczasowego biura, więc wychodziło na jedno. Ponieważ Martha nie zastała go przy biurku zaczęła energicznie pukać do drzwi budki.
- Witaj. - Doktor otworzył jak gdyby nigdy nic i wciągnął koleżankę do środka. Wyglądał na podejrzanie zadowolonego, nawet nie dał Marcie dojść do słowa. - Pamiętasz torchwoodowskie soczewki kontaktowe? Używałaś ich kiedyś.
- Te z kamerą? - spytała zmieszana kobieta.
- Tak, dokładnie te. Udało mi się przechwycić sygnał. - Doktor z wielkim podekscytowaniem wskazał na monitor. - Wiesz co to oznacza? Udało im się! Żyją! Żyją i nie tracą czasu.
Martha również okazałaby radość, gdyby nie konsternacja wywołana całą sytuacją. Jeden rzut okiem nie wystarczał by określić, co się dzieje. Na ekranie widziała jakąś salę i szklane pomieszczenie wypełnione gazem. Wyglądało na to, że znajduje się tam jakaś istota, a ludzie nawiązują z nią kontakt. Doktor na pewno był bardziej zorientowany w sytuacji. Nie wiele brakowało, by Martha zapomniała po co tak naprawdę przyszła
- Doktorze, krwawisz. Musiałeś to zauważyć – rzekła z troską. Dziwiła się, że Pan Czasu nie raczył jej w ogóle poinformować.
- Nie martw się, to normalne. Moje ciało musi przygotować się do porodu, więc powoli się otwiera. To może zająć nawet kilka dni i wbrew pozorom nie boli, więc nie ma powodu do alarmu.
- Mimo wszystko wolałabym na to rzucić okiem.
- Nie ma takiej potrzeby, panuję nad wszystkim. - Doktor oderwał wzrok od monitora i zwrócił się twarzą do Marthy.
Od razu było widać, że nic go nie przekona.


Choć wygląd mógłby temu przeczyć, Doktor miał dziewięćset sześć lat, a to oznaczało, że widział już wiele. Poznał mnóstwo obcych ras i światów, posiadł ogromną wiedzę, ale to nie znaczyło, że umiał sobie poradzić z każdym problemem. Nie znał odpowiedzi na wszystkie pytania, wszechświat wciąż nie przestawał go zaskakiwać. Mimo że posiadał już całkiem sporo danych, dalej nie potrafił zidentyfikować rasy, którą ludzie nazwali 456. Całkiem możliwe, że miał z nią do czynienia po raz pierwszy. Mógł spekulować na temat fizjologii kosmitów, ale nie rozumiał do czego są im potrzebne ludzkie dzieci. Miał kilka teorii, ale bez względu na to, która była prawdziwa, wiedział, że obcy nie należą do przyjaznych. Żadna pokojowo nastawiona rasa nie zażądałaby dziesięciu procent dzieci z całej Ziemi. Co gorsza obawiał się, że zastraszeni ludzie w końcu spełnią zachciankę przybyszów. Zaczynał poważnie zastanawiać się nad interwencją, gdy w samą porę ktoś go wyręczył.
- Jack wkroczył do akcji. - Doktor odszukał Marthę i opowiedział jej wszystko, o czym się dowiedział.
- Jak to wkroczył do akcji? Będzie rozmawiał z kosmitami?
- Tak sądzę. Przyznam szczerze, martwię się. Wiem, że Jack ma doświadczenie w takich sprawach, ale wątpię by negocjacje coś dały, zwłaszcza, że inni już tego próbowali.
- Coś wymyśli, znasz go.
Jednak Doktor nie chciał zrzucać wszystkiego na barki partnera. Skoro nie mógł mu pomóc osobiście, to chciał chociaż namówić innych, by zaczęli działaś. Przedstawił całą sprawę brygadier, ale ona również miała związane ręce.
- Jeden z naszych oficerów już tam jest – wyjaśniła. - Próbował przekonać rząd, by powierzył mu dowodzenie nad operacją, ale się nie zgodził. Jesteśmy zdani na ludzi, którzy próbowali zabić pańskich przyjaciół, by chronić własne tyłki.
