Grudzień 13 2018 00:27:59
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Przyjaciele
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 321
Najnowszy użytkownik: Keira42
Nawigacja
To nie konie - Rozdział XIII
Kiedy Martha zabrała dziecko, by je zbadać, Jack bardzo powoli i delikatnie pomógł Doktorowi się położyć. Sądził, że po niesamowitym wyczynie, którego właśnie dokonał, Pan Czasu od razu zaśnie, ale ten, mimo wyczerpania i bólu, cały czas się w niego wpatrywał.
- Powiedz mi co się stało – rzekł zachrypniętym głosem, wykorzystując na to resztki sił.
- Powinieneś odpocząć. Prześpij się – powiedział z troską Jack.
- Masz czerwone oczy, płakałeś. Nie zasnę, póki mi wszystkiego nie powiesz.
W tej sytuacji nie było miejsca na kłótnie, zwłaszcza, że prędzej czy później prawda i tak wyszłaby na jaw.
- Nie zasługuję na ciebie – wyznał nagle Jack z bólem w głosie.
Potem wyrzucił z siebie wszystko. Opowiedział nie tylko o tym, jak pozbył się obcych, uśmiercając swego wnuka, ale też wyraził wszystkie swoje emocje. Mówił o poczuciu winy, o tym, że obarcza się odpowiedzialnością za śmierć Ianto, Owena i Toshiko. Nie miał już tajemnic, całkowicie obnażył swoją duszę.
- Nienawidzisz mnie? - spytał na koniec, gotowy przyjąć każdą odpowiedź.
- Jakże mógłbym cię nienawidzić?
Więcej Doktor nie dał rady powiedzieć, był zbyt zmęczony. Zamknął oczy i prawie od razu zasnął. Najprawdopodobniej wszystko było w porządku, ale na wszelki wypadek Jack przyłożył mu ucho do klatki piersiowej, by sprawdzić, czy serca funkcjonują prawidłowo. Nie znalazł żadnych nieprawidłowości, ale podświadomie i tak martwił się o partnera. Delikatnie rozchylił mu kolana i zauważył, że Doktor wciąż krwawi, ale nie obwicie. Skoro Martha się tym nie przejęła, musiało to być normalne, więc jedynie zmienił przesiąknięte ręczniki na czyste.
Na chwilę zostawił partnera samego i poszedł zobaczyć, co robi koleżanka. Kobieta opatuliła dziecko białym, miękkim materiałem i obserwowała je z uśmiechem, gładząc po ciemnej kępce włosów.
- Jest całkowicie zdrowa – oznajmiła, gdy zdała sobie sprawę z obecności Jacka. - Weź ją na ręce, teraz to także twoja córka. - Delikatnie podała mu dziecko.
- Nie jestem jej ojcem.
- Ojcem może nie, ale wciąż możesz być jej tatą. Rose Harkness brzmi ładnie, nie sądzisz?
Dziewczynka miała przeciętną wagę jak na noworodka, ale ponieważ Jack był rosłym mężczyzną, na jego rękach zdawał się drobniejsza, niż w rzeczywistości. Niby zewnętrze nie różniła się od ludzkich dzieci, a jednak dało się zauważyć, że jest obcego pochodzenia. Podczas gdy ludzie w pierwszych tygodniach życia mieli niebieskie tęczówki, jej były piwne i obecnie skupiały na sobie całą uwagę Jacka. Uśmiechnął się, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. W końcu wydarzyło się coś dobrego, wręcz trudno było mu uwierzyć, że coś takiego, było jeszcze możliwe. Rose była jak iskierka rozświetlająca mrok, który zagościł w jego duszy. Musiał ją chronić i pielęgnować. Tylko dla niej i Doktora chciało mu się jeszcze żyć.