Rozmowę przerwał telefon. Brygadier odebrała, a jej długie milczenie wskazywało, że ktoś po drugiej stronie ma dużo do powiedzenia. W takich chwilach z reguły były to złe wieści i tym razem Doktor nie umiał zdobyć się na optymizm. Próbował wyczytać jakiekolwiek emocje z twarzy oficer, ale jak na żołnierza przystało, skrupulatnie je ukrywała. Martha, która siedziała obok Doktora, zwiesiła głowę, czując, że zaraz dowie się czegoś nieprzyjemnego.
- Rozumiem – tylko tyle powiedziała brygadier nim odłożyła słuchawkę. Teraz jej wzrok wskazywał, że ma do przekazania złe wieści. - Poinformowano mnie, że działania kapitana Jacka Harknessa zakończyły się klęską. Obcy wprowadzili do budynku zabójczego wirusa, w ramach demonstracji swej sił. Budynek jest przygotowany na atak bronią biologiczną, więc nic się z niego nie wydostało, jednak wszyscy w środku zginęli. Ciało Ianto Jonesa zostało zidentyfikowane przez Gwen Cooper. Przykro mi.
Zapadła grobowa cisza. Zarówno Martha jak i Doktor mieli takie miny, jakby nie mogli uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszeli. Akurat gdy zaistniała jakaś nadzieja, akurat gdy była szansa, że wszystko dobrze się skończy, wydarzyła się tragedia i wszystko zniweczyła. Zginął kolejny członek Torchwood. Torchwood, które już praktycznie nie istniało. Nie mówiąc o tym, że podobny los spotkał wielu innych ludzi. Mimowolnie Doktor czuł się współodpowiedzialny, bo nie było go u boku Jacka w najważniejszym momencie. Z drugiej strony, czy gdyby tam był, wszystko potoczyłoby się inaczej?
Po dłuższej chwili walki z napływającymi łzami, Martha spojrzała na Doktora, który masował swój brzuch, jakby chcąc ukoić ból. Trudno jednak było powiedzieć, czy rzeczywiście go odczuwał, bo myślami był gdzieś bardzo daleko. Przez jakiś czas siedział w milczeniu, jakby nad czymś usilnie główkując, po czym wstał i wyszedł bez słowa.
Martha poszła za nim, martwiąc się o niego coraz bardziej.
- Doktorze! Dokąd idziesz?!
Pan Czasu w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Wszedł do biura, a potem otworzył TARDIS. Zaniepokojona Martha podążyła za nim do statku. Obawiała się, że Doktor w końcu będzie próbował interweniować. Nie miała wątpliwości, co zamierza, gdy uruchomił silniki.
- Nie możesz tego zrobić! Przestań! - próbowała go powstrzymać.
- Powinienem był już dawno to zrobić – odparł beznamiętnie Pan Czasu i ustawił kurs.
- Myślisz, że właśnie tego chce Jack? Pozwól mu działać samemu!
- Jack zawiódł. Nie jego wina, ale zawiódł. Zamierzam to odkręcić, za dużo już zginęło ludzi.
Statkiem zatrzęsło, nawet bardzo. Oboje pasażerowie wylądowali na podłodze, co przy sterowaniu TARDIS w pojedynkę zdarzało się dość często.
- Wszystko w porządku? - spytała Martha pomagając przyjacielowi wstać.
- Tak – odparł Doktor, zadziwiająco zmęczonym głosem.
Podszedł do konsoli, oparł się o nią i zaczął sprawdzać, czy znaleźli się we właściwym miejscu. Kobieta obserwowała go z niepokojem, bardzo obawiając się o jego stan, gdyż miała przeczucie, że nie mówi jej wszystkiego. Dopiero wtedy z przerażeniem zauważyła, że spodnie Doktora są przemoczone i bynajmniej nie była to krew.
- Musimy wracać. - Podeszła do niego i spojrzała mu w twarz.
Widziała, że nie jest z nim najlepiej, prawdopodobnie już wcześniej odczuwał ból, ale to zbagatelizował, lub najzwyczajniej w świecie, nie chciał się przyznać.