Po kilku godzinach snu Doktora obudził płacz córeczki. Po jego prawicy siedział Jack i kołysał dziecko, próbując je uspokoić. Był tym zajęciem bardzo pochłonięty i nie zauważył nawet, że jego partner próbuje się podnieść. Panowie Czasu odzyskiwali siły znacznie szybciej niż ludzie, ale po porodzie ciało Doktora było tak nadwyrężone, że wstanie do pozycji siedzącej stanowiło dla niego nie lada problem. Gdy się poruszył, przeszyła go niespodziewana fala bólu, przez co jęknął, a Jack zwrócił na niego uwagę.
- Powinieneś odpoczywać – powiedział z troską Harkness.
- Nie, to ty powinieneś był mnie wcześniej obudzić. Nie widzisz, że jest głodna? - rzekł Doktor z wyrzutem.
Zacisnął zęby i starając się nie myśleć o bólu, podjął kolejną próbę wstania. Podparł się mocno rękami i możliwie jak najmniej poruszając dolną częścią ciała, zdołał podnieść się do pozycji półsiedzącej. Jack nie mógł mu pomóc, bo sam trzymał dziecko, które płakało głośniej, niż zaraz po narodzinach. Podał je Doktorowi, gdy ten wygodnie się usadowił, zauważywszy, że z jego twarzy znikł wyraz bólu.
- Cały śmierdzę – Pan Czasu rzucił luźnym komentarzem, czując się już na tyle dobrze, by zwrócić uwagę na swój zapach.
- Przyniosę ci czystą koszulę. Kąpiel może zaczekać.
Jack udał się do garderoby, po drodze spotykając Marthę, która akurat rozmawiała z mężem przez telefon i z wielkim podekscytowaniem opowiadała o wydarzeniach z tego dnia. Zanosiło się na długą dyskusję, bo skupiała się na każdym szczególe, a doszła dopiero do momentu, gdy Doktor zaczął mieć skurcze. Jack jej nie przeszkadzał, wziął tylko to, czego szukał i wrócił do partnera, który pierwszy raz w życiu karmił własne potomstwo. Uśmiechał się przy tym w taki sposób, jak za każdym razem, gdy dokonywał fascynującego odkrycia.
- To jest genialne – skomentował. - Tak długo byłem sam, a teraz mam przed sobą prawdziwą Panią Czasu, z krwi i kości.
Jack jeszcze nigdy nie widział go tak szczęśliwym. Sam momentalnie zapomniał o wszystkich troskach.
- Już nigdy nie będziesz sam – zapewnił.


Doktor dość szybko odzyskał na tyle sił by wstać i powrócić TARDIS do domu, ale Martha i tak zaleciła mu, by dwa najbliższe dni spędził w łóżku. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, bo i tak całą swoją uwagę skupiał na Rose. Był nią wprost zauroczony, praktycznie nie spuszczał jej z oczu, Jack natomiast czuł się wspaniale, gdy widział jak szczęśliwy jest jego partner. Obserwowanie go wraz z dzieckiem dostarczało mu niesamowitej radości.
- Vi dýr ennui nu Anor. Ned echuir lyth eriar. I yrn ethuiwar, nin nurar. Ar aew verin linnar.* - Doktor śpiewał córeczce, kołysząc ją do snu. Jack nie sądził, że kiedykolwiek ujrzy go w takiej sytuacji. To było tak urocze, że wręcz nieprawdopodobne.
- Czy to twój ojczysty język? - spytał domyślnie.
- To stara, gallifreyańska kołysanka. Nie sądziłem, że będę ją jeszcze pamiętał.
- Piękny język, taki śpiewny. Kojarzy mi się z elfami – skomentował Jack, będąc pod niemałym wrażeniem.
- Właściwie to jest język elfów. Nieskromnie się przyznam, że trochę pomogłem Tolkienowi przy „Władcy pierścieni” - rzekł z lekkim rozbawieniem Doktor.
- Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
Jack oparł się rękami o łóżko i cmoknął partnera w czoło. Mniej więcej w tym samym czasie rozległ się dźwięk dzwonka. Nie stanowił on zaskoczenia, bo spodziewali się gościa. Zgodnie z przypuszczeniem okazało się, że to Gwen złożyła wizytę świeżo upieczonym rodzicom. Nie obeszło się bez uścisków, gratulacji, i zachwytów. Trudno wręcz było uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu światu groziło niebezpieczeństwo i miało miejsce wiele tragedii. Tamte zdarzenia zdawały się teraz odległą przeszłością.
- Właściwie to chciałam ci coś powiedzieć – Gwen zwróciła się do Doktora, nie kryjąc radości. Ton jej głosu wskazywał, że ma do obwieszczenia coś szczególnego. - Chyba, że Jack ci powiedział.
- Nic mu nie mówiłem – zapewnił Harkness.
Widząc zmieszaną minę Doktora, Gwen postanowiła dużej nie zwlekać.
- Jestem w ciąży – oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Tym razem role się odwróciły i to Doktor zasypał koleżankę gratulacjami.
- Ładnie to tak odgapiać? - zaśmiał się.
- Właściwie tego nie planowałam, ale... to wspaniałe, co? - Gwen zachwyciła się jeszcze bardziej.
- Te nasze dzieciaki stworzą niezłe duo – skomentował Jack, który zdążył w pełni wczuć się w rolę ojca.


Wieczorem przyszedł czas na poważniejszą rozmowę. Dziecko spokojnie spało w kołysce, a Doktor czekał w łóżku na Jacka, który po chwili wrócił spod prysznica. Jack z reguły spał nago, ale tym razem ubrał szlafrok, co sugerowało, że jeszcze nie szykuje się do spoczynku.
- Musimy ustalić co dalej – powiedział siadając na łóżku. - Przyznaję, że nie mam sił i chęci tworzyć nowego Torchwood. Nie chcę mieć kolejnych ludzi na sumieniu. Czymś jednak trzeba będzie się zająć.
- UNIT zaproponował mi współpracę – podjął Doktor. - Mam pewien pomysł, ale nie wiem, czy tobie się spodoba. To nie tak, że próbuję uciec od roli rodzica, ale pomyślałem, że mógłbym przyjąć propozycję UNIT, a ty zająłbyś się Rose. Oczywiście pomagałbym przy jej wychowaniu, ale wydaje mi się, że ty bardziej nadajesz się do roli matki. Bez urazy.
- Nie mam nic przeciwko zajmowaniu się dzieckiem, ale boję się, że w UNIT może stać ci się jakaś krzywda – nie ukrywał Jack.
- E tam, już kiedyś dla nich pracowałem i jakoś przeżyłem... - Doktor urwał, gdy uświadomił sobie, że to nie do końca prawda. Przeszedł dwie regeneracje podczas współpracy z UNIT. Jednak o tym nie powiedział. - Będę na siebie uważał.
Jackowi niezbyt wystarczało takie zapewnienie.
- Zrobisz, co zechcesz, nie będę cię siłą powstrzymywał, ale uważam, że to nie jest najlepszy pomysł.
- Starałbym się jak najwięcej czasu spędzać w domu. Mieszkanie jest duże, przerobiłbym jeden pokój na biuro, umieścił w nim cały potrzebny sprzęt, nawet TARDIS. Oczywiście czasami musiałbym brać udział w akcjach, ale i tak starałbym się wpadać na lunch – zażartował na koniec Doktor.
- A co z karmieniem Rose? Nie ryzykowałbym podawania jej ziemskich mieszanek.
- Obiecuję, że będę zawsze zostawiał dla niej mleko.
Wyglądało na to, że Doktora nie da się przekonać do zmiany zdania, więc Jack jedynie westchnął i postanowił nie ciągnąć dłużej tematu. Musiał się pogodzić z faktem, że jego partner zawsze będzie poszukiwał mocnych wrażeń. Postanowił porozmawiać o czymś innym, mniej zobowiązującym.
- Ciekawe, jak to będzie, gdy Rose dorośnie. Myślisz, że będziemy razem podróżować, jak wesoła rodzinka? - spytał półżartem.
Doktor odebrał jego słowa całkowicie poważnie.
- Nie wiem, czy potrafiłbym narażać własne dziecko na takie niebezpieczeństwo. Chociaż przyznaję, że kiedyś podróżowałem z wnuczką.
- Z wnuczką?! - Jack wykrzyknął z niedowierzaniem.
- Co w tym dziwnego? Przeżyłem dziesięć wcieleń – odparł spokojnie Doktor.
- Z jej rodzicami też podróżowałeś? - Harkness bardzo się zainteresował.
Jednak odpowiedź na to pytanie nie przyszła już łatwo.
- Prawdę powiedziawszy... nawet ich nie znałem. To bardzo skomplikowane... i dziwne... - Doktor się zawahał. Zastanawiał się, czy w ogóle jest sens wszystko opowiadać, ale przypuszczał, że Jack i tak będzie chciał dowiedzieć się jak najwięcej, więc nie było sensu unikać tematu. - Jakby ci to powiedzieć... po prostu pewnej deszczowej nocy spotkałem tę kobietę. Twierdziła, że jest moją córką.
- Uwierzyłeś jej?
- Czemu miałaby kłamać? Poza tym znała moje imię i...

Vi dýr ennui nu Anor
Ned echuir lyth eriar
I yrn ethuiwar, nin nurar
Ar aew verin linnar.

Ten głos ponownie rozbrzmiał w jego głowie.