- Co mam robić? - spytał z desperacją w głosie, po raz pierwszy czując się tak bezradnie. Był rozdarty pomiędzy chęcią pomocy, a troską o własne bezpieczeństwo.
- Powinniśmy wrócić do bazy – zasugerowała delikatnie Martha, kładąc mu rękę na plecach.
- Nie, proszę. Będę źle się czuł wśród tych obcych ludzi.
- Więc jak to sobie inaczej wyobrażasz?
- Zostańmy tutaj – stęknął, czując, że ból narasta.
- W TARDIS? Chcesz zostać w TARDIS?! - Pomysł Doktora wydał się Marcie niezbyt mądry.
- Tu jest bezpiecznie. - Pan Czasu nie zamierzał silić się na wyczerpującą odpowiedź.
Lekarka miała spore wątpliwości, ale nie zamierzała tracić czasu na kłótnie. Pomogła przyjacielowi dojść do pomieszczenia sypialnego, gdzie Doktor od razu się położył, choć nie przyniosło mu to ulgi. Wyglądało na to, że w najbliższym czasie nie zamierza się stamtąd ruszyć.
- Jesteś tego pewien? - Martha wciąż miała nadzieję, że Pan Czasu zmieni zdanie. - W bazie jest ambulatorium, fachowy sprzęt. Oczywiście nie zakładam, że coś pójdzie nie tak, ale w razie komplikacji, tutaj będę mieć bardzo ograniczone pole działania.
- Od kiedy to lekarze panikują bardziej niż pacjenci? - zażartował Doktor.
Jego słowa trochę zawstydziły Marthę. Rzeczywiście, to ona powinna być spokojna i opanowana, to ona powinna zapewniać przyjaciela, że wszystko będzie dobrze, nie na odwrót. Była lekarzem, do tego wojskowym, przeszkolonym do pracy w trudnych warunkach. Skoro potrafiła zoperować rannego w warunkach polowych, umiała też odebrać poród na statku kosmicznym. Sęk w tym, że nigdy nie odbierała porodu Pana Czasu.
- Dasz radę sam się rozebrać? - spytała, na co Doktor przytaknął. - Świetnie, pójdę wszystko przygotować. Nie martw się, za chwilę wrócę.
Ponieważ kiedyś podróżowali razem, Martha znała statek jak własną kieszeń. Nie miała problemu ze znalezieniem wszystkich potrzebnych rzeczy. Żałował, że nie ma nikogo do pomocy, poszłoby dużo sprawniej i od razu mogłaby się zająć pacjentem, ale nie zamierzała narzekać. Prawdziwy lekarz nie okazywał słabości, nawet jeśli nie wszystko szło po jego myśli. Zamierzała poradzić sobie bez względu na sytuację.
Doktor zostawił na sobie podkoszulek i przykrył się prześcieradłem. Miał ochotę płakać. Nie chodziło o ból, umiał stawić mu czoła, nie chodziło też o strach, bo póki Martha się nim opiekowała, wiedział, że wszystko będzie dobrze. Najbardziej nie mógł znieść myśli, że światu grozi niebezpieczeństwo, a on nie może nic zrobić.
- Wszystko będzie dobrze. - Martha zdawała sobie sprawę, że to najbanalniejsze słowa, jakie może powiedzieć, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy.
Włożyła Doktorowi pod plecy dodatkowe poduszki, by było mu wygodniej. Ubrała gumowe rękawiczki i wtedy zadzwonił telefon komórkowy. Tym razem żałowała, że zawsze nosi go przy sobie, wolała, żeby nikt im nie przeszkadzał. Z drugiej strony, to mogło być coś ważnego, więc zdjęła rękawiczki i odebrała.
- Jack?! - była zszokowana, gdy usłyszała głos kolegi.
- Przepraszam, że dopiero teraz. Nie mogłem wcześniej się skontaktować. Błagam, powiedz mi, że u niego wszystko w porządku.
Martha spojrzała na Doktora i zauważyła, że ten wyciąga do niej rękę, jakby chciał, żeby podała mu telefon.
- Najlepiej sam z nim porozmawiaj. - nie zastanawiała się nawet, od razu przekazała słuchawkę przyjacielowi.
- Jack, dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Naprawdę myślałeś, że ci nie wybaczę tego, co zrobiłeś przeszło czterdzieści lat temu?
Nikt się nie spodziewał, że Doktor w ten sposób zacznie rozmowę. Nic dziwnego, że Jacka zatkało. Mógł powiedzieć „przepraszam” i prawdopodobnie było to najlepsze rozwiązanie, ale nim minęło wstępne zaskoczenie, usłyszał przyspieszony oddech partnera i ciche pojękiwanie. Zaniepokoiło go to tak bardzo, że zapomniał o całej reszcie.
- Co się dzieje? Boli cię coś?
- Tak.
Wyjaśnienia były zbędne, Jack od razu domyślił się, o co chodzi. Zamilkł na chwilę, znowu mając problem z doborem słów. Każdy na jego miejscu czułby się podobnie. Sprawdziły się jego największe obawy.
- Nie martw się, przyjdę i będę trzymał cię za rękę, jak obiecałem. Musimy tu tylko uporać się z małym problemem – zapewnił.
- Jack... częstotliwość jest kluczem – wydusił z siebie Doktor z wielkim trudem, cały czas mając los świata za priorytet.
- Trzymaj się i pamiętaj o oddychaniu – palnął Harkness. - Obiecuję, że przybędę przed popołudniową herbatką. - Co do ostatniego nie był pewien.


Jack Harkness przegrał. Wiedział o tym nawet w momencie, gdy dzwonił do Doktora, ale nie wyznał prawdy. Okłamał partnera. Okłamał, bo chciał dać mu nadzieję, której teraz potrzebował najbardziej. Martha zdążyła przysłać sms'a z informacją gdzie znajduje się TARDIS i gdzie ukryła do niego klucz, ale teraz to nie miało znaczenia. W tej najważniejszej chwili Jack Harkness nie mógł być u boku ukochanego.
Świat dał się sterroryzować kosmitom, którzy narkotyzują się dziećmi, jakież to żałosne – pomyślał, opierając głowę o ścianę celi.
Tyle wycierpieli, Ianto zginął i wszystko po to, żeby rząd i tak dał obcym to, czego chcieli od samego początku. Jack Harkness przegrał i zawiódł nie tylko Ziemię, ale też swych przyjaciół i Doktora. Jack Harkness chciał umrzeć, ale akurat ta możliwość już dawno została mu odebrana.
Ktoś otworzył celę, pozwolili mu wyjść, spotkać się córką i wnukiem. Powróciła nadzieja. Wypuścili go, bo go potrzebowali, a jeśli go potrzebowali, nic jeszcze nie było stracone. Częstotliwość jest kluczem – tak powiedział Doktor, istniał więc sposób, by pozbyć się obcych raz na zawsze. Naprowadzony na właściwy trop, Jack nie potrzebował wiele czasu by znaleźć odpowiedź, był tylko jeden problem, odpowiedź nie podobała mu się ani trochę.
Aby przesłać sygnał o zabójczej dla kosmitów częstotliwości, potrzebny był przekaźnik, a tym przekaźnikiem mogło zostać jedynie dziecko. Jack nie jeden raz stawał przed ciężkimi wyborami, ale nie sądził, że będzie musiał postawić na szali życie swojego wnuka.


Jack Harkness stał przed drzwiami do TARDIS i zastanawiał się, czy powinien wchodzić do środka. Może lepiej było odejść i nigdy nie wracać? Może lepiej było raz na zawsze zniknąć z życia Doktora? Nie był pewien czy mógł mu spojrzeć prosto w oczy po tym, co zrobił. Uratował świat, ale co z tego, skoro uczynił to kosztem życia osoby, którą powinien chronić. Ocalił wielu, ale też wielu zginęło z jego powodu. Po raz pierwszy miał wątpliwości, czy Doktor na niego zasługiwał. Coś go jednak przekonało, by nie uciekać – złożył obietnicę.