- Była poważnie ranna, umierała, nie mogłem jej pomóc. Trzymała na rękach małą dziewczynkę i śpiewała jej starą gallifreyańską kołysankę.
Nagle Doktor popadł w taką zadumę, że Jack aż się zaniepokoił. Cokolwiek chodziło Panu Czasu po głowie, bardzo się tym przejął. Wyglądało na to, że w jego umyśle zagościły niezbyt przyjemne myśli i Harkness zaczynał przeczuwać, czego one mogą dotyczyć. Żałował, że temat w ogóle został poruszony, bo o pewnych rzeczach lepiej po prostu nie wiedzieć.
- Czasem tak jest, że facet nagle się dowiaduje, że ma z kimś dziecko. Pewnie zdarzały ci się przygody z Paniami Czasu – rzekł Jack lekko żartobliwym tonem, chcąc przerwać potok myśli partnera.
- Nawet nie przyszło mi do głowy, by spytać ją o imię... - wymamrotał Doktor, wciąż pogrążony w zadumie.
- Hej, było minęło! - Jack pstryknął mu przed oczami. - Poznałeś jakąś dziewoję, byliście młodzi, głupi... tak się zazwyczaj kończy. Najprostsze wytłumaczenie – brzytwa Okhama.
- Masz rację. - Doktor rzucił bez przekonania, gdy się wreszcie ocknął.
- Lepiej obejrzyjmy przed snem jakiś film – zaproponował Jack, stwierdziwszy, że wystarczy poważnych tematów jak na jeden dzień.


Minęły dwa tygodnie, podczas których Jack bezskutecznie starał się skontaktować ze swoją córką Alice. Początkowo, gdy próbował się dodzwonić, za każdym razem połączenie zostawało zrzucane, później musiała zmienić numer, bo nie trafiał już nawet na sygnał połączenia. Póki co nie miał na tyle odwagi, by złożyć jej wizytę, nie po tym co zrobił. Uśmiercił wnuka na jej oczach, stracił wiarę, że córka jeszcze kiedykolwiek się do niego odezwie.
- Wymazała mnie ze swojego życia, chyba będę się musiał z tym pogodzić – stwierdził gorzko, ale Doktor nie zwrócił na niego uwagi, był zbyt zajęty.
Siedział przed komputerem i przeglądał raporty podesłane przez UNIT, jednocześnie korespondując z przyszłymi współpracownikami. Założył okulary, choć ich nie potrzebował. Ubierał je odruchowo za każdym razem, gdy zajmował się czymś wymagającym dużego skupienia. Jedną ręką przytrzymywał Rose, która przywarła do jego piersi, drugą intensywnie stukał w klawiaturę. Jack obserwował go z żalem, bo miał nadzieję, że Doktor nie wpadnie tak szybko w wir pracy.
- Myślałem, że odczekasz przynajmniej dwa miesiące, a nie dwa tygodnie – stwierdził.
- Dobrze wiesz, że oglądanie seriali i długie spacery z wózkiem nie jsą dla mnie wymarzonym sposobem na życie – odparł Doktor. - Ale to nie znaczy, że zamierzam zaniedbywać rodzinę.
Jack nie miał wątpliwości, że jego partner da jemu i Rose wystarczająco miłości, ale bał się, że może stać mu się krzywda, gdy na dobre rozpocznie pracę z UNIT. Wyglądało jednak na to, że niebezpieczeństwa na zawsze pozostaną nierozerwalną częścią ich życia, więc musiał się z tym pogodzić. Najważniejsze, że mogli wspierać się nawzajem.
- Położysz ją spać? - Doktor podał partnerowi dziecko i powrócił do pracy.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a oznajmił, że musi koniecznie porozmawiać w cztery oczy ze współpracownikami, zapewniając przy tym, że „wróci przed popołudniową herbatką”. Jack nawet nie próbował go zatrzymywać, wiedząc, że nic nie wskóra. Pech chciał, że niedługo po tym jak Doktor wyszedł, Rose zaczęła płakać. Jack wziął ją na ręce i zaczął kołysać, ale dziewczynka ani myślała przestać.
- Dopiero co jadłaś i przed chwilą cię przewijałem, więc o co ci chodzi? - spytał retorycznie, widząc, że maleństwo i tak go nie zrozumie.
Na domiar złego zadzwonił telefon. Jack odebrał, jednocześnie kładąc Rose w kołysce i potrząsając jej przed oczami grzechotką, z nadzieją, że to odwróci jej uwagę i się uspokoi, choć wątpił, by zadziałało to na tak małe dziecko.
- Jack Harkness, słucham – powiedział do słuchawki, przez cały czas zajmując się Rose.
- Tato... - padło po paru sekundach ciszy. - Przepraszam... potrzebowałam czasu.
Nie tylko Alice miała problemy z wysłowieniem się. Jej ojciec zdębiał i również nie widział, co powiedzieć. Na chwilę nawet zapomniał o niemowlęciu, które cały czas głośno płakało.
- Co to za hałas? Gdzie jesteś? - zdziwiła się kobieta, a wtedy Jack nie miał już wątpliwości, co powiedzieć.
- Spotkajmy się, nawet teraz. Proszę – powiedział. Był gotów na szczerą rozmowę.