Delikatnie przekręcił klucz i wszedł do środka. W TARDIS było cicho, wręcz niebywale cicho... póki nie usłyszał krzyku. Nie zniechęciło go to, nie należał do mdlejących ojców. Widok krwi już dawno przestał go przerażać. Na dodatek nie był to pierwszy raz, gdy uczestniczył w narodzinach dziecka.
- Jack, udało ci się! - wykrzyknęła Martha, przepełniona radością, gdy mężczyzna wszedł do środka. Nie miała jednak czasu na porządne powitania, musiała skupić uwagę na Doktorze, który nawet nie miał siły okazać szczęścia, gdy ujrzał partnera.
- Udało – tylko tyle powiedział Jack i chwilę później był już przy ukochanym.
Trzymał go za rękę, tak jak obiecał. Pozwolił Doktorowi się o niego oprzeć, zapewniając mu maksimum wygody. Starał się teraz nie myśleć o pozostałych rzeczach, o śmierci Ianto, o straszliwym czynie, którego się dopuścił i o tym, co powie partnerowi. Skoncentrował się na chwili obecnej, cieszył się, że może być tak blisko Doktora i wspierać go w najważniejszym momencie jego życiu. Uspokajał go, motywował i co jakiś czas wycierał pot z jego czoła.
Wcześniej Doktor powstrzymywał krzyki, w końcu był dumnym Panem Czasu i nie zamierzał okazywać słabości. Ale teraz już go to nie obchodziło. Zawsze umiał radzić sobie z bólem, doświadczył go w wielu formach. Jednak była różnica między bólem krótkotrwałym, a ciągnącym się godzinami. Zaczynał nawet żałować, że nie posłuchał Marthy i nie zdecydował się wrócić do bazy UNIT. Tam mogli go rozciąć i załatwić sprawę bardzo szybko, tutaj zaś był zdany na pracę własnych mięśni, które jeszcze nigdy nie doświadczyły takiego ekstremum. Co prawda kobieta zapewniała go, że już niedługo będzie po wszystkim, ale Doktor czuł, że jego ciało zaczyna zbliżać się do granic wytrzymałości.
- Nie dam rady... - jęknął, zrezygnowany i wykończony.
- Podaj mi rękę. - Martha spojrzała na niego i już sam jej uśmiech dodał mu sił.
Ujęła jego dłoń i naprowadziła na miejsce, gdzie znajdowała się główka dziecka. Wiedziała, że to zmobilizuje Doktora i uświadomi mu jak już niewiele dzieli go od ujrzenia córeczki. Jack szepnął mu na ucho słowa otuchy i objął od tyłu jedną ręką, czując, że druga jest mu niemalże wykręcana. Kilka minut później usłyszał długo wyczekiwany płacz dziecka, a Doktor stał się niczym bezwładna masa w jego ramionach, choć cały czas świadomy.
- Jednak dałeś radę. Brawo - pogratulowała Martha, która sama czuła się nieźle wykończona.
Na razie jednak nie było czasu na odpoczynek, musiała zająć się noworodkiem. Ojciec na pewno chciał jak najszybciej wziąć dziecko na ręce.
Siedząc z tyłu, Jack nie mógł widzieć twarzy Doktora, ale był przekonany, że ten uśmiechał się mimo zmęczenia. Widział jak Martha kończy obmywać niemowlę i podaje je szczęśliwemu rodzicowi. Widać było, że ją również rozpiera duma. W końcu dokonała czegoś bardzo ważnego.
- Moja mała Rose... - Głos Doktora był zachrypnięty i zmęczony, ale nie przeszkadzało mu to w wyrażeniu tego, co czuje. - Warto było dla ciebie przechodzić przez to wszystko.
Jack oparł policzek o głowę Doktora i zamknął oczy, czując, że napływają do nich łzy po raz trzeci w ciągu dwóch ostatnich dni. To więcej niż wypłakał przez całe stulecie. Tym razem nie wiedział, czemu tak się czuł. Nie wiedział, czy płacze ze szczęścia, czy ponownie z żalu, przypominając sobie, co uczynił. Jak na jeden dzień wydarzyło się zdecydowanie za wiele.

Komentarze
#1 | Juice dnia czerwiec 16 2010 14:28:24
"klimatyczne"Wink
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,470 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.