Jack nie liczył na przebaczenie. Sam nie umiał sobie wybaczyć. Liczył jedynie na akceptację. Liczył, że jego córka będzie w stanie tolerować jego obecność, będzie wstanie spojrzeć mu w twarz i o nic więcej nie prosił. Czekając na nią, nie zastanawiał się, co powiedzieć, bo i tak nie mógł przewidzieć, jak potoczy się ich rozmowa. Najważniejsze, że Rose się uspokoiła i smacznie spała. Jej obecność też musiał jakoś wytłumaczyć.
Nie spodziewał się nawet uśmiechu ze strony Alice, zdziwił się więc, gdy ta go przytuliła. Wciąż nie sądził, by mu wybaczyła, ale najwyraźniej zdążyła przemyśleć pewne kwestie i dojść do wniosku, że unikając ojca, tylko pogorszy sprawę.
- Powiedziałam sobie, że już nigdy więcej cię nie zobaczę, ale... spróbowałam postawić się w twojej sytuacji... wyobrazić sobie, jak to jest być tobą... i chyba zrozumiałam... - pociągnęła nosem i otarła łzy.
- Nie będę nawet próbował się usprawiedliwiać – powiedział Jack. - Masz prawo mnie nienawidzić, nie będę prosić o wybaczenie.
- Chciałam cię znienawidzić, ale nie umiałam.
Jack objął córkę raz jeszcze, po czym uznał, że przyszedł czas na chwilę prawdy.
- Chciałbym ci kogoś przedstawić – oznajmił i poprowadził Alice do sypialni. - To Rose – wskazał na dziecko w kołysce. - Urodziła się dwa tygodnie temu, dokładnie w ten sam dzień, gdy... - urwał, czując, że i on zaczyna emocjonalnie nie dawać rady.
- Nie mówiłeś, że będziesz miał dziecko.
- To nie moje dziecko, tylko partnera – po tych słowach Jack zdał sobie sprawę, że zabrnął w ślepą uliczkę. Chciał być szczery, ale jak miał w wiarygodny sposób wytłumaczyć sprawę z Doktorem?
Akurat gdy zastanawiał się, co dalej powiedzieć, Pan Czasu wrócił, zgodnie z obietnicą, przed popołudniową herbatką. Nie sądził tylko, że będą ją pić w trzy osoby. W gruncie rzeczy Jack cieszył się, że jego córka i Doktor mogą się poznać. Nie sądził, że atmosfera tak szybko zmieni się z grobowej, w całkiem przyjazną. Nie sądził, że jeszcze kiedyś ujrzy uśmiech na twarzy Alice.
Postanowili zaryzykować i wyznać całą prawdę, opowiedzieli o Mistrzu, Panach Czasu i podróżach. Jack myślał, że córka go wyśmieje, zwymyśla, a może nawet spoliczkuje, ale ta uwierzyła w każde słowo.
- Tyle już widziałam, naprawdę myślisz, że po tym co przeżyłam, mogłabym wątpić w to, co powiedziałeś? - wyznała.
Ten wieczór okazał się udany, wróciła nadzieja, że sprawy powrócą na właściwą drogę, że wszystko się ułoży. Życie toczyło się dalej, a już do nich należało, by uczynić je jak najlepszym. Jack w końcu był gotów powiedzieć, że jest szczęśliwym człowiekiem. W ostatnim czasie wiele stracił, ale też wiele zyskał.
Ułożył się wygodnie na łóżku, zamknął oczy i z lubością słuchał, jak Doktor śpiewa Rose starą, gallifreyańską kołysanką.
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

1,259,550 unikalne wizyty

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2018 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